Księżniczka Franciszka Woroniecka

Rodzina Korybut – Woronieckich* należała do najstarszych polskich rodzin szlacheckich. Pieczętowała się herbem Korybut i tytułem książęcym. Na przestrzeni dziejów zubożała i dopiero za czasów „imperium Habsburgów”, uznano oficjalnie rycerstwo Woronieckich. Przedstawiciele rodu skupiali się w linii płockiej, lubelskiej, galicyjskiej i podlaskiej. Gniazdo lubelskich Woronieckich to Rejowiec, Kanie. Znany nam z poprzedniego artykułu, książę Mieczysław Woroniecki (1825-1849), bohater walk węgierskich, reprezentował lubelską linię rodu. Natomiast, książę Józef Woroniecki (stryj Mieczysława), wywodził się z galicyjskiej gałęzi Woronieckich. Główną i najstarszą linię  rodu reprezentuje księżna Franciszka Woroniecka, której dedykujemy niniejsze opracowanie.
Franciszka Wiktoria Woroniecka, jako młoda panienka, znalazła znakomitą opiekę na dworze wśród fraucymeru hetmanowej Branickiej, żony hetmana wielkiego koronnego, kasztelana i wojewody krakowskiego, Jana Klemensa Branickiego (1689-1771). Nie mogła trafić lepiej, bowiem w tym czasie białostocką siedzibę hetmana określano mianem „podlaskiego wersalu”. Jej rodzicami byli: Franciszek Michał Korybut Woroniecki (ur. 1714 r.) i Elżbieta (Hatowska z Hatowic h. Łabędź) Woroniecka  ur. 1710 r. Franciszka miała dwie siostry: Konstancję (1744-1796) i Elżbietę ur. 1746 r. Pod koniec panowania Augusta III w Białymstoku koncentrowało się, kreowane na modłę francuską, całe polskie życie towarzyskie, rycerskie, bojowe i dyplomatyczne. Powiadano, że Branicki jako jeden z ostatnich utrzymywał „buławę szlachecką”, toteż lgnęli do niego na dwór przedstawiciele najznamienitszych rodów: Czartoryskich, Sapiehów i cały poczet Radziwiłłów. Zaglądał tam równie często, drugi z bohaterów naszej opowieści, wojewoda nowogrodzki (w latach 1755-1772), książę Józef Aleksander Jabłonowski (1711-1777) h. Prus III.
W tym czasie książę miał już za sobą niezbyt udane, pierwsze małżeństwo, ze starszą od siebie Radziwiłłówną, primo voto Sapieżynę.  Jabłonowscy to stary ród mazowiecki, który w XV w. przeniósł się na Ukrainę i tam dorobił się licznych majętności. Przybyło ich jeszcze księciu z powodu znakomitego mariażu. Samych rezydencji posiadał osiemnaście, a wśród nich m.in. zamki i pałace w: Podhorcach k. Stryja, Lachowcach; Busku, Zawałowie, Jabłonowie Litewskim, czy też liczne „palatio” w: Księżęcinie; Prussowie; Steblowie; Ziemielińcach, Ulowcach. Znakomita partia do powtórnego ożenku. Tyle tylko, że książę nie zamierzał się już żenić, doświadczony niepowodzeniami z pierwszego małżeństwa. Traktowany przez żonę „z wysoka”, bo gdzież tam równać się Jabłonowskim z Radziwiłłami i Sapiehami,  umykał z Wołpii, gdzie był tylko „sługą” rezydującej tam małżonki  i najchętniej przebywał w swoich dobrach wołyńskich. Litwy nie lubił za bardzo, chyba przez wzgląd na żonę. Synów z tego małżeństwa nie było, mieli dwie córki. Po śmierci żony, na swoją stałą siedzibę wybrał Lachowce. Kiedy wydał za mąż swoją drugą córkę, obudziła się w nim chęć ponownego ożenku.
Białystok leży przy drodze prowadzącej z Warszawy do Grodna, zatem książę Jabłonowski często bywał u Branickich.  Odwiedzał również Białystok w drodze z Wołpi do Zapałowa. Kiedy pewnego razu nie zastał Branickiego, postanowił odwiedzić jego małzonkę, Izabelę Elżbietę z Poniatowskich Branicką, która w tym czasie przebywała ze swoim fraucymerem w nieodległym Choroszczu, letniej rezydencji Branickich.  Jedna z panienek napotkanego podczas spaceru fraucymeru hetmanowej, wskazała księciu, gdzie ma jej szukać. Jabłonowskiemu od razu przypadł do gustu głos i sposób bycia panny. Zauważył, że panna „świeża, słuszna, szczupła, nie pierwszej już młodości ma wszelkie warunki na stateczną małżonkę, ale czy krew dobra?” Panienka wpadła w oko Jabłonowskiemu, który liczył sobie już wówczas ponad 50 lat. Branicka wyjaśniła mu, że to księżniczka Franciszka Woroniecka. Woronieccy wprawdzie ubodzy, ale ród dobry, stary, chociaż niczym szczególnym się odznaczył – myślał książę. Jeden biskup, jeden, czy dwóch senatorów drążkowych, początek wszak od Korybuta wywodzą. Hetmanowa Branicka zorganizowała w Białymstoku naprędce koncert, w którym oboje nasi bohaterowie wzięli udział oczywiście. Jabłonowski, nie młody już co prawda „kawaler” nader często spoglądał w kierunku Woronieckiej. Panna zachowywała się przyzwoicie i powściągliwie. Kiedy książę żegnał Branicką wyjawił jej, że poczuł inklinacyę do panny Woronieckiej i jeżeli kasztelanowa nie ma nic przeciwko temu, chciałby ją poślubić. Hetmanowa odrzekła, że nie spodziewała się, że tak stateczny człowiek, jak wojewoda będzie jej bałamucił wychowankę.
– Jak to pani rozumie – spytał zaniepokojony Jabłonowski.
– Toć przecie musiało nastąpić porozumienie, kiedy się książę oświadczasz, a nastąpiło mimo mojej wiedzy; nie obserwowałam zbliżenia żadnego.
– Ależ ja nigdy z księżniczką nie konwersowałem jeszcze.
– Więc jakże? Popęd serca i postanowienie nagłe bez jej wiedzy nawet?
– Bez jej wiedzy – odpowiedział książę – zdaje się, dodał z dumą, nie powinna w tem upatrywać uchybienia dla siebie.
Branicka szybko rozważyła wszystkie korzyści takiego ożenku podopiecznej (choć z niemłodym już panem). Los uśmiechnął się do biednej sieroty.
– Dobrze! – ciągnęła dalej Branicka – będę się starała przekonać księżniczkę, a was proszę napiszcie przynajmniej liścik do niej z oświadczeniem, toć się nam kobietom coś należy także….
Książę nie przypuszczał nawet, aby miał dostać kosza, ale w nocy po tej wizycie zastanawiał się nawet, czy sam nie popełnił niedorzeczności tymi oświadczynami, które pospolitowały, bądź co bądź, jego nazwisko. Rano napisał jednak list z oświadczynami do księżniczki Woronieckiej. Warto go tutaj zacytować w obszernym fragmencie, żeby całemu zdarzeniu nadać jeszcze większej pikanterii. Nie wiedzieć dlaczego, ale ton tych oświadczyn nie grzeszył ani delikatnością, ani skromnością i można powiedzieć, że był niejako zapowiedzią dalszych losów tego małżeństwa.
„Ja, Józef Aleksander Jabłonowski, świętego państwa rzymskiego książę, wojewoda nowogrodzki, orderów ojczystych i cudzoziemskich kilku kawaler, domu i familii mojej zaszczyt, na państwach i hrabstwach moich dziedziczny i udzielny pan.
Donoszę Waszmość Pannie, że mocno podupadły dom WMPanny i przyćmioną godność podźwignąć gotów, podaję do wiadomości, że umyśliłem kochać i ukochałem WMPannę, do czego proszę, abyś na dzień mianowany przez mojego ambasadora przybyła do dóbr moich Nakły* zwanych, gdzie z idultem i wszelką gotowością ciała mego czekać będę. Obiecuje w rekompensą statecznego (który sobie zawsze upewniam) afektu sto tysięcy złotych. Lustr i godność moja tyle sprzyja WMPannie, ile sobie życzyć możesz. Chęci zaś moje z skutków pomiarkujesz, tylko przyjeżdżaj niezwłocznie. czekam z niecierpliwością powitania się. Adieu.”
Podglądamy dzisiaj tę prywatną korespondencję i nadziwić się nie możemy obcesowości takich oświadczyn. A jednak księżniczka Woroniecka oświadczyny przyjęła i bardziej jej się spodobało zostać wojewodziną nowogrodzką, niż z urażoną dumą w staropanieństwie zostać. Najczęściej w źródłach możemy spotkać informacje, że Jabłonowski w chwili ślubu z 15 letnią Woroniecką miał 50 lat. To błędne zapisy powtarzane przez kolejne nie sprawdzone powtórzenia. Według herbarza Bonieckiego ślub odbył się 5 sierpnia 1766r. w Jabłonowie nad Niemnem.  Zatem książę liczył sobie wówczas 55 lat, a Franciszka (1742-1829) 24 lata. W Jabłonowie nie było kościoła, ślub mógł się odbyć zatem tylko w kaplicy wybudowanej przez księcia (zachowanej  w ruinie do dzisiaj). Obecnie takiej miejscowości nie odnajdziemy na mapie Ukrainy. Obecnie to Szczeczyce. * W roku 1740, w wyniku ślubu z Radziwiłłówną dobra te znalazły się w rękach Józefa Aleksandra Jabłonowskiego. W Szczeczycach, przy drodze obok wsi, do dzisiaj wznosi się ruina rodowej kaplicy Jabłonowskich, wybudowana w latach 1740-1764. To w niej 5.08.1766 r. wzięli ślub – księżniczka Franciszka Wiktora z.d. Woroniecka i książę Józef Aleksander Jabłonowscy. Kaplica należała (jako filia) do parafii w sąsiednim miasteczku, w Łunnej.
Czy książę Józef Aleksander wybudował, czy tylko przebudował Jabłonowski pałac, źródła nie określają dokładnie. Nie zachował się do naszych czasów, ale możemy zobaczyć jego sylwetkę na rysunku Napoleona Ordy z 1860 r. Jako młoda małżonka Franciszka przyjęła przy Jabłonowskim rolę nie „pani wojewodziny”, ale nieomal sługi księcia. Nawet nie ochmistrzyni, bowiem gospodarstwem zarządzał sam wojewoda. Książę kochał małżonkę na swój dziwnie pojmowany sposób. Okazywał jej jednak na każdym kroku swoją wyższość, wpajał w nią uparcie wszelkie arystokratyczne zasady, którym szczerze hołdował, czyniąc ich pożycie nieznośnym i co najmniej sztucznym. Zawsze milcząca i cicha wypełniała z pokorą wszystkie jego rozkazy. Do kościoła wojewoda wchodził sam. Dopiero za nim sunęła wojewodzina, która nie zasiadała z nim w ławce kolatorskiej, tylko na krześle dostawionym obok. Franciszka była także niemym świadkiem udziwnionych rytuałów audiencji, których książę udzielał swoim  poddanym po każdej niedzielnej mszy. Niewesoło było jak widać w zamku w Lachowcach. Dziwactwa i duma gospodarza odstręczała gości. Strojono sobie żarty z wojewody, wątpiąc także w jego talenta w dziedzinie nauki, której coraz więcej poświęcał czasu. Przy obiedzie półmiski zaczynano od gospodarza, a w sypialni książę spał w ogromnym mahoniowym łożu, otulonym kotarami z herbami, a wojewodzina na skromnym i twardym tapczaniku w kącie. Rodzaj takiej separacji łoża wszedł nawet do kanonu zachowań poddanych, którzy przyjmowali ten model w łożnicy, podczas odwiedzin księcia i jego małżonki w ich domach.
Woroniecka nigdy nie odzywała się wobec męża, chyba że sam ją o coś zapytał. Była za tę skromność bardzo lubiana przez córki Jabłonowskiego. Z rodziny wojewodziny, na zamku w Lachowcach bywali: książę Maksymilian Dionizy Woroniecki, kuzyn Franciszki, szambelan Augusta III, kawaler Orderu Świętego Huberta ożeniony z Miączyńską, wdową po Radziwille oraz Szymon Szydłowski, szwagier Franciszki, mąż młodszej siostry – Konstancji z Woronieckich. Jabłonowski nie lubił kasztelana słońskiego, bowiem ten trzymał się klamki królewskiej i miał niekiedy odwagę chwalić  Augusta w jego obecności. Wojewoda przeżył to snadnie, kiedy na tron osadzono Stanisława Augusta, tegoż który po nim (po Jabłonowskim!) objął stolnikostwo litewskie, chociaż do tego urzędu nie posiadał kwalifikacji. Tylko dlatego je otrzymał, że w tym czasie nikt z godniejszych o ten urząd nie zabiegał. Po wyborze króla Jabłonowski coraz bardziej odsuwał się od polityki. Książę przez prawie 20 lat był wojewodą nowogrodzkim. Jako członek konfederacji barskiej urzędy państwowe (senatorstwo), które piastował złożył po pierwszym rozbiorze Polski.
Kiedy Franciszka powiła syna – Augusta Dobrosława (1768-1792), Jabłonowski nieco ocieplił stosunki z żoną. Nadawanie starosłowiańskich imion swoim dzieciom (Teofila Strzeżysława i Anna Dobrogniewa) świadczy o zamiłowaniu księcia do „polskości”. Dla Franciszki dziecko stało się jedyną pociechą w tym małżeństwie, chociaż miała surowo zabronione roztkliwianie malca.  W tym czasie księcia pochłaniała już bez reszty nauka. Z tego też powodu wyjechał do Saksonii, gdzie pozostał już aż do swojej śmierci. Nigdy nie wrócił do Polski. Osiadł z rodziną w Lipsku, kupując tam pałac miejski i posiadłość podmiejską, którą nazwał Jablonovbourg (zamek otoczony fosą). Tam całkowicie poświęcił się nauce. Na miejsce swojej emigracji wybrał Lipsk, a nie Drezno, bowiem było to miasto uniwersyteckie, ważne centrum wydawnicze, edukacji i drukarstwa. Jako datę wyjazdu Jabłonowskiego do Lipska źródła podają rok 1768 r. Jego jedyny syn urodził się w jeszcze w kraju r., zatem przypuszczać tylko można, że wojewodzina wyjechała z mężem niedługo po rozwiązaniu. Niektóre ze źródeł podają jako datę urodzin wojewodzica rok 1769. Jabłonowski dużo pracował, dużo dzieł wydawał drukiem i założył na obczyźnie fundację Societas Jablonoviana*, działającą do dnia dzisiejszego.  Wcześniej oferował w kraju swoją fortunę na użytek nauki co niestety, nie z jego winy, nie powiodło się. W Niemczech książę okrzepł z polskości i czuł się tam dobrze. Cudzoziemcy go szanowali, a i niekiedy odwiedzali go z Polski starzy towarzysze konfederaci, co to jeszcze nie powymierali, bywał u Jabłonowskich Karol Radziwiłł, ks. Biskup Krasiński; hetman Ogiński. Franciszka także dostąpiła zaszczytnego wyróżnienia. Została „damą gwiaździstą Marii Teresy”.* Wojewoda wydał nawet z tego powodu bal. Syn chował się zdrowo.  Książę dobrze się trzymał chociaż od lat chorował na podagrę. W końcu choroba go zmogła. Zmarł 1 marca 1777 r. Pogrzeb był raczej cichy. Ciało złożono w kaplicy na zamku w Pleissenburg i uhonorowano nagrobkiem z marmurową tablicą.
Po śmierci męża Franciszka nie umiała odnaleźć się w nowej sytuacji. Stale „ubezwłasnawalniana” mężowskim przymusem i przyzwyczajona przez 10 lat małżeństwa do bierności, nie potrafiła zająć się finansami, spadkiem, zabezpieczeniem przyszłości syna i własnej. Poprosiła o pomoc szwagra, Szymona Szydłowskiego. Podpisała z nim ugodę przyrzekając mu za pomoc sumę 1.200.000 zł i wzięcie na wychowanie i edukację siostrzenicy, jednej z córek Szydłowskiego. Dla siebie zabezpieczyła dożywocie, dokument poświadczył ksiądz Młodziejowski, biskup poznański, kanclerz wielki koronny, który potwierdził jego ważność pieczęcią kanclerską. Prawnie, był to wielce wątpliwy dokument pomimo tego. Wojewoda umierając nie uczynił dla księżnej żadnego bowiem zapisu. W Lipsku pozostała do czasu pozałatwiania wszelkich spraw majątkowych. Syna wysłała pod opieką Pijaneckiego do Lachowiec. Jako 40 letnia wdowa po księciu Jabłonowskim wzbudzała żywe zainteresowanie pretendentów do jej ręki. Na powtórne zamążpójście krzywo patrzył Szydłowski, obawiając się utraty tak sprytnie zdobytych wpływów. Nie miał natomiast żadnych obiekcji co do romansu, w jaki się uwikłała.  Przeżyła jednak tylko zawód sercowy w osobie barona Hoenthala, który przegrywał jej majątek po kasynach. Zapędził ją w długi, z których powtórnie ratował ją (nie bezinteresownie) Szydłowski w 1779 r.  Do kraju wróciła na początku 1782 r.
Osiadła powtórnie w Lachowcach na Wołyniu. Zaczęła tam prowadzić życie na wzór zakodowany jej przez nie żyjącego już małżonka. Prowadziła w tym czasie, także na wzór księcia, liczne nadania swoim włościanom, podpisując się z pańska i wcale nie tak skromnie: „Franciszka Wiktorya z książąt Korybutów Gedyminów Woroniecka, z Prussów i świętego państwa rzymskiego księżna Jabłonowska, wojewodzina nowogrodzka, na Steblowie etc. dziedziczka Dobosławska (?), Strogijska, Krasnińska, Jerniewska etc. starościna na Lachowcach, Lisiance, Zawałowie, Podhorcach,  Jabłonowach – Litewskim i Pokuckim, Grodku i Czarnym Lesie, tudzież na Kitzer i Dytmansdersun w Saksonii, jako też na całej substancyi oprawna i dożywotna pani  etc. etc.”. Podpisem tym wymienia dobra położone w starostwach nowogrodzkim, trockim i w województwie wileńskim, były one raczej skromne i nie warte więcej jak 1000 zł, ale dodawały splendoru  w podpisie.  W tym czasie zaglądał do Lachowiec książę Woroniecki mianujący się stryjem wojewodzica, zjeżdżali się także rodzinnie Jabłonowscy. Lubili wdowę, która oprócz przyjętych pomężowskich dziwactw odznaczała się dobrocią i uczynnością, wzorowo przy tym prowadząc gospodarstwo. Lud okoliczny wielbił ją i błogosławił. W tym też czasie ochłodziła stosunki ze szwagrem i przestała myśleć o powtórnym zamążpójściu. Syn dorósł i poszedł na swoje, odpisała mu ze swojego dożywocia Stablów na usamodzielnienie się. Polityką się nie interesowała, czytała dużo, szczególnie zagranicznej prasy. Do spraw krajowych miała stosunek obojętny, wręcz nabyty po mężu. Podobnym charakterem obdarzyła syna. Nie czuł w sercu polskości. Za dziecięctwa wyrwany z kraju, wcale go nie znał. Z rzewnych kozackich opowiadań swojego opiekuna z dzieciństwa*, tak sobie wyobrażał tę „kozaczą” Polskę. Matka, ani ojciec nie zaszczepili w nim miłości do kraju.
W roku 1787  król Stanisław August Poniatowski, chcąc zjednać sobie księżnę Jabłonowską (jej mąż był jego przeciwnikiem) , odwiedził wdowę w Lachowcach. Dumna księżna, podobnie jak jej małżonek uważała, że to ona robi eksstolnikowi litewskiemu honor podejmując go u siebie, a nie, że to król niesie splendor domowi, który odwiedza. Przyjęła go jednak godnie, jak na dom Jabłonowskich przystało. Król przed przybyciem prosił o skromne podjęcie, czemu zadość uczyniła, chociaż uczta i oprawa pobytu i tak była wykwintna. Księżna Jabłonowska poproszona do stołu króla była „rozmowna, poważna, gościnna, ale etykietalna; przyjmowała króla, jakby go przyjmowała  każda inna królowa, nie zwykła, zamożna szlachcianka.” Zgryzoty matce dodawał tylko syn jedynak. Kiedy wróciła z zagranicy miał 15 lat. Matka chciała, żeby się dalej uczył, wchodził w kręgi rodzinne, starał się o urzędy. ale on nie chciał. Hulał w Stablowie z kozakami i w końcu „schłopiał” i „skozaczał” na prawdę. W Stablowie* zainstalował się pomiędzy 1784 a 1786 rokiem. Kiedy skończył 20 lat, w 1788 r. rozbudował oddział swoich kozaków. Majątek Stablów z dziesięcioma wioskami zamienił na gminę kozacką (300-500) głów. W tym samym roku przyjął obrządek wschodni i sprowadził Bazylianów.  W aktach zaczął się podpisywać „Awkust Mykoła, kniaź”. Jego pradziad hetman Jabłonowski całe życie pracował nad  przywróceniem Koronie ziem ukrainnych. Senatorski syn zmarł z opilstwa w kozaczej chacie w 1794 r. Niektóre źródła wzmiankują jako datę jego śmierci 1792 rok, ale to błąd, bowiem w tymże roku cedował tylko dobra wołyńskie swojej siostrze przyrodniej, córce z pierwszego małżeństwa księcia Józefa Aleksandra Jabłonowskiego z Radziwiłłówną (Teofili Sapieżynie). Jej młodsza siostra już wówczas nie żyła.  W  dniu 1 stycznia 1792 r. w Lachowcach zmarł mąż Teofili – Józef książę Sapieha, krajczy litewski. Był dziedzicem na Lachowcach w chwili śmierci. Ostatni, znany nam,  podpis księżnej Franciszki z Woronieckich Jabłonowskiej został umieszczony na akcie darowizny, potwierdzającym nadania jej syna Augusta. Jest to data 25.10.1791 r.
Co dalej stało się z księżną Jabłonowską z.d. Woroniecką? Ślad się urywa, chociaż według genealogicznych zapisków żyła do 1829 r., lub jak chcą inne wzmianki genealogiczne do r.1827.  Nie mamy informacji kiedy dokładnie zmarła i gdzie została pochowana. Są to  pytania na które nadal trzeba poszukiwać odpowiedzi. Jej młodsze siostry to – Konstancja (1744-1796) żona Symeona Kazimierza Szydłowskiego h. Lubicz i Elżbieta (ur. 1746) żona Felicjana Jabłonowskiego (1730-1778) z Jabłonowa, stolnika maz. Wyszogród. Na jednym z portali internetowych opisujących ród Woronieckich znajduje się informacja-ciekawostka  cyt. „Wydaje się, że linia wymienionego powyżej Aleksandra i linia Felicjana, genealogicznie są odległe. Tymczasem, zbliżyły się one do siebie, bowiem żyjący w tej samej epoce obaj panowie poślubili rodzone siostry, księżniczki Korybut Woronieckie. Felicjan ożenił się z Elżbietą, zaś Józef Aleksander z Franciszką”.
Pewne wskazówki przekazuje nam drzewo genealogiczne rodu Woronieckich (link poniżej). Tam właśnie odnotowano datę śmierci Franciszki z.d. Woronieckiej Jabłonowskiej jako rok 1827. Franciszka pochodziła w prostej linii z głównego pnia rodu Woronieckich (od Marcina). Oprócz ww. sióstr miała jeszcze jedną (NN) oraz dwóch braci: Floriana (1775) i Ignacego, który  zmarł  przed 1820 r., starostę rachodoskiego. Ignacy miał trzech synów: Celestyna, Wincentego i Andrzeja. Wincenty Woroniecki jest wzmiankowany przez Romana Aftanazego jako właściciel Kamionki Wołoskiej (do 1841 r.) i Stronibab, był pułkownikiem wojsk polskich w wojnie napoleońskiej 1812 r. Florian zapoczątkował lubelską gałąź Woronieckich, właścicieli Kani, Rejowca i Gółkowa. Był generałem wojsk rosyjskich i marszałkiem szlachty guberni lubelskiej. Najbardziej prawdopodobna wydaje się hipoteza, że Franciszka po utracie Lachowiec i innych dóbr po śmierci syna, przeniosła się do innych swoich posiadłości. Napotykamy o niej wzmiankę, jako właścicielce Kamionki Wołoskiej. Kamionka Wołoska była znanym miejscem w Galicji, bowiem to stąd pozyskiwano glinki kaolinowe do produkcji fajansu i porcelany w Tomaszowie Lubelskim oraz fajansiarni w regionie: Potylicz, Siedliska, Lubycza Królewska. Kamionka Wołoska była własnością Woronieckich do 1841 r., o czym wspominają zapiski historiograficzne (R. Aftanazy, Dzieje rezydencji…) wzmiankujące, że przeszła w ręce Woronieckich po śmierci księcia Jabłonowskiego, który otrzymał ją od rządu austriackiego,  w zamian za Jabłonów. Niektóre źródła wskazują na datę tej zamiany rok 1787.  Kamionka była wtedy największą wsią województwa bełskiego, składająca się z ogromnej liczby przysiółków. Nazwisko Jabłonowskich jest wymieniane wśród właścicieli Siedlisk oraz przy kontraktach zakupu surowców dla fajansiarni. Jest to trop, którym trzeba podążać w dalszych poszukiwaniach losów głównej bohaterki naszej opowieści. Kierunek poszukiwań wydaje się jak najbardziej słuszny, bowiem Franciszka Wiktoria z Woronieckich Jabłonowska jest wzmiankowana jako właścicielka Kamionki Wołoskiej, przy zawieraniu trzyletniego kontraktu przez Franciszka Mezera, twórcy polskiej porcelany i tomaszowskiej fajansarni. Początki prac nad tomaszowską manufakturą to schyłek XVIII wieku. Starania w tym względzie, podejmowane przez Mezera, miały już miejsce w 1794 r. Spółkę zarejestrował w 1799 r. Potem, rozpoczynając już produkcję cyt. „Franciszek Mezer zawarł trzyletni kontrakt z ksieżną Franciszką Wiktorią Jabłonowską, zapewniający mu potrzebny surowiec – glinę, którą pozyskiwano w jej majątku Kamionka Wołoska, około 40 km na północ od Lwowa ustalając cenę 2 złp za korzec.” Tomaszowską manufakturę zamknięto w 1827 r.  Franciszka Wiktorya z Woronieckich Jabłonowska zmarła w tym samym roku, w 1827 r. Mamy nadzieję, że to nie wszystko, co historia może nam przekazać na temat tej nietuzinkowej kobiety.
Opracowanie: Ewa Lisiecka
  • Nakły – obecnie wieś w powiecie ostrołęckim
  • Fundacja Jabłonowska założona przez księcia Józefa Aleksandra Jabłonowskiego działa w Niemczech, w Lipsku do dzisiaj, przyznaje stypendia i nagrody wyróżniającym się naukowcom, szczególnie  dziedzinie historii.
  • dawny Jabłonów nad Niemnem, oddalony 24 km od Mostów – rejon mostowski, kilka km od szosy Łunna-Wołkowysk
  • Stepan Matuszynenko ze Stablowa, kozak przy dworze księcia Jabłonowskiego
  • Stablów – dawniej miasteczko niedaleko Dniepru k. Korsunia
  • Tytuł książęcy należny Woronieckim został potwierdzony w roku 1784 przez króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Zaborca rosyjski w ramach istniejącego Królestwa Polskiego utrzymał im tytuł w 1821 r. oraz uaktualnił w 1824 r. Można powiedzieć, że księżniczka Franciszka Woroniecka utrzymała swój rodowy tytuł książęcy prawie do śmierci.
źródła:
  1. http://www.instytut-genealogii.com.pl/index.php?mod=artykuly&id=2&itemid=128
  2. Książę Józef Aleksander Jabłonowski – https://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:J%C3%B3zef_Aleksander_Jab%C5%82onowski_1.PNG
  3. Dr Antoni J. Opowiadania. serya czwarta. tom I. Senatorska Dola. Opowieść z VII stulecia. wyd. 1884
  4. http://www.rdc.pl/podcast/rody-i-rodziny-mazowsza-jablonowscy-reyowie-i-dowgiallowie/
  5. http://www.s1354735-90700.home-whs.pl/NOBLE_gen/woroniecki2.htm
  6. Krystyna Schabowska. Zarys dziejów manufaktury fajansu i porcelany w Ordynacji Zamojskiej w Tomaszowie Lubelskim. Wydanie – Politechnika Lubelska. 2015 r. s. 43. http://bc.pollub.pl/Content/12770/PDF/porcelana.pdf
  7. https://pamiecdlapokolen.pl/jablonowo/
  8. Nagrobek księcia Józefa Aleksandra Jabłonowskiego – zasoby Biblioteki Narodowej w Warszawie – strona internetowa Polona
  9. Odcisk tłoka pieczętnego Jabłonowskich. – http://51.254.200.38/wawelzbiory/node/6714

Żołnierz pięciu chorągwi.

Życiorys niebanalny. Mógłby posłużyć za kanwę scenariusza filmowego. Prawie czterdzieści lat wojaczki w pięciu armiach: austriackiej; pruskiej; polskiej; węgierskiej i tureckiej. Przebieg jego służby w wojsku, od lat młodzieńczych do wieku dojrzałego, to jednocześnie wgląd w historię Polski poprzez losy polskiego żołnierza, który walcząc o niepodległość swojego kraju, zaciągał się pod obce sztandary, widząc w tym choćby cień nadziei na to, aby jego Ojczyzna wróciła na mapy świata. Bohater naszej opowieści nie doczekał Niepodległej. Zmarł w roku 1885, w maleńkim miasteczku na Podolu, w Jałtuszkowie. Krótki anons o jego śmierci w „Gazecie Polskiej” z grudnia 1885 r. (1) to jedyne znane, jak dotąd, epitafium należne temu żołnierzowi.
„W zakątku guberni podolskiej w miasteczku Jałtuszkowie zakończył się cichy a skromny żywot, przeto pełen rycerskiego zapału i wojowniczego ducha ś.p. Józef ze Zbaraża Korybut Książę Woroniecki, syn niegdy Wincentego pułkownika wojsk polskich  i Zuzanny z hr. Jaworskich. Ś.p. Józef  od wczesnej młodości, dzieciństwa prawie, rwał się do stanu wojskowego. którey też traktować rozpoczął niespełna w 16-tu latach życia, wstąpiwszy jako kadet  do pułku austriackiego strzelców pieszych; trafił właśnie do korpusu jenerała  Frimont’a, przeznaczonego na posiłkowanie króla neapolitańskiego Ferdynanda, przeciw spiskowi karbonarów (1821 r.). Kilka ciężkich lat przebywał we Włoszech, gdzie dosłużył się rangi oficerskiej. Następnie bawiąc na urlopie w Galicji, przerzuca się gwałtownie do b. wojska polskiego, gdzie za waleczność zostaje ozdobiony  krzyżem kawalerskim wojskowym. Po zdobyciu Warszawy  (1831 r.) ze zwyciężoną armią rejteruje do Prus. Lecz, że zawsze ciążyła na nim dezercja z wojska austriackiego, więc aby ją ukryć, jako prosty żołnierz zaciąga się do armii pruskiej. Atoli starania rodziny przy rozległych stosunkach wyjednywują mu amnestię i dymisje z wojska austriackiego. Zasiada tedy na własnej wiosce i żeni się. Lecz snadź  nie tu był koniec jego wojowniczych popędów, w roku 1848 zostaje komendantem gwardyi narodowej w Przemyślu. W roku zaś 1849, opuściwszy dom, żonę i troje dzieci, zaciąga się do węgierskich szeregów. Tam przez cały czas w Siedmiogrodzie walczy na czele osobnego oddziału, jako pułkownik. Po upadku tej sprawy, razem z patriotami węgierskimi emigruje do Turcji.: najprzód internowany w Widdynie, następnie przeniesiony do Aleppo, jako instruktor piechoty w randze pułkownika. Wszakże sprzykrzywszy sobie jednostajną służbę frontową, bez wrażeń bojowych, opuszcza armię turecką i przechodzi do Francji, pragnąc się dostać do rodziny, za którą zatęsknił; wszakże nie mogąc wrócić do kraju, czas jakiś przebywa w Marsylii, gdzie ciężko pracuje na chleb powszedni. Nakoniec w roku 1859 za staraniem rodziny powtórnie ułaskawiony wraca do Galicji, lecz już nie do własnego majątku, który uległ konfiskacie. Wtedy już po 40-tu prawie latach ciężkich prób i bojowania, przy sił utracie, nie mogąc się oddać ciężkiej pracy, przygarnął się na Podolu u siostry swej hr. Ignacji Stadnickiej, którą wszakże przeżył. Następnie postanowiwszy swoje córki, osiadł na ustroniu w Jałtuszkowie, gdzie w dniu 27 listopada 1885 r. dokonał iście rycerskiego żywota, a skromnie i bez przechwały, jak spędził wiek cały.”     
Zamieszczony wyżej wycinek prasowy znajdował się w zbiorze listów kierowanych (przez różne osoby) do Władysława Górskiego (1822-1902) h. Pobóg, ziemianina i historyka oraz jego żony Zuzanny ze Stadnickich Górskiej, w latach 1851-1896. Obok notatki prasowej umieszczono dwa listy o charakterze prywatnym, napisane przez księcia Józefa Woronieckiego, z dopiskami M. Woronieckiej. Jeden z listów wysłano z miejscowości Wołodiowce 22 grud. 874 . (1874 r.). Drugi, krótszy list datowany jest następująco: piątek 27 November. Dodatkowo dokumenty wzbogacono odręczną notatką opisującą życiorys księcia Woronieckiego. Zarówno wspomniane listy jak i notatki wzbogacają dotychczasową wiedzę na temat księcia Józefa Korybuta Woronieckiego, właściciela Lubyczy Królewskiej wzmiankowanego  w opracowaniach Z. Pizuna i R. Gawrysia . (2)  Odręczna notatka, opisująca życiorys Józefa Woronieckiego, została sporządzona 4/16 grudnia 1883 r., czyli na dwa lata przed jego śmiercią. Nie wiemy jednak kto ją zapisał. Przypuszczalnie zawarta w niej wiedza jest bazą dla wszelkich informacji pojawiających się w późniejszym czasie na temat księcia Woronieckiego, w tym anonsu o pogrzebie (o dwa lata późniejszego). Przytoczymy ją tutaj w całości dla porządku, jako źródłową wiedzę w temacie:
„Józef ze Zbaraża Korybut Xsiążę Woroniecki
Józef Książę Woroniecki syn Wincentego pułkownika Wojsk Polskich i Zuzanny z hr. Jaworskich urodził się w Galicji około r. 1806. – Mając ledwo lat 15 wstąpił do wojska austriackiego jako kadet 20 (10?) pułku strzelców pieszych; parę lat na Morawach a kilka lat spędził z tymże pułkiem we Włoszech, a mianowicie w Neapolitańskim, gdzie wojska austriackie pomagały królowi Neapolitańskiemu do uśmierzenia, a następnie trzymania w ryzach własnych poddanych, usiłujących wyłamać się z pod despotyzmu – Przy końcu roku 1830 znajdując się na urlopie u rodziny w Galicji, już jako oficer, dowiedział się o powstaniu listopadowym – i chociaż oddalony przez czas dłuższy z kraju zapomniał prawie swego języka wszelako dusza Polaka wnet się w nim odezwała, nie bacząc na jaką odpowiedzialność narażał się oficer w czynnej służbie austriackiej – opuszczający szeregi – już na początku 1831 r. był za Wisłą i zaciągnąwszy się do pułku  Kra……. przez cały czas trwania powstania walczył wraz ze swojemi – w Korpusie Dwernickiego rejterowął się do Galicji i tam został rozbrojony. Książę Woroniecki powtórnie uchodzi z Galicji i walczy w bratnich szeregach aż do końca wojny -za waleczność ozdobiony  Krzyżem Srebrnym Virtuti Militari. Po wzięciu Warszawy wraz ze swoim korpusem rejterował się do Prus – Tu w obawie by jako dezerter nie był wydany Austrii, zaciąga się pod cudzym nazwiskiem jako prosty szeregowiec do wojska pruskiego – wszelako starania rodziny i stosunki w wyższych sferach rządowych wyrobiły mu amnestię, tak że wkrótce mógł powrócić do Galicji. Tu ożenił się i zaczął gospodarować we własnym majątku. W 1848 r. był Naczelnikiem Gwardii Narodowej w Przemyślu – w 1848, kiedy Węgry powstały przeciw Habsburgom książę Woroniecki sądząc że triumf sprawy węgierskiej oddziała pomyślnie i na sprawę polską rzuca dom, żonę, troje dzieci i jako jeden z pierwszych Polaków znajduje się wśród szeregów węgierskich – w ciągu wojny jako dowódca oddzielnego korpusiku, w randze pułkownika walczy w Siedmiogrodzie, a po upadku sprawy węgierskiej kiedy rodzony synowiec jako książę Mieczysław Woroniecki został rozstrzelany w Wiedniu* cofa się do Turcji wraz z generałem Bemem …………. i wielu innymi patriotami węgierskimi – internowany czas jakiś w Widdyniu, przeniesiony następnie do Aleppo [obecnie Helab w Syrii], wstępuje do służby tureckiej jako pułkownik instruktor piechoty – Obowiązki te pełnił lat parę, a potem wyjechał do Francji i tu w Marsylii lat kilka ciężko musiał na chleb zarabiać. Na koniec w r. 1859 wrócił do Galicji ułaskawiony – zastał majątek rozgrabiony, a żona i dzieci bez własnego dachu znalazły schronienie u siostry hrabiny Ignacji Stadnickiej na Podolu. Tam też pospieszy książę Woroniecki i przez lat 20 i kilka obarczony wiekiem z siłami straconymi na usługach ojczyzny w zakątku wiejskim pędził resztki życia, zapomniany ale pełen rezygnacji i silny jeszcze duchem starzec. Pisano 1883 r. 4/16 grudnia” 
Listy księcia Józefa Woronieckiego do Władysława Górskiego, pisane odręcznie, są w niektórych miejscach trudne do odczytania, z uwagi na specyficzny charakter pisma księcia. Publikujemy jeden z nich poniżej, do wglądu dla osób zainteresowanych. Ogólnie treść listów ma charakter prywatny i wskazuje na zażyłość,  wręcz rodzinną, nadawcy i adresata. List z 1874 r. pisany w Wołodiowcach (Gubernia Podolska, dekanat Jampol, parafia Czerniejowce) nakreśla trudną sytuację materialną Woronieckiego i jego rodziny. Woroniecki zwraca się z prośbą do Górskiego o nadesłanie części z należnej mu sumy 300 zł. Wspomina również w liście o trudnej sytuacji „Kamilki”, która nie może go wspomóc, gdyż sama ma kłopoty finansowe. Z dopisku M. Woronieckiej do listu dowiadujemy się dodatkowo, że „Kamilka” jest chora od kilku tygodni. Woroniecka wspomina w liście także „Olgę” i dopytuje się Górskich, czy wyjechała już do Lwowa. Wzmiankuje również „Lucynę”, której oddała medalion, przechowywany od dwóch lat. Woroniecki kieruje swoje listy nie tylko do Władysława Górskiego, ale także do jego żony, Zuzanny z.d. Stadnickiej, używając chociażby zwrotu: „Całuję Was oboje”. W drugim liście Woroniecki dziękuje Górskiemu za przekazany tytoń, wspomina ponadto „Kamilkę” i „Oktunię”. Oba listy noszą dopiski, nieco bardziej czytelne, poczynione kobiecą ręką i podpisane –  M. Woroniecka.
Małżeństwo Władysława Górskiego i Zuznany ze Stadnickich Górskiej (ca 1838-1883) było skoligacone z Woronieckimi poprzez ród Stadnickich. Siostra księcia Józefa Woronieckiego, Ignacja z Woronieckich (ca 1798-1800-1866) h. Korybut wyszła za mąż za Piotra hr. Stadnickiego (1777-1852) i osiadła na Podolu (zmarła 25.06.1866 w Kotiużanach). Zuzanna (żona Górskiego) była jedną z córek Ignacji, czyli siostrzenicą księcia Józefa Woronieckiego. Wymienione w listach Woronieckiego <Kamilka i Olga> to: Kamila ze Stadnickich Światopełk-Czetwertyńska i Olga Aleksandra ze Stadnickich Beyzym. To kolejne córki Ignacji, tym samym siostrzenice Józefa Woronieckiego, o których wspomina w listach. Małżeństwo Piotra i Ignacji Stadnickich miało łącznie siedmioro dzieci, oprócz ww. Zuzanny, Olgi i Kamili: Amelię Stadnicką, Wincentego, Tomasza i Mikołaja Piotra Stadnickiego. Małżeństwo Górskich miało córkę Oktawię, wzmiankowaną w listach Woronieckich. Koligacje rodzinne Woronieckich ze Stadnickimi  pogłębia jeszcze jedno małżeństwo. Druga siostra księcia Józefa Woronieckiego, Anna wyszła za mąż za Kacpra Stadnickiego, brata ww. Piotra.
Roman Aftanazy, nieprzeciętny badacz „Dziejów rezydencji na dawnych kresach Rzeczypospolitej” przy opisie dworu w Kamionce Wołoskiej wymienia Woronieckich jako właścicieli tej posiadłości do 1841 r. Majętność przeszła w ręce rodu po śmierci księcia Józefa Aleksandra Jabłonowskiego (1711-1777) żonatego z Franciszką z Woronieckich. Jabłonowski otrzymał te dobra od rządu austriackiego. Kamionkę Wołoską, przechodzącą później z pokolenia na pokolenie wśród Woronieckich, na początku XIX w. odziedziczył Wincenty Woroniecki, ojciec Józefa Woronieckiego. Roman Aftanazy opisując dzieje pałacu w Kamionce, stwierdza, że nowy dwór wzniósł tam w 1829 r., w części zwanej Stara Wieś, właśnie Wincenty Woroniecki. Potem rozbudowano go, założono ogród i oranżerię. (3)
W Katalogu wystawy z 1912 r. zachowała się miniatura (243) podobizny ojca księcia Józefa Woronieckiego, księcia Wincentego Korybuta Woronieckiego, pułkownika wojsk napoleońskich. Jest to popiersie młodego człowieka, zwrócone 3/4 w prawo, w czarnym mundurze z czerwonym kołnierzem, na szyi czarna chusta, na piersiach dekoracja orderowa. Akwarela autorstwa M. Daffingera została umieszczona na płytce z kości słoniowej. Owalny ten portrecik o wymiarach 5,6 x 4,6 cm został oprawiony w nowoczesne ramki z brązu ze złoceniami. Miniatura została zgłoszona przez Wincentego Trzcińskiego z Żółkwi, ówczesnego właściciela tej podobizny, na „Wystawę  Miniatur i sylwetek” zorganizowaną we Lwowie.
Trzciński zgłosił także na tę wystawę miniaturę (395) podobizny księcia Mieczysława Korybuta Woronieckiego. W opisie miniatury w Katalogu sportretowany jest przedstawiony jako: „s. Józefa Woronieckiego t.z. oficera pięciu chorągwi, oficera sztabowego w kampanii węgierskiej„. * Źródło to zawiera dodatkowo informację, że książę Mieczysław Woroniecki został powieszony jako jeniec przez rząd austriacki.  Miniatura ukazuje postać młodego człowieka w postawie stojącej, zwróconej 3/4 w prawo, w mundurze granatowym, przybory srebrne, prawą ręką trzyma przed sobą szablę, lewą leżące obok czako. Miniatura została zdjęta w 1849 r. przez Adolfa Nigroni. Jest to akwarela na płytce kościanej oprawna i wpuszczona w metalowe ramki.  Inne źródła wzmiankują księcia Mieczysława Korybuta Woronieckiego jako „rodzonego synowca” księcia Józefa Woronieckiego, rozstrzelanego w Wiedniu. Informacji o egzekucji w Wiedniu nie potwierdzają współczesne źródła, opisujące tego bojownika powstania narodowego na Węgrzech. (4) (5)
Książę Wincenty Woroniecki i jego syn książę Józef Woroniecki reprezentowali galicyjską linię rodu. Wincenty Woroniecki (ca 1780-11.05.1826 ) ożenił się z Zuzanną Jaworską ok. 1800 r.  Jego kariera wojskowa była równie imponująca jak syna. Był szefem sztabu 10 pułku piechoty napoleońskiej (23.06.1809). Następnie został szefem szwadronu 11 pułku Księstwa Warszawskiego. Zwolniony z tej funkcji 11.01.1812 r., przeszedł jako szef szwadronu do 3 pułku szwoleżerów  Gwardii (11.08.1812 r.), a 11.04.1813 r. przerzucono go do 1 pułku szwoleżerów Gwardii. Następnie 1.08.1813 r. skierowano go jako szefa szwadronu do 7 pułku szwoleżerów. Walczył m.in. w obronie Drezna. Dostał się do niewoli austriackiej, a kiedy został z niej zwolniony, wrócił do kraju.
Koligacje Woronieckich ze Stadnickimi i Łosiami (6)
Poprzez osobę Piotra Stadnickiego, męża Ignacji z Woronieckich Stadnickiej, historia rodu Woronieckich jest poniekąd związana również z Horyńcem-Zdrój. Dziadek Piotra, Mikołaj Stadnicki, starosta bełski i baliński, chorąży podolski i kasztelan kamieniecki, kupił dobra horynieckie w 1717 r.  Schedę po nim przejął jego syn Ignacy ożeniony z Zofią z.d. Poletyło, późniejszą żoną Aleksandra Ponińskiego. Z tego małżeństwa urodził się Piotr Stadnicki i Kasper Stadnicki. Bracia poślubili  rodzone siostry Woronieckie: Ignację i Annę, czyli siostry rodzone księcia Józefa Woronieckiego. Dodatkowo koligacja ta łączy rody Woronieckich z Łosiami, bowiem Anna z. d. Woroniecka, po śmierci pierwszego męża Kaspra Stadnickiego, wyszła powtórnie za mąż za Zygmunta Piotra hr. Łosia, właściciela Werchraty z Górnikami i Monastyrkiem, Potoku i Teniatysk. Ślub odbył się w Rawie Ruskiej w 1825 r. Małżeństwo to przedłużyło linię Łosiów narolskich. Badacze historii regionu  zauważą z pewnością związek pochówku żony księcia Józefa Woronieckiego z ww. koligacjami rodzinnymi. Karolina Woroniecka zmarła w 1838 r. i została pochowana na cmentarzu greckokatolickim w Teniatyskach. Wątek ten zasługuje sobie jednak na oddzielne potraktowanie.

  

opracowanie: Ewa Lisiecka
źródło:
  1. Wycinek prasowy – „Gazeta Polska”. 1885 r. (18) 30 Grudnia Nr 289 – dołączony był do zbioru listów, adresowanych do Władysława Górskiego, t. 2.  – strona internetowa Polona Biblioteki Narodowej w Warszawie
  2. Zdzisław Pizun. Ryszard Gawryś. Właściciele ziemscy w miasteczku Lubycza Królewska (1787-1939). Rocznik Tomaszowski Nr 6 ss. 19-41.; Ziemia Lubycka. Geografia, historia, język, kultura. wyd. Lublin-Lubycza Królewska 2017. Zdzisław Pizun. Miasto Lubycza w okresie przynależności do starostwa rzeczyckiego (ok 1730-1787). s. 90.; Zdzisław Pizun. Lubycza w dawnych opracowaniach historycznych. 2013. s.71.
  3. Roman Aftanazy. Dzieje rezydencji na dawnych kresach Rzeczypospolitej. Tom VI. Województwo bełskie. ss.50-51.
  4. Jerzy S. Wojciechowski. Polsko-węgierskie symbole pamięci generała Józefa Bema. Pamięć i niepodległość. Nr 31. Lublin. http://bazhum.muzhp.pl/media//files/Niepodleglosc_i_Pamiec/Niepodleglosc_i_Pamiec-r2010-t17-n1_(31)/Niepodleglosc_i_Pamiec-r2010-t17-n1_(31)-s89-97/Niepodleglosc_i_Pamiec-r2010-t17-n1_(31)-s89-97.pdf
  5. Katalog Wystawy Miniatur i Sylwetek we Lwowie. 1912. https://repozytorium.biblos.pk.edu.pl/redo/resources/2450/file/scans/DEFAULT/OCR_rezultaty/100000297835_A_v1_200dpi_q60.pdf
  6. Janusz Mazur. Horyniec Zdrój – pałac i uzdrowisko. https://roztoczepoludniowe.com/horyniec/

Polski Biały Krzyż w Zamościu.

W okresie międzywojennym, działało w Zamościu Koło Opieki Załogi – Polskiego Białego Krzyża, które było terenową komórką cywilnego stowarzyszenia P.B.K. Jak dotąd, niewiele wiemy na temat  jego działalności na terenie naszego miasta, niemniej już w 1925 r. zamojskie Koło Opieki działało wspólnie z Komitetem Opieki nad Żołnierzami Korpusu Lubelskiego. Informuje nas o tym, wydany wówczas przez warszawski Z.G. P.B.K., kalendarzyk „Rok Polski 1925”. Lubelski Korpus zrzeszał ponadto podobne Koła Opieki: w Krasnymstawie, Chełmie, Puławach, Włodzimierzu, Krzemieńcu, Łucku, Sarnach, Kowlu i Równem. W tym czasie Komitety Korpusowe i Koła Opieki przy załogach realizowały przede wszystkim zadania kulturalno-oświatowe w wojsku.
Polski Biały Krzyż był instytucją cywilną. Działał na rzecz wojska w okresie II Rzeczpospolitej. Inicjatorką powstania stowarzyszenia była Helena Paderewska, przebywająca wówczas w Stanach Zjednoczonych. Powołała Polski Biały Krzyż pod koniec I wojny światowej (2.II. 1918 r.), w celu niesienia pomocy ofiarom wojny, a w szczególności żołnierzom polskim, wcielanym do trzech obcych armii: niemieckiej, austriackiej i rosyjskiej. Zorganizowała i sfinansowała nabór ochotniczek do czynnej służby pielęgniarskiej, niosącej pomoc żołnierzom walczącym na froncie. Drugim celem organizacji było szerzenie kultury i oświaty polskiej, rozbudzenie wśród walczących postaw patriotycznych oraz świadomości narodowej i obywatelskiej. Po zakończeniu I wojny światowej takie same cele organizacja spełniała wobec żołnierzy Wojska Polskiego. Cegiełki, rozprowadzane wśród społeczeństwa na rzecz pomocy żołnierzom na froncie, były jedną z form pozyskiwania środków finansowych na ten cel przez P.B.K.
W latach 1918-1921 Polski Biały Krzyż spełniał swoje zadania przede wszystkim na froncie. Natomiast w okresie międzywojennym stowarzyszenie umacniało swoje szeregi organizacyjne. W latach 1922-1933 P.B.K.  upowszechniał przede wszystkim swoją działalność terenową. W latach 1929-1933 działało w kraju 115 Kół Opieki P.B.K., które prowadziły szkolenia żołnierzy w szkołach powszechnych, na kursach specjalistycznych i merytorycznych. Prowadziły kursy instruktorskie dla oficerów i podoficerów oraz rolnicze, rzemieślnicze itp. W latach 1927-28 zorganizowano 1902 pogadanki z zakresu historii Polski; zrealizowano 161 wycieczek krajoznawczych szerzących wiedzę o Polsce współczesnej i zdobyczach kultury. Koła realizowały swoją działalność przez ponad 150 świetlic i 345 bibliotek w całym kraju.
Koło Opieki Załogi P.B.K. w Zamościu powstało w latach 30-tych XX w. Zachowany z tego okresu druk ulotki (Drukarnia Sejmiku Zamojskiego) informuje o podejmowaniu zapisów członkowskich z roczną składką 6 zł dla członów rzeczywistych Koła. W 1937 r. Zarząd Koła wydał odezwę (druk. Rady Powiatowej), z której dowiadujemy się m.in., że sekretariat Koła mieścił się w gmachu Ubezpieczalni Społecznej (pokój Nr 5). Odezwą agitowano do udziału w pracach Koła, do zgłaszania się w jego szeregi oraz apelowano o wszelką pomoc w rozwoju „działalności białokrzyskiej” na terenie miasta. W maju 1939 r. zamojskie Koło Opieki P.B.K., we współpracy z P.C.K podjęło inicjatywę zorganizowania dancingu, który odbył się w kawiarni „Europa”. Dochód z imprezy był przeznaczony na urządzenie żołnierskich świetlic w garnizonie zamojskim. Współpraca w mieście aktywistów Polskiego Białego Krzyża i Polskiego Czerwonego Krzyża w przededniu wybuchu II wojny światowej świadczy o połączeniu sił i obraniu wspólnych celów przez te organizacje społeczne. Polski Biały Krzyż został rozwiązany w 1946 r. Jego majątek przekazano Towarzystwu Przyjaciół Żołnierza.

opracowanie: Ewa Lisiecka
źródło:
  1. Sprawozdanie Zarządu Naczelnego P.B.K – wyd.1933 Biuro P.B.K. Warszawa – Polona.
  2. https://100lat.pck.pl/fakty/polski-bialy-krzyz
  3. Druki ulotne z zasobów Biblioteki Narodowej w Warszawie.

 

Ciekawostki Zamościa.

Zegar słoneczny w Zamościu.

Z historią zegara słonecznego, znajdującego się przy Katedrze Zamojskiej, zapoznają nas autorki (Marzena Gałecka i Renata Sarzyńska-Janczak) opracowania zatytułowanego „Zegary słoneczne astronoma Jana Baranowskiego – w Zamościu, Lublinie i Kozłówce”, wydanego przez Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków w Lublinie. Zegar jest opatrzony datą 1868 i jest najstarszym dziełem ww. astronoma. Obecnie zegar znajduje się przy południowej elewacji kościoła. Jest to jego wtórna lokalizacja z 2013 r. Oryginalne w zamojskim zegarze są: marmurowa tarcza (49 cm średnicy) i spiżowy gnomon. Kolumnowa podstawa (wys. 99 cm) i owalna obejma z kamienia józefowskiego są współczesne. Na tarczy są linie godzinowe, półgodzinowe, kwadransowe i pięciominutowe. Godziny oznaczono cyframi rzymskimi: IV rano; XII południe; VIII wieczorem. Po stronie przeciwległej dla godziny 12 umieszczono datę 1868 R. Wcześniej zegar był zdemontowany i przechowywany w zbiorach zgromadzonych w Infułatce. Nie wpisano go do Rejestru Zabytków.

W 2013 r. kamieniarz z Krasnobrodu, Janusz Gontarz usunął z oryginalnej tarczy metalową obejmę i cementową opaskę. Zegar został oczyszczony z brudu i zabezpieczony preparatem hydrofobowym. Spiżowy gnomon został wyprostowany. Tarcza zegara została osadzona w nowej, okrągłej płycie z kamienia józefowskiego i otrzymała nową kamienną podstawę, zwężającą się ku górze kolumnę.

Obecnie zegar nie znajduje się w miejscu pierwotnego usytuowania. Inwentarze Kolegiaty określały go jako: „między domem Infułackim a kościołem”. Wcześniejsza lokalizacja nie była osłonięta koronami wysokich drzew przed słońcem i zegar mógł spełniać swoją rolę. Wyboru nowego miejsca dokonała Komisja powołana w czasie trwania rewaloryzacji Katedry w latach 2010-2013. Umieszczono go przy południowo-zachodniej elewacji kościoła, w miejscu nie kolidującym z ruchem dookoła katedry i bardziej dostępnym dla turystów.  Fundację zegara przypisuje się infułatowi zamojskiemu, Walentemu Baranowskiemu,  a wykonanie jego starszemu bratu, astronomowi Janowi Baranowskiemu (1800-1879). Pierwotnie zegar umieszczono naprzeciw Kaplicy Ordynackiej w czasie jej restaurowania przez Stanisława Kostkę Zamoyskiego w l. 1867-1871. Bracia Baranowscy spoczywają na cmentarzu w Lublinie przy ul. Lipowej, a ich epitafia znajdują się w lubelskiej katedrze.

 

zdjęcie – epitafium Walentego Baranowskiego w lubelskiej katedrze – Ewa Lisiecka

źródło:

  1. Zasoby Biblioteki Narodowej w Warszawie.
  2.  https://www.nid.pl/upload/iblock/475/4751ccf9b55bd2da09ade95f712cf9ef.pdf?fbclid=IwAR3hDM6jfJU9viXGMJ3zdZ4cJbky11mb80U-EgN6DOdg-vnNhOJhGt5sTHA

Architektura bożnic na Zamojszczyźnie.

W okresie międzywojennym, około 1926 r., znany polski architekt i konserwator zabytków, Adolf Szyszko-Bohusz odwiedził ponownie* Zamojszczyznę, zbierając tym razem materiały do opracowania poświęconego architekturze synagog, m.in. w Szczebrzeszynie, Zamościu, Krasnobrodzie i Goraju. Pozycja ta, jest o tyle ciekawa dla naszych regionalistów i przewodników, że zawiera zdjęcia nie istniejących już bożnic w Krasnobrodzie i Goraju. „Materiały do architektury bożnic w Polsce” autorstwa Adolfa Szyszko-Bohusza wydane zostały w 1926 r. nakładem Polskiej Akademii Umiejętności w Krakowie. Osobne odbicie z „Prac Komisji Historii Sztuki Tom IV” – wykonała drukarnia Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie (pod zarządem Józefa Filipowskiego). Publikacja zawiera także informacje na temat drewnianej synagogi w Przedborzu i bożnic w Szydłowie i Wyszogrodzie. Dzięki udostępnieniu jej przez Bibliotekę Narodową w Warszawie w domenie publicznej, mamy możliwość uaktualnienia tego przekazu z przed prawie stu lat.
___________________________________________________________________________________________________________________
Bożnica w Zamościu
„W całym różnorodnym kompleksie dzisiejszych zabudowań bożniczych w Zamościu, do części pierwotnych, organicznie związanych ze sobą, należą zaledwie sala główna i dwa oddziały boczne dla kobiet, przystawione od południa i północy do sali wyżej wymienionej (fig.24 i 25). Poza tem sień dzisiejsza może również jest pierwotną – w każdym razie musiała istnieć podobna do dzisiejszej. Mógł również istnieć chór kobiecy nad sienią. Reszta przystawek i przybudówek pochodzi z epoki znacznie późniejszej, w przeważającej części z ostatnich lat, gdy nie tylko wygląd zewnętrzny, ale i całe wnętrze uległo poważnym zmianom.
Sień bożnicy wielce przypomina podobne sienie kamienic w rynku. Mamy więc część przodkową szerszą, sklepione beczkowo z lunetami. Przeszło o metr niżej poziomu ziemi opuszczona, ma od wschodu wejście do sali modlitewnej, jeszcze o parę stopni niżej położonej, od zachodu zaś wejście po kilku stopniach do sali modlitewnej mniejszej. Część sieni węższa, sasklepiona dwoma polami krzyżowego sklepienia, ma w końcu wejście na dziedziniec, od zachodu wejście do talmud tory, od wschodu do oddziału kobiecego. Różnicę w szerokości obu części sieni wypełniają schody na chór. Część główna i oczywiście jedyną ciekawszą pod względem architektonicznym i artystycznym stanowi wielka sala modlitewna o architekturze XVII prawdopodobnie wieku (fig.26). Prawie kwadratowa w planie (11,35 x 13,43 metra) (fig 31). Dekoracja ścian sklepienia jest jednak cokolwiek inną. Podobnież jak w szczebrzeskiej, mamy tutaj 8 lunet połączonych w pary w rogach sali. Dekoracja sklepienia jest mniej sutą., profil żeber cokolwiek inny. Innem jest opracowanie katów sali zapomocą żagli konchowych – ściany maja pilastry, odpowiadające podziałom sklepienia – na ogół zaś całość jest bardziej architektonicznie przeprowadzona niż w Szczebrzeszynie.
W ścianach bocznych mamy tutaj również  ośm otworów do bocznych przedziałów kobiecych, nad nimi zaś zamiast wnęk, użytych w Szczebrzeszynie, rodzaj tablic obramionych bogatą listwą. Przy ścianie wschodniej miejsce pilastru środkowego zajmuje ołtarz, z wnęką pomiędzy dwiema kolumnami jońskimi, w mniejszej górnej części żłobkowanemi. Światło bezpośrednio wpada do wnętrza dziś tylko z dwóch okien wschodnich. Dwa zachodnie od początku może na chór kobiecy wychodziły, cztery zaś boczne dziś, po przebudowie gmachu, również służą za przeźrocza dla bocznych chórów kobiecych. Przed paru laty stały jeszcze przy murze zachodnim wewnątrz sali dwa chórki drewniane dla chłopców ze szkół. Rysunek tych chórów mamy w „Budownictwie drzewnym” Glogiera. Śladów po nich nie pozostało. Żelazna bima z roku 1788 zachowała się dobrze, ale przy restauracji została całkowicie pomalowana farbą srebrną. Dochowało się również parę starych świeczników (fig. 27). Co do wyglądu zewnętrznego dziś trudno osądzić jaki był pierwotnie. Zapewne kalenica dachu, dziś wspólna dla całej budowy wraz z chórami bocznemi i w kierunku z północy na południe ułożona, pierwotnie rozciągała się od zachodu na wschód. Mury jak w Szczebrzeszynie, rozczłonkowane były pilastrami  – te są widoczne jeszcze od  ulicy, w ścianie ołtarzowej.”
___________________________________________________________________________________________________________________
Bożnica w Szczebrzeszynie
„Bożnica w Szczebrzeszynie, o wnętrzu podobnie zasklepionym jak w Zamościu należy do najozdobniejszych na Zamojszczyźnie. System zasklepienia wielkiej sali (11,35 x 13,48), prawie całkiem taki sam (fig. 28 i 29), jest to sklepienie klasztorne z lunetami, obejmującemi 6 okien i 6 otworów do chóru kobiecego. Ten ostatni, utartym zwyczajem, znajduje się na pietrze dobudówki zachodniej, mieszczącej na parterze przedsionek i salkę obrad. Podobne dla kobiet przeznaczone salki mieszczą się również od południa i północy. Wszystkie te dobudówki są skromne i pozbawione jakiejkolwiek dekoracji architektonicznej. Podobnie skromna jest szata zewnętrzna bożnicy (fig 30): mury rozczłonkowane pilastrami, wysoki dach mansardowy jest jedyna ozdobą zewnętrzną.  Natomiast wnętrze sali ma dekoracje stosunkowo bardzo bogatą (fig. 31). Składają się na nią geometryczne sklepiennych, o profilach podobnych jak te, których użyto w kościołach szczebrzeskich. Są to profile niezawodnie sięgające czasów budowy kolegiaty w Zamościu. Część sklepienia, a mianowicie odcinki  pomiędzy lunetami – nad ołtarzem, na osiach ścian bocznych i nad wejściem – ma dekorację bogatszą. Schodzi ona poniżej na szlak wnęk podokiennych. Te same cechy stylowe swojskiego późnego renesansu ma ołtarz kamienny, dość zresztą grubej roboty.
Znacznie subtelniej wygląda bramka przed ołtarzem. Polichromia wnętrza podkreślająca niektóre partie sklepienia, posługuje się głównie barwa niebieską. Ze sprzętów przechowywanych w Bożnicy, poza większą ilością mosiężnych pająków, interesującym jest wielki dziewięcioramienny świecznik z orłem bujającym na sprężynie (fig 32). Poza tem wielka ilość blach do dekoracji rodałów, korona srebrna i drobniejsze wyroby srebrne mniejszej wartości artystycznej. Tkanin wartościowych nie ma wcale.”
___________________________________________________________________________________________________________________
Bożnica w Krasnobrodzie
„Do typu skromniejszych bożnic małomiasteczkowych należą w sąsiedztwie położone bożnice w Krasnobrodzie i Goraju. Bożnica w Krasnobrodzie (fig. 33) murowana o wyniosłym dachu mansardowym, ma wnętrze dość obszerne (około 13 x 14 metrów) nakryte płaskim sufitem, wspartym na czterech drewnianych słupach (fig. 34). Szereg otworów w ścianie zachodniej łączy wnętrze z oddziałem dla kobiet, mieszczącym się nad przedsionkiem. Drugi podobny oddział, w przyziemiu od północy, uzupełnia pojemność bożnicy. Pozatem zachował się drewniany balkonik dla chłopców. Sprzęty drewniane, jak naprzykład wielki stół o zarysach czysto zakopiańskich, pulpity itd., mają cechy sztuki ludowej. Inne sprzęty jak bima z 1680 i rzeźbiona w drzewie wnęka na rodały (fig. 35) są zabytkami stylowemi z epoki baroku.” 
  
___________________________________________________________________________________________________________________
Bożnica w Goraju
„Bożnica w Goraju, wraz ze stojącymi obok świronkiem i szkołą, tworzy malowniczy zakątek rynku o charakterze zupełnie swojskim (fig. 36). Nakryta wysokim dachem mansardowym, pomalowana we fantastyczne kapitele, pilastry i portale, podparta potężnemi przyporami narożnemi, wywołuje nastrój pewnej monumentalności, który potęguje się jeszcze bardziej wewnątrz dzięki śmiałemu sklepieniu beczkowemu z lunetami, udekorowanemu z lekka wystającemi listewkami kasetonów (fig. 37). Wejście w ścianie zachodniej i ołtarz mają coś z ducha schyłku XVIII w. Oddział kobiecy umieszczony nad przedsionkiem, komunikuje się z wnętrzem szeregiem gęsto zakratowanych otworów. Ze sprzętów zasługuje na uwagę bima j kanapka do obrzezania, udekorowana dekoracja rokokową, poza tem większa ilość świeczników  (fig. 38) i coś w rodzaju wotów w papierze wycinanych, wiszących obok ołtarza.”  
  
___________________________________________________________________________________________________________________
* W roku 1912 Adolf Szyszko-Bohusz odwiedził Tomaszów Lubelski, opracowując materiały na temat drewnianego kościoła w  Tomaszowie Lubelskim. (osobny artykuł na naszej stronie)
opracowanie: Ewa Lisiecka

 

Jerzy Krzyżewski – wspomnienia przewodników.

Z przykrością zawiadamiamy, że w dniu dzisiejszym, tj. 26.08.2020 r. zmarł nasz Kolega Przewodnik, Jerzy Krzyżewski. Ten znany regionalista i pasjonat historii Ziemi Hrubieszowskiej oraz wieloletni Prezes THR im. Stanisława Staszica w Hrubieszowie był od wielu lat wielkim przyjacielem zamojskich przewodników.
Składamy wyrazy głębokiego współczucia Rodzinie Zmarłego, bliskim, przyjaciołom i znajomym. Łączymy się z nimi w bólu po stracie tego wspaniałego człowieka.
Jurku, spoczywaj w pokoju!
Informacje o pogrzebie podamy w terminie późniejszym.
Pogrzeb odbędzie się w sobotę 29.08.2020 r. w Hrubieszowie. Msza Święta w intencji Zmarłego zostanie odprawiona o godzinie 11.00 w kościele Świętego Mikołaja ul. 3 Maja w Hrubieszowie (wystawienie o godz. 10-tej). Po mszy nastąpi odprowadzenie na cmentarz w Hrubieszowie. Przewodników z Koła prosimy o udział w pogrzebie w stroju przewodnickim.

___________________________________________________________________________________________________________________

Wspomnienia  przewodników  – osoby śp. Jerzego Krzyżewskiego
Dnia 26 sierpnia 2020 roku zmarł w wieku 79 lat nasz kolega przewodnik Jerzy Leopold Krzyżewski z Hrubieszowa. Kolega Jerzy przez całe swoje życie realizował słowa pisarza i działacza społecznego, założyciela Towarzystwa Rolniczego Hrubieszowskiego Stanisława Staszica: „Być narodowi użytecznym – być użytecznym tej Ziemi, ukochanej Ziemi Hrubieszowskiej”. Kol. Jerzy od 1966 roku był członkiem Towarzystwa Regionalnego Hrubieszowskiego, początkowo zajmował się sekcją krajoznawczą która rozwinęła swoją działalność nie tylko wśród młodzieży, ale również gromadziła dorosłych, organizując wiele cyklicznych imprez wśród nich „Dni Ziemi Hrubieszowskiej”. Od 1996 roku pełnił funkcję Prezesa TRH, a także redaktora naczelnego „Biuletynu TRH”. Stale współpracował z Muzeum Hrubieszowskim, a także z archeologami z Uniwersytetu Marii Skłodowskiej Curie w Lublinie. Był inicjatorem wielu konferencji naukowych i wydawniczych poświęconych ziemi hrubieszowskiej i jej mieszkańcom. Dla nas przewodników z Koła Przewodników im. Róży i Jana Zamoyskich w Zamościu byłeś wspaniałym kolegą, wzorem do naśladowania, będzie nam brakowało twej wiedzy i pomocy, której nigdy nie odmówiłeś, a także Twojego żartu, dowcipu, celnej i inteligentnej riposty.
Maria Rzeźniak – Prezes Koła Przewodników Terenowych PTTK/Oddział Zamość im. Róży i Jana Zamoyskich
___________________________________________________________________________________________________________________
Przewodnickie wspomnienie o Jurku Krzyżewskim zwanym „Hrabią”
Bożena Kamaszyn-Gonciarz
Ograniczę się do niektórych tylko faktów. Znaliśmy się z kol. Jerzym „tylko” 40 lat. Odkąd pamiętam Jurek był zawsze dowcipny, szarmancki i elegancki. Najczęściej widywaliśmy go w stroju turystycznym, ale także „pod muszką”.  Błyszczał inteligencją i był duszą towarzystwa. Brał udział w wyjazdach terenowo-szkoleniowych Oddziału PTTK w Zamościu i Koła Przewodników Terenowych. Wielokrotnie uczestniczył w Ogólnopolskich Pielgrzymkach Przewodników Turystycznych na Jasną Górę, w grupie zamojskiego Koła. Nigdy nie odmówił prośbie o przekazanie swojej wiedzy na tematy, które Go najbardziej interesowały, z historii II wojny światowej, postaci związanych głównie z Hrubieszowem, historii regionu, czy chociażby heraldyki.
Dwa lata temu oprowadzał po Hrubieszowie przewodników z Zamościa i mieliśmy okazję zwiedzić z Nim również Browar hrubieszowski. Corocznie zapraszał przedstawicieli Koła Przewodników Terenowych w Zamościu na opłatek organizowany przez Towarzystwo Regionalne Hrubieszowskie, którego był prezesem. Szczególnie utkwiła mi w pamięci wizyta delegacji w 2006 r., kiedy to po raz kolejny Jurek został wybrany Prezesem TRH, o czym informował „Tygodnik Zamojski” Nr 50 z 14.12.2005 r. Spotkanie noworoczne TRH im. Stanisława Staszica odbyło się 4.02.2006 r. Na zaproszenie pojechały przewodniczki: Danuta Głazowska, Wanda Kopaczewska, Danuta Książkiewicz i Bożena Kamaszyn-Gonciarz. Kolega Jurek, jako prezes TRH przewodniczył spotkaniu witając gości: kapelana TRH; przedstawicieli władz administracyjnych i szpitala; regionalistów i przewodników.
Uroczyste spotkanie rozpoczął hymn Hrubieszowa śpiewany przez scholę przy kościele św. Stanisława Kostki. Młodzież zaśpiewała również kolędy, których nutę podchwycili także obecni na sali. Słuchano wspomnień o Janie Szlonzaku, patriocie, regionaliście, poloniście i kierowniku szkoły w Hrubieszowie. Wspominała go m.in. uczennica, też nauczycielka i brat. Odbyła się również promocja tomików wierszy Piotra Malca, który opisywał piękno ziemi i przyrody. Autor czytał te wiersze podczas spotkania i wspominał matkę, która była związana z Hrubieszowem. W trakcie spotkania mówiono o planach TRH. Prezes Koła Przewodników w Zamościu wręczyła na ręce Prezesa TRH bukiet kwiatów z życzeniami dla nowo wybranego Zarządu TRH – wytrwałości w pracy, hojnych sponsorów i zdrowia dla członków Towarzystwa. Po spotkaniu, nieco już zmęczony Jerzy, znalazł jednak czas i siły, aby porozmawiać jeszcze z koleżankami z Zamościa. My przewodnicy byliśmy dumni, że nasz kolega, przewodnik, po raz kolejny został wybrany prezesem TRH.
Ostatnio rozmawiałam z Jerzym telefonicznie 23.07.2020 r. Był już bardzo chory, a pomimo tego troszczył się o losy TRH, martwił się, że nie „wyszły” tak pieczołowicie przygotowywane obchody 60. lecia TRH. Sam będąc chorym, pytał i martwił się moim zdrowiem. Cały Jerzy! Cieszę się, że jeszcze porozmawialiśmy, ostatnie nasze słowa brzmiały: „do usłyszenia”. Już się nie usłyszeliśmy. Kiedy dzwoniłam kolejny raz – odpowiadał mi tylko nagrany na telefon głos Jurka…. Pogrzeb kol. Jerzego Krzyżewskiego – „Hrabiego” – odbył się 29.08.2020 r. w Hrubieszowie. Na pogrzeb przyjechali przewodnicy, nie tylko z Zamościa. Poczet sztandarowy Oddziału PTTK w Zamościu (Jadwiga Kozłowska, Maria Jamroż, Piotr Gonciarz) asystował Zmarłemu w kościele i ostatniej drodze na cmentarz. Msza pogrzebowa została odprawiona w kościele św. Mikołaja. Jerzego Krzyżewskiego żegnali przedstawiciele różnych stowarzyszeń, zawodów i władz administracyjnych. W imieniu zamojskich przewodników, w asyście pocztu sztandarowego pożegnała Kol. Jerzego – Maria Jamroż, wspominając w ciepłych słowach Jego postać i fakty związane z Nim, które charakteryzowały Jego osobowość.
Po odprowadzeniu na cmentarz w Hrubieszowie Rodzina Zmarłego zaprosiła przewodników na obiad do restauracji. Przewodnicy w drodze powrotnej odwiedzili grób naszej koleżanki-przewodniczki Ewy Mielnickiej, która zmarła w 2016 r. i jest pochowana na cmentarzu w Nabrożu. Złożyli wiązankę kwiatów, zapalili znicze i pomodlili się w intencji Zmarłej. Na działce w Karpiu – należącej do Bożeny i Piotra Gonciarzów – przewodnicy kontynuowali spotkanie, wspominając zmarłych przewodników. Opowiadano sobie „Jurkowe kawały”, którymi raczył innych za życia, wnosząc w spotkania humor i radość, jak to miał w zwyczaju. Niech spoczywa w pokoju.
___________________________________________________________________________________________________________________
 

  

  

  

  

  

 

zdjęcia: Janusz Panasiewicz, Piotr Gonciarz, Leszek Kozłowski
opracowanie: Ewa Lisiecka

Drewniany kościół w Tomaszowie Lubelskim przed stu laty.

Wśród wielu opracowań dotyczących drewnianego kościoła p.w. Zwiastowania N.M.P. w Tomaszowie Lubelskim *, warto przypomnieć krakowskie wydawnictwo Polskiej Akademii Umiejętności, autorstwa polskiego architekta i konserwatora zabytków, Adolfa Szyszko-Bohusza (1883-1948). W latach 1910-1912 A. Szyszko-Bohusz był wykładowcą Uniwersytetu Jagiellońskiego, którego drukarnia wydała w 1912 r. jego opracowanie zatytułowane: „Kościoły w Tomaszowie i Mnichowie: przyczynek do historyi budownictwa drewnianego w epoce barokowej”. Praca powstała jako przedruk materiałów zebranych do „Sprawozdania Komisji do badania historii sztuki w Polsce” (t.VIII, Kraków 1912 s. 309-327). Zamieszczony poniżej opis kościoła tomaszowskiego opatrzono zdjęciami autorstwa Stefana Zaborowskiego i rysunkami Adolfa Szyszko-Bohusza. Opracowanie jest przechowywane w Bibliotece Narodowej w Warszawie i udostępniane na stronie internetowej „Polona”. Publikacja ta, na tle późniejszych i pełniejszych opracowań na temat  tomaszowskiego kościoła, stanowi ciekawy wariant ukazania drewnianej architektury naszego regionu na przykładzie jednego z cenniejszych zabytków Zamojszczyzny. Obok zdjęcie Adolfa Szyszko-Bohusza (przed majem 1913 r). W tym czasie podjął już pracę wykładowcy na Politechnice Lwowskiej (w latach 1912-1916 – w tym czasie była to Cesarsko-Królewska Szkoła Politechniczna we Lwowie))  – źródło: BN w Warszawie.
_____________________________________________________________________________________________________________________________________________________________
Tomaszów
Powiatowe miasto gub. lubelskiej, posiada jeden dość szczupły kościółek modrzewiowy po wezwaniem Zwiastowania N.P. Maryi, podług rubryceli założony w r. 1628 przez mieszczan tomaszowskich i dopiero w sto lat później nakładem Michała ordynata Zamoyskiego w dzisiejszym stanie zbudowany (fig.1). Nawy przodkowe kościoła (fig.3) w planie zajmują przestrzeń prostokąta, prawie kwadrat 15,50 x 16 m. Na tej przestrzeni mamy trzy nawy, przedzielone czterema filarami czworokątnymi, bardzo wysmukłymi, i sześć kapliczek bocznych, utworzonych przez rodzaj szkarp wewnętrznych, rozszerzających się ku ścianom zewnętrznym. Całość oczywiście naśladuje układ planu tak pospolitego w epoce baroku – układ naw przodkowych kościoła Il Gesu w Rzymie, projektowanego przez Vignolę, a naśladowanego często, poczynając od wielkiego kościoła św. Piotra w Rzymie., a kończąc na pierwszym lepszym kościółku kapucyńskim u nas. Konstrukcja drzewna bynajmniej szkarp nie wymagała. Składziki, wewnątrz tych szkarp zamieszczone, a pustkami stojące, zabierają jedynie dużo miejsca.
Sklepienia drewniane (fig 4), naśladujące beczkowe, a w nawach bocznych prawie krzyżowe, w nawie środkowej i prezbiteryum sięgają wys. 13 m. Konstrukcja tych sklepień jest bardzo prosta, nawet prymitywna: deski podszycia przybito do bukszteli, pozbijanych z grubych tarcic, przymocowanych do wiązań dachowych. W miejscu, odpowiadającym łukowi tęczy, którego właściwie niema, na belce barokowo wygiętej stoi krucyfiks i posągi M. Boskiej i św. Jana. Prostokątne, wydłużone prezbiteryum, wzniesione o jeden stopień ponad posadzkę naw, dzieli się balustradą na dwie części. W przodkowej są wejścia do zakrystyi murowanej (dawniej skarbiec), dobudowanej do prezbiteryum od północy, i do składziku (dawniej zakrystyi) od południa. Nad temi przestrzeniami mieszczą się loże (fig 2), otwarte do wnętrza prezbiteryum arkadami; wejście do lóż mieści się w sionkach bocznych, w sionce południowej mieszczą się również wązkie schodki na ambonę.
Część frontowa kościoła (fig 1) składa się z dwóch wież i kruchty pomiędzy niemi. Wieże w przyziomie mieszczą światło brackie i kaplicę, całe zaś piętro w wieżach i nad kruchtą, otwierające się od wnętrza trzema arkadami, mieści chór muzyczny. Wewnątrz (fig 6) kościół sprawia wrażenie dość monumentalnej budowy. Przepyszna gama kolorów brunatno-czerwono-szarych o złocistych połyskach starego modrzewia w blasku słońca, daje efekta niezrównane. Wysmukłe słupy i śmiało zakreślone łuki arkad i sklepień dodają wnętrzu dużo powagi. Całość, być może, cokolwiek za skromna jak na kościół miejski – szczególnie da się to powiedzieć o szacie zewnętrznej – budowa ta prosta i surowa w swych zarysach, upiększona jedynie różnorodnie się załamującymi dachami i daszkami. Kościół dookoła obiega daszek gontowy, osłaniający fundamenta i cokół; gzyms bardzo wydatny w ćwierć koła zarysowany, przypomina motywa tak często używane w budowie bożnic; na ciemnem tle modrzewiowych bali mocno się odcinają białe ramy okien; okno nad wejściem frontowem upiększone trzema figurkami światków.
Zakończenie wież, tak charakterystyczne dla okolic tutejszych ma już w sobie coś z motywów wschodnich. W północno-zachodnim rogu cmentarza stoi dzwonnica (fig. 5), typowa zresztą dla naszych kościołów wiejskich, deskami również modrzewiowymi oszalowana. Ze sprzętów kościelnych na uwagę zasługują: ołtarz wielki, a szczególniej ambona, chrzcielnica i stalle, z XVII jeszcze wieku pochodzące, a więc z pierwotnego przez mieszczan w 1628 roku założonego kościółka przeniesione. Poza tym w skarbcu i zakrystyi nic ciekawego – parę ornatów (fig. 7 i 8) starych, dość pospolitych, w tej liczbie dwa z pasa polskiego”.

  

  

 

___________________________________________________________________________________________________________________

opracowanie: Ewa Lisiecka
* Spis publikacji dotyczących drewnianego kościoła w Tomaszowie Lubelskim
  1. Fr. Klein. Kościół w Tomaszowie Lubelskim. Sprawozdanie i Wydawnictwo Tow. Opieki nad Zabytkami Kult. i Szt. za rok 1910. Kraków 1911. ss. 19-28.
  2. Adolf Szyszko-Bohusz.”Kościoły w Tomaszowie i Mnichowie: przyczynek do historyi budownictwa drewnianego w epoce barokowej”. Sprawozdanie Komisji do badania historii sztuki w Polsce (t.VIII, Kraków 1912 ss. 309-327).
  3. K. Teleżyński. Starożytny kościół w Tomaszowie Lubelskim. Przegląd Lubelsko-Kresowy I: 1924 Nr 14. s. 8.
  4. M. Nowak. Historyczny opis kościoła parafialnego i cudownego obrazu Matki Bożej w Tomaszowie Lubelskim. Lublin 1960, mps ADL.
  5. Katalog zabytków sztuki w Polsce. Tomaszów Lubelski i okolice. Tom VIII. Dawne województwo lubelskie. Zeszyt 17. PAN – Instytut Sztuki Warszawa 1982. ss. 66-73.
  6. M.Mucha. Monografia kościoła parafialnego p.w. Zwiastowania NP Marii w Tomaszowie Lub. Lublin 1984, praca magisterska, mps UMCS.
  7. Jan Górak. Kościoły drewniane Zamojszczyzny. Ośrodek Badań i Dokumentacji Zabytków w Zamościu. Zamość 1986. ss. 31-36.
  8. Red. ks. Zygmunt Jagiełło. Parafia rzymsko-katolicka p.w. Zwiastowania NMP w Tomaszowie Lubelskim. Tomaszów Lubelski 2008.
  9. Dr Ruth Sargent Noyes. Polskie relikwiarze: Relikwie Corpisanti św. Feliksa w kościele Zwiastowania NMP w Tomaszowie Lubelskim. Publikacja artykułu na stronie przewodnickiej. Zamość 2020.
     

 

Wycieczka do przeszłości. Roztoczańskie Muzeum PRL.

W dniu 27.07.2020 r. zamojscy przewodnicy mieli okazję obejrzenia zbiorów Roztoczańskiego Muzeum PRL w Zamościu, mieszczącego się przy ulicy Weteranów 6 (około 1,5 km od Starego Miasta). Zaledwie dziesięć dni wcześniej nastąpiło jego otwarcie. Założycielem muzeum jest Tomasz Pakuła. Jego pomysł utworzenia kolejnej w Zamościu jednostki muzealnej zrodził się przed trzema laty. Eksponaty zbierano intensywnie od roku wśród „zasłużonych zaopatrzeniowców”, przede wszystkim z Roztocza, również z Zamojszczyzny, ale także z całej Polski. To dzięki lokalnym darczyńcom muzeum przybrało przydomek „roztoczańskiego”. Ile jest eksponatów w muzeum? – tysiące, ale dokładnie nie udało się ich jeszcze przeliczyć i zinwentaryzować. Są tam rzeczy cenne i bezcenne, jeżeli bezcenną można nazwać prawie nienaruszoną paczkę papierosów marki „Popularne”, czy „Sport”, dowód tożsamości konia, czy smoczek dziecięcy marki „Ewa”, albo jedną z pierwszych lodówek w Polsce.
Muzeum posiada wśród eksponatów takie przedmioty z epoki PRL-u, które do dzisiaj posiadają oryginalne i nienaruszone opakowania i metki. Wiele zgromadzonych przedmiotów jest powszechnie rozpoznawalna, szczególnie przez starsze pokolenia, ale są i takie, które wśród młodszych roczników, wywołują konsternację. Muzeum urządzono w formie wydzielonych stref służących wizualizacji: sklepu z epoki; pokoju dziecinnego; kuchni, sypialni, łazienki, gabinetu urzędniczego, sali filmowej, kącika muzycznego, czy warsztatu z narzędziami. Jest trzynaście takich ekspozycji w siedmiu pomieszczeniach drewnianego domu  pochodzącego rodem z epoki. Wśród przedmiotów znajdziemy kultową pralkę „Franię”; kuchnię „Ewa”; radio marki Grundig; adapter z płytami winylowymi, czy magnetofon szpulowy i kasetowy. W szafkach dostrzeżemy pieniądze z epoki, książeczki oszczędnościowe i dokumenty, także pamiątki PEWEXowskie, stanowiące w tamtych czasami wyznacznik luksusu. Uśmiech u niektórych wywoła wino marki „Wino”, czyli popularne J-23. Pudełeczka zapałek przypomną kolekcjonerskie zakusy zbieraczy naklejek zapałczanych, za które młodzież wymieniała się tak, jak późniejsze pokolenia  na podobizny światowych piłkarzy.  Dostrzeżemy nawet gumy marki „Donald”, z której szczególnie najmłodsi smakosze wytwarzali przeurocze balony, strzelając nimi wszędzie dla szpanu.
Muzeum zwiedza się z audio przewodnikiem około 40 minut. Lektorem jest znany w tamtych czasach Tomasz Knapik, prezenter radiowy i filmowy, lektor PKF, który przenosi słuchacza w epokę PRL, ujawniając wiele szczegółów i faktów z tamtych lat,  czyniąc tym samym przegląd muzealiów niezwykle interesującym. Tę epokę może opowiedzieć słowami tylko ktoś, kto ją przeżył, ale można jej również doświadczyć dzięki eksponatom zgromadzonym w tym muzeum.  Dla starszych pokoleń to wycieczka w przeszłość, która wzbudza nostalgię, wzrusza i przywołuje odłożone już na „półkę” pokłady pamięci. Dla młodszych pokoleń to niezastąpiona lekcja przeszłości minionej polskiej rzeczywistości. Zwiedzających witają i żegnają, wyeksponowane przy wejściu,  tablice informacyjno-ostrzegawcze z doby PRL-u.

  

  

  

Jan Zamoyski i jego najbliżsi.

Czar starej fotografii

Jan Zamoyski i jego najbliżsi

Bohaterami tej wystawy są przedstawiciele czterech pokoleń rodu Zamoyskich, zaczynając od rodziny XIV ordynata Ordynacji Zamojskiej, kończąc na pokoleniu, które wskutek zmiany ustroju po drugiej wojnie straciło wszelkie tytuły i majątek o wartości szacowanej wówczas na 1,5 miliarda dolarów. Najstarsze fotografie wykonano w końcu XIX wieku w rodowej posiadłości w podzamojskim Klemensowie w parku i pałacu, ostatnie w początkach Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej w skromnym mieszkaniu wynajmowanym przez rodzinę w willi w Sopocie. Wystawę „Jan Zamoyski i jego najbliżsi” można oglądać w Muzeum Starej Fotografii Adama Gąsianowskiego w Zamościu. Zdjęcia pochodzą ze zbiorów rodziny Zamoyskich.

Zdjęcia pochodzą z albumów rodzinnych krewnych Jana Zamoyskiego, ostatniego, XVI ordynata zamojskiego przede wszystkim jego dzieci. Albumy są raczej skromne, zwłaszcza jak na rodzinę tak rozległą i o tak wysokim statusie. Rodową kolekcję zdjęć uszczupliło jednak życie pod okupacją, konfiskata majątku na mocy dekretu PKWN i powojenne, częste, wymuszane przeprowadzki z miejsca na miejsce i z domu do domu. Wiele zdjęć i pamiątek przepadło.

Jan Tomasz Zamoyski był ostatnim właścicielem utworzonego w końcu XVI wieku wielkiego latyfundium magnackiego, nazwanego od imienia założyciela, kanclerza i hetmana wielkiego koronnego Jana Zamoyskiego Ordynacją Zamojską. Ordynacja przetrwała 350 lat w znakomitej kondycji, w międzywojniu wciąż była największym majątkiem ziemskim w kraju. Co prawda w latach 30. XX wieku latach światowego kryzysu XV ordynat Maurycy Zamoyski zmuszony był sprzedać 35 tysięcy hektarów gruntów, a wskutek regulacji serwitutów chłopskich wyłączyć z Ordynacji 76 tysięcy hektarów, ale na majątek wciąż składało się 60 tysięcy hektarów głównie lasów. Do rodziny należały dwa pałace: w Warszawie i w Klemensowie pod Zamościem, oraz kilkadziesiąt zakładów przemysłowych, w większości niezbyt dużych, jak młyny i cegielnie, ale były wśród nich także spore przedsiębiorstwa: cukrownia w Klemensowie, browar i fabryka wyrobów drzewnych w Zwierzyńcu. To ostatni ordynat Jan Zamoyski oszacował wartość tego majątku w chwili konfiskaty przez komunistyczne władze na 1,5 miliarda dolarów. On sam Ordynacją już nie porządził, choć był do tego przygotowany; z tą myślą ojciec wybrał mu studia gdyby to od niego zależało, byłby może został muzykiem, chciał się uczyć w konserwatorium. Studiował jednak ekonomię.

XV ordynat Maurycy, jak wielu jego przodków, zrobił imponującą karierę polityczną. XVI ordynat Jan Zamoyski po upadku PRL był prezesem Stronnictwa Narodowo- Demokratycznego, piastował mandat senatora i otrzymał do prezydenta Lecha Wałęsy najwyższe polskie odznaczenie Order Orła Białego.

Na najstarszych zdjęciach z końca XIX wieku odnajdziemy Marię z Potockich, żonę XIV ordynata Tomasza Zamoyskiego, matkę Maurycego Zamoyskiego. Pokolenie Maurycego, XV ordynata, reprezentowane jest na rodzinnych fotografiach przez ordynatową Marię Zamoyską, jego żonę, wywodzącą się z książąt Sapiehów, a także siostry. Najpóźniejsze zdjęcia pochodzą z końca lat 40. XX wieku. To komplet fotografii Róży Zamoyskiej, żony ostatniego ordynata, i ich syna, kilkumiesięcznego Marcina. Marcin Zamoyski, który byłby XVII ordynatem, gdyby nie zmiana ustroju, a został operatorem filmowym, sprowadził się do Zamościa 30 lat temu, gdy wybrano go prezydentem miasta. Wrócił na stałe w rodzinne strony jako jedyny przedstawiciel swojego pokolenia.

To właśnie Marcin Zamoyski postanowił zebrać rodzinne zdjęcia od najbliższych, ale i dalszych krewnych, rozproszonych po Polsce i świecie. Pomysł narodził się wkrótce po tym, jak wraz z siostrami: Elżbietą, Marią, Gabrielą i Agnieszką, odkupił od Skarbu Państwa niszczejący pałac w Klemensowie.

Ostatni ordynat Jan Zamoyski zmarł w 2002 roku, w wieku 90 lat. Jego ukochana żona Róża Jan pisał dla niej piękne wiersze odeszła znacznie wcześniej. Zginęła w wypadku w Warszawie jesienią 1976 roku.

Na kartach inwentarzy

Zdjęcie z zaręczyn Marii, córki XIV ordynata Tomasza Zamoyskiego i Marii z Potockich, należy do najstarszych na wystawie. Zostało wykonane w 1897 roku. Przy stole w holu wejściowym zasiadła też ordynatowa Maria, już wtedy zamężna z księciem Konstantym Lubomirskim jej pierwszy mąż, XIV ordynat Tomasz zmarł w 1889 roku. Ordynacją zarządzał już wtedy ich syn, XV ordynat Maurycy.

Jan Zamoyski tak wspominał babkę w wywiadzie-rzece udzielonym Robertowi Jarockiemu (opublikowanym w książce pt. Ostatni ordynat, wydanej na początku lat 90. XX wieku): Babka z domu Potocka z Zatorza, osoba bystra, energiczna, lecz o trudnym charakterze. Pani ta przeżyła nie tylko swego męża Tomasza, ale także czworo swoich dzieci, w tym najstarszego syna, ordynata Maurycego. Przeszła jeszcze potem okupację niemiecką i powstanie warszawskie. Złamała ją przypadkowa choroba po exodusie popowstaniowym, gdy warunki życia, mówiąc ogólnie, były cokolwiek za trudne dla osoby 97-letniej, która pieszo wyszła z płonącej Warszawy.

W kadrze zmieścił się też służący z imponującymi krzaczastymi bokobrodami, pod muszką, w białej koszuli, oczekujący przy stole na polecenia. Na tych kilku zdjęciach z końca XIX wieku ciekawi są jednak nie tylko ich bohaterowie, równie interesująca jest scenografia. Nie zachowało się wiele fotografii pokazujących wnętrza rezydencji w XIX i XX wieku, co stanowi tym większą stratę, że niemal całe jej wyposażenie przepadło bezpowrotnie. W czasie drugiej wojny światowej i po wojnie pałac został ograbiony z wszelkich mebli i sprzętów. Pierwszą zorganizowaną grabież przeprowadzili Sowieci, stacjonujący w Klemensowie krótko w 1939 roku. Przez kilkanaście dni ciężarówki wywoziły sprzęty z salonów i dziesiątków pokoi, ale przecież zdołały zabrać ledwie pewną część z nieprzebranej ilości przedmiotów i pamiątek. Część mebli wynieśli po ich odwrocie chłopi. Łupem mieszkańca pobliskiej wsi padł między innymi zegar szafkowy pięciometrowej wysokości.

Gdy Niemcy zajęli pałac, nakazali chłopom wszystko oddać. Ale zegar wrócił przepiłowany w pół, nie mieścił się bowiem w zwykłej chałupie – opowiada Marcin Zamoyski. – Sami Niemcy zabrali niewiele. Płacili książkami z biblioteki za prasowanie koszul. Ale już w końcu wojny kolejnych grabieży dokonali funkcjonariusze bezpieki. Meble pojechały na przykład do domu radzieckiego generała, dowódcy jednostki lotniczej tworzonej wtedy w Zamościu, i do urzędu miasta. Tam ich brakowało, to brano z pałacu. Ocalały przedmioty schowane w zamurowanym pokoju. Przejęło je muzeum w Zamościu dodaje Marcin Zamoyski.

Z pałacowych wnętrz w kilka lat zniknęło całe oryginalne wyposażenie. Zostały tylko mozaikowe podłogi ułożone w misterne wzory z wielu gatunków drewna, kilka pieców, choć i z nich częściowo wyłupano kafle, oraz biblioteka wykonana na zamówienie w fabryce mebli w Zwierzyńcu w XIX wieku, przywieziona do pałacu w częściach i tu na miejscu złożona; jej już żadnym sposobem nie dało się wynieść.

Ale kiedyś… Zajrzyjmy do pokoju bawialnego z przełomu XVIII i XIX wieku. Sporządzony w 1800 roku inwentarz wszystkich „meblów i sprzętów” podaje, że nad białym marmurowym kominkiem wisiało zwierciadło w mahoniu, sześć portrecików w pozłacanych ramach, kandelabry z lichtarzami. Na kominku stał zegar w marmurowej oprawie, wazoniki z marmuru szarego i białego, dwa „kolosy z krystalizacji popielatej” (rzeźby). Na innych ścianach zawieszono prawie 30 obrazów „włoskich”, prawie wszystkie w pozłacanych ramach. Stała tu mahoniowa kanapa angielska, sofa z drewna olchowego, biurko mahoniowe z marmurowym blatem i dwiema szufladami, dekorowane brązami, dwie szafki mahoniowe, zdobione, kilkanaście stolików, z czego kilka przeznaczono na zbiory ceramiki i sreber. Stały imbryki, filiżanki, cukierniczki, wazoniki, figurki, czarki, kubki, dzbanuszki, kryształy szlifowane, wazony i wazy greckie, urna z marmuru czarnego dekorowana głowami lwimi, spiżowe figurki Nerona i Tyberiusza i wiele innych przedmiotów. Wszystko to przetrwało tylko na kartach inwentarzy w archiwach. A były one tak dokładne, że spisywały nawet półmiski, talerze, solniczki, tace, wazeczki na cukier. W połowie XIX wieku samych stołów i stolików doliczono się w klemensowskim pałacu ponad 100: 39 mahoniowych, 30 olchowych, 20 sosnowych, 17 jesionowych, 4 lipowych, 2 gruszowych, 2 cisowych, 1 bukowego, 1 orzechowego. Osobno spisywano pamiątki rodowe i historyczne, jak buławy należące kiedyś o hetmanów: Zamoyskiego, Czarneckiego, Wiśniowieckiego, Jabłonowskiego, Sieniawskiego, i laski marszałkowskie: Lubomirskiego, Opalińskiego, Małachowskiego. Zajrzyjmy jeszcze do jednej z niezliczonych szkatułek, która mieściła pióro Fryderyka Wielkiego, pióro księcia Eugeniusza, ołówek Marii Teresy, pióro Woltera, klucz do biurka Fryderyka Wielkiego i „pierścionek z włosami” Marii Teresy.

Ostatni inwentarz sporządziła w Klemensowie w 1912 roku ordynatowa Maria, żona Maurycego. Nie jest już tak bogaty, jak spis o ponad wiek wcześniejszy, bo część wyposażenia Zamoyscy przenieśli do pałacu w stolicy. Jednak w holu wejściowym z marmurową posadzką ułożoną w kwadraty, wciąż jeszcze jak na fotografii zaręczynowej z 1897 roku stał bogato rzeźbiony stół z takimiż krzesłami i kolumny z kompozycjami z suszonych kwiatów. Ściany pokoju zajęte były gęsto przez poroża rogaczy i jeleni, a wyżej głowy odyńców, które w kadrze zdjęcia już się nie zmieściły, podobnie jak jedyny w pałacu zegar szafkowy najprawdopodobniej ten sam, z którym 130 lat później szabrownik obszedł się bez ceregieli.

W Klemensowie i w stolicy

Pałac w Klemensowie liczy sobie 273 lata. Wybudował w latach 17441747 Tomasz Antoni Zamoyski VII ordynat Ordynacji Zamojskiej. Rezydencja została nazwana od imienia jego jedynego syna, Klemensa. Pałac stanął w lesie i stąd niektóre drzewa rosnące w otaczającym go parku są o wiele starsze niż on sam i liczą obie po pół tysiąca lat, jak wspaniałe modrzewie i dęby. Większe skupiska lub solitery pięknych modrzewi zostały tak wkomponowane w obraz poszczególnych klombów, jakby tam wyrosły. Okazy dębów parosetletnich były odsłonięte, by całą potęgę tego króla drzew można podziwiać wspominał po upływie ponad 50 lat Jan Zamoyski z rozmowie z Robertem Jarockim. Wspomniał i o gazonie 80-metrowej średnicy (niewiele mniejszy jest zamojski Rynek Wielki!) przed frontem pałacu.

To właśnie na tle tego parku sfotografowało się rok przed wybuchem wojny siedmioro z dziesięciorga dzieci XV ordynata Maurycego Zamoyskiego: w mężczyźnie pierwszym od lewej bez trudu można rozpoznać przyszłego ordynata Jana, wówczas 24-letniego, dalej stoją Paweł i Władysław i cztery siostry: Róża, Maria, Anna i Krystyna, wszystkie w prostych, białych, odcinanych z pasie sukienkach w pół łydki, albo i ledwo za kolano. A jeszcze 40 lat wcześniej młode ordynatówny musiałyby nosić ciężkie suknie do kolan z falbanami przy gorsecie i upinać włosy w strojne koki.

Pałac to jednopiętrowa budowla na kamiennym podmurowaniu, kryta mansardowym dachem, z kwadratowymi pawilonami po bokach, wysuniętymi ku przodowi. Jak to zwykle bywało, z biegiem czasu poddawano go licznym przeróbkom, przebudowom i modernizacjom. Na przykład za czasów XII ordynata Stanisława Kostki Zamoyskiego, mecenasa nauki, kultury i sztuki, dobudowano oranżerię, przedłużono skrzydła frontowe, przeprowadzono modernizację wystroju wnętrz i zakupiono we Francji i Anglii nowe meble. Niedługo po tym, jak Ordynację objął XV Maurycy Zamoyski a więc na przełomie XIX i XX wieku w pałacu zainstalowano elektryczność; dotąd był on oświetlany lampami naftowymi i woskowymi świecami. Prądu dostarczała najpierw turbina zamontowana na Wieprzu, a wkrótce Lubelski Związek Elektrowni.

Pałac w Klemensowie był budowany jako wiejska rezydencja. Co prawda w 1820 roku Stanisław Kostka Zamoyski sprzedał Zamość wraz z zamojskim pałacem – „pierwszym domem” ordynatów – rządowi Królestwa Polskiego, ale Klemensów nie przejął jego roli. Stale ktoś tu co prawda jeśli nie sam ordynat mieszkał, na przykład w latach 30. XIX wieku przeniósł się na wieś na stałe młodszy syn Stanisława Kostki, Andrzej, który zajął się prowadzeniem wzorowych folwarków i urządzał zjazdy ziemiańskie. Ale Zamoyscy wiele czasu spędzali w Pałacu Błękitnym w Warszawie, który w 1811 roku przejęli od Czartoryskich. Tam też ruszyły inwestycje. Tam zwieziono najcenniejsze meble i obrazy, i tam ulokowano Bibliotekę Ordynacji Zamojskiej.

To na tarasie od strony ogrodu tego reprezentacyjnego warszawskiego pałacu wykonano rodzinną fotografię po pogrzebie Maurycego Zamoyskiego. XV ordynat zmarł 5 maja 1939 roku, właśnie w rezydencji w stolicy. Od dawna chorował na serce. Rankiem tamtego dnia jeszcze poprosił o herbatę, wypiwszy kilka łyków, stracił przytomność i już jej nie odzyskał. Janowi dla którego ta śmierć oznaczała przejęcie Ordynacji i tytułu ordynata towarzyszą na fotografii dwaj młodsi bracia i trzy siostry; wszyscy trzymają się pod ręce.

Maurycy Zamoyski pełnił funkcję ordynata przez 47 lat najdłużej w historii Ordynacji. Był politykiem wielkiego formatu w latach 19191924 posłem Rzeczypospolitej Polskiej w Paryżu, w 1922 roku kandydował na stanowisko prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej wybory przegrał o włos z Gabrielem Narutowiczem. Monarchiści widzieli w nim przyszłego króla Polski. W mszy żałobnej odprawionej w kościele św. Antoniego w Warszawie uczestniczył między innymi minister spraw zagranicznych Józef Beck. Druga uroczystość żałobna odbyła się w Zamościu zgodnie z tradycją sięgającą budowniczego miasta i założyciela Ordynacji Jana Zamoyskiego Maurycy został pochowany w rodowej krypcie w podziemiach kościoła postawionego wraz z miastem w XVI wieku.

Wielki dom mieszkalny

Jan Zamoyski urodził się w Klemensowie w 1912 roku, podobnie jak trzy jego starsze siostry. Kolejnych pięcioro dzieci  Maurycego Zamoyskiego przyszło na świat w Warszawie, Kijowie i Paryżu. W 1914 roku rodzina ewakuowała się do krewnych w Białej Cerkwi, potem do Kijowa i Petersburga, gdzie XV ordynat prowadził działalność polityczną. Szukała bezpiecznego schronienia najpierw przed pierwszą wojną światową, a potem rewolucją bolszewicką. Maurycy Zamoyski wyjechał z Rosji do Francji jeszcze w 1915 roku, ale jego żona Maria Róża z dziećmi dotarła tam dopiero dwa lata później, przez Finlandię, Szwecję, Norwegię i Wielką Brytanię. XV ordynat wchodził w szczyt kariery politycznej. Kiedy w 1924 roku został ministrem spraw zagranicznych, wrócił do Warszawy, rodzina zaś do Klemensowa dwoma specjalnie wynajętymi wagonami, które musiały pomieścić wszystkie rzeczy. Pociąg dojechał do Zawady, gdzie czekały konie.

To w Klemensowie urodziło się w 1925 roku dziesiąte, ostatnie dziecko Maurycego i Marii. Krystyna była zarazem ostatnim ordynackich potomkiem urodzonym w pałacu należącym do rodziny przez dziesięć pokoleń przez dwa stulecia. Trzyletnią Krysię z czarnym spanielem na postronku też zobaczymy w rodzinnym albumie. Na zdjęciu z 1928 roku towarzyszą jej siostry: pięcioletnia Tereska, przebrana dla zabawy za żołnierkę ma nawet karabin przewieszony przez plecy, i prawie dorosła już, siedemnastoletnia Róża, oderwana od pracy w ogrodzie, z grabiami w ręku. Psy musiały tu być lubiane, bo kręcą się na wielu zdjęciach. Często są to psy myśliwskie. Maurycy był zapalonym miłośnikiem polowań. Lubił je także Jan, choć może jeszcze bardziej sam las.

Kiedy Jan wyjeżdżał z Klemensowa, miał dwa lata i nic prawie z rodzinnego domu nie zapamiętał. A kiedy wrócił najpierw z krótką wizytą latem 1924 roku, rok potem na stałe, był zauroczony ogromem i pięknem rezydencji, o czym opowiedział Robertowi Jarockiemu: Pierwsze duże wrażenie zrobiła na mnie droga do pałacu. Od momentu bowiem przekroczenia bramy jechało się jeszcze jakieś 800 metrów, zanim powóz zatrzymał się przed podjazdem do głównych, frontowych drzwi domu wspominał. I dalej: Gdy zacząłem się rozeznawać w tych sprawach i porównywać Klemensów z innymi rodowymi posiadłościami w Polsce, dostrzegłem jego urok jako wielkiego dworu ziemiańskiego, pozbawionego napuszoności, celebry, sztucznej wystawności. To był po prostu wielki dom mieszkalny, w którym wygodnie mieszkaliśmy i gdzie można było przyjąć równocześnie wielu gości.

Pałac rzeczywiście jest ogromny jego fasada mierzy 185 metrów. Park, a w zasadzie zespół parkowo-leśny z obszernymi polanami i kawałkami pól uprawnych, zajmuje 130 hektarów i jest jednym z największych założeń tego typu w Polsce.

Jan Zamoyski niewiele jednak czasu spędzał w Klemensowie. Niedługo po tym, jak rodzina wróciła do Polski, wysłano go do gimnazjum w Pszczynie razem z dwoma młodszymi braćmi: Andrzejem i Markiem, potem na studia ekonomiczne do Nancy we Francji, gdzie Jan, w tajemnicy przed ojcem, zapisał się na zajęcia w konserwatorium. Spędził w Nancy dwa lata. Studia ekonomiczne kontynuował w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie.

Z domu do domu

30 kwietnia 1938 roku odbył się w Warszawie ślub Jan Zamoyskiego z Różą z Żółtowskich. Znali się od dawna, od kilku lat planowali się pobrać i byli w sobie bardzo zakochani. Z tej uroczystości zachowały się nie tylko klasyczne pozowane fotografie, ale też zdjęcia nieomal reporterskie, zrobione na ulicy, rejestrujące podekscytowanie gości. W podróż poślubną pojechali do Włoch. Na tych zdjęciach Róża promienieje. Nosi się z nowoczesną, prostą elegancją, a Jan, przystojny niczym jak Humphrey Bogart, zakłada lekko za luźne garnitury i czarny kapelusz, jakby wyjęty z kadrów Casablanki.

Młodzi małżonkowie nie zamieszkali w Klemensowie. Na dom wybrali pobliski Zwierzyniec. W Klemensowie jeszcze do wybuchu wojny mieszkała matka Jana, ordynatowa Maria. W 1941 roku Niemcy utworzyli w pałacu szpital wojskowy, a park pełnił rolę rolę zamkniętego obiektu wypoczynkowego.

Zwierzyniec to kolejne dzieło I ordynata Jana Zamoyskiego, który postawił w tym miejscu pierwszy dom i założył zwierzyniec o 30-kilometrowym obwodzie, w którym hodował dziką zwierzynę, od zajęcy po żubry. Na początku XIX wieku została tu przeniesiona ze sprzedanego Zamościa siedziba Ordynacji Zamojskiej. W czasie wojny z Zwierzyńcu działał obóz przesiedleńczy dla Dzieci Zamojszczyzny. Jan i Róża ocalili prawie pół tysiąca z nich. Ratowali przesiedleńców, prowadzili schronisko dla starców i kuchnię ludową. Różę nazywano Aniołem Dobroci. Jan po powrocie z kampanii wrześniowej działał w konspiracji, był oficerem ZWZAK. W jego domu chronił się komendant Zamojskiego Inspektoratu AK Edward Markiewicz Kalina, późniejszy dowódca wielkiej tragicznej bitwy partyzanckiej pod Osuchami, oraz kompozytor i dziennikarz żydowskiego pochodzenia Jerzy Wasowski.

Zamoyscy mieszkali w willi zbudowanej na stoku Folwarcznej Góry w 1924 roku dla dyrektora spółki drzewnej. Jeszcze jesienią 1939 roku urodziła się w nim pierwsza ich córka Elżbieta, a w 1942 roku Maria. Ich dzieciństwo w Rózinie przetrwało na zdjęciach. Wiele wykonano w ogrodzie albo na szerokich schodach z kamiennym murkiem prowadzących do willi przez portyk wsparty na podwójnych kolumnach. Zachowało się i zdjęcie wykonane we wnętrzu domu, ale fotograf nastawił ostrość tylko na dzieci, więc tło jest rozmyte. Można tylko domyślać się zarysu pieca, wezgłowia łóżka, obok którego, zdaje się, rozłożył się pies.

Moje wspomnienia też są rozmyte. Nie miałam czterech lat, jak wyjechaliśmy, więc prawie niczego nie pamiętam tylko kolor dywanu, kolor kapy na łóżku mamy, i nic więcej mówi Elżbieta Daszewska.

Każde z kolejnych dzieci rodziło się w innym miejscu. W 1944 roku Zamoyskim odebrano cały majątek. Musieli opuścić Zwierzyniec. Rozpoczęły się przymusowe przeprowadzki. Gabriela urodziła się w 1945 roku w Krakowie, Marcin w 1947 roku w Sopocie, najmłodsza Agnieszka w 1960 roku w Warszawie. Tu rodzina zamieszkała na stałe po zwolnieniu Jana Zamoyskiego z więzienia.

W Sopocie Jan, dzięki osobistym kontaktom sprzed wojny, dostał pracę w linii żeglugowej American Scientic Line. Rodzinie już zaczęło się nieźle powodzić, Jan został nawet członkiem klubu tenisowego. Ale w 1949 roku były ordynat, oskarżony o agenturę, został skazany na 15 lat więzienia. Wypuszczono go w 1956 roku, w 1958 zrehabilitowano. Przez osiem lat Róża Zamoyska sama wychowywała dzieci. Większość tego czasu spędziła w Klarysewie pod Warszawą, gdzie wynajęła pokoje w drewnianym domu architekta Demby. Pracowała jako pielęgniarka w szpitalu w Konstancinie, w zespole znakomitego ortopedy prof. Adama Grucy. Dorabiała robieniem zastrzyków po domach.

Mama musiała dawać sobie radę, nie było wyjścia. Dodatkowo prowadziła kiosk spożywczy przy dworcu kolejki. Ciężko było, ale my z siostrą byłyśmy już starsze, pomagałyśmy mamie. Sprzedawałyśmy w kiosku piwo i papierosy, co dzisiaj byłoby nie do pomyślenia, bo przecież byłyśmy niepełnoletnie wspomina Elżbieta Daszewska.

Warunki były sportowe. Dom był letniskowy, mama kupiła najpierw jeden piec, potem dobudowano drugi, trzeci. Ale dom był przewiewny, rano było w nim dosyć świeżo. Później mama zgodziła na górę lokatorkę, dokwaterowano nam też repatriantów z Rosji, a potem milicjanta tajniaka, który musiał nas pilnować. Nasza powierzchnia mieszkalna powoli się zmniejszała, tak że na koniec mieszkaliśmy w dwóch pokojach. Tak to się żyło. Bardzo skromnie. Warzywa mieliśmy z własnych inspektów założonych w ogrodzie. Ubrania, ciągle przerabiane, przenosiliśmy jeden po drugim i było to zupełnie normalne wspomina Marcin Zamoyski. Ale to nie był zły czas. Przy domu był cudowny ogród, z tyłu las. W ogrodzie rosły najróżniejsze drzewa owocowe. Po kolei dojrzewały czereśnie, jabłonie, śliwy. To moje wspomnienia z tego domu.

Elżbieta Daszewska: Kiedy tata wrócił, byłyśmy z siostrą w internacie uczyłyśmy się w prywatnej szkole sióstr niepokalanek pod Warszawą. Przyjechałyśmy do domu, jak tylko się zjawił. Wiedziałyśmy, że to jest nasz ojciec, ale… tak jakoś… nie byłyśmy z nim wcale zżyte. Dla nas był jak obcy. Zjawił się po tylu latach… Chodziłyśmy z mamą na widzenia do więzienia, ale było to dla nas straszne przeżycie. Gdy zamykały się za nami bramy, byłyśmy zawsze przerażone. Ojciec był za jedną kratą, my za drugą, korytarzem chodził wartownik. Rozmowa w takich warunkach to żadna rozmowa.

Marcin Zamoyski: Wychowywałem się bez ojca. Miałem prawie dziesięć lat, kiedy wrócił z więzienia, byłem już w miarę dorosły. Ojciec od razu zajął się pracą, żeby poprawić sytuację ekonomiczną rodziny. Rzadko był w domu. Mieliśmy mało kontaktu ze sobą. Żyliśmy oddzielnie.

Ostatni dżentelmen

Po wyjściu z więzienia Jan Zamoyski rzeczywiście rzucił się w wir pracy. Najpierw znalazł pracę jako dziennikarz w czasopiśmie Rynki Zagraniczne, potem na 20 lat związał się ze Szwajcarskimi Liniami Lotniczymi Swissair. Z racji obowiązków służbowych podróżował po całym świecie. Od 1963 roku rodzina mieszkała w Warszawie, na co zgody udzielił premier Józef Cyrankiewicz. Wkrótce ojciec kupił mieszkanie na Fałata, całkiem przyzwoite mówi Marcin Zamoyski. W nim Jan Zamoyski mieszkał do śmierci.

W 1957 roku rodzina Zamoyskich przyjechała na wakacje do Zwierzyńca, uzyskawszy wcześniej na to zgodę prokuratury, gdyż dawni właściciele ziemscy wciąż jeszcze mieli zakaz zbliżania się do swoich dawnych dóbr na odległość mniejszą niż 30 kilometrów. W 1960 roku w Warszawie powstało Koło Zamościan, a Jan Zamoyski został jego członkiem. To właśnie zamościanie osiedli w stolicy mieli dzięki swoim koneksjom pomóc w uruchomieniu wartego 1,3 miliarda złotych programu odnowy Starego Miasta przed jego 400-leciem. Potomek budowniczego miasta, I ordynata Jana Zamoyskiego został oficjalnie zaproszony na uroczystości jubileuszowe w 1980 roku. Obawiano się, czy nie powie czegoś niestosownego, ale prof. Jan Kowalczyk, badacz dziejów Zamościa, miał perswadować partyjnym sekretarzom, że do niczego takiego dojść nie może z tej prostej przyczyny, że Jan Zamoyski jest jednym z najlepiej wychowanych ludzi w Polsce. I miał rację, bo ostatni ordynat nie tylko nie wywołał żadnych kontrowersji, ale na spotkaniu podarował miastu berło Akademii Zamojskiej, odzyskane z depozytu muzeum Czartoryskich w Krakowie. Do dziś jest to najcenniejszy eksponat Muzeum Zamojskiego w Zamościu.

Jan Zamoyski stał się w Zamościu częstym gościem. Przyjeżdżał tu raz w miesiącu, nawet częściej, zawsze swoim roverem. Zaraz też zaprosiłem go do ratusza mówi Eugeniusz Cybulski, prezydent Zamościa w latach 19811990.

Jan Zamoyski przyjmowany był na początku przez lokalne władze z pewną ostrożnością, zapraszano go w niedziele, gdy nikogo w urzędzie nie było. Ale to szybko zaczęło się zmieniać. Były ordynat proponował pomoc w każdej sprawie i angażował się w wiele miejskich inicjatyw i przedsięwzięć. Te najważniejsze to wpisanie Zamościa na listę UNESCO przy uruchomieniu procedury Jan Zamoyski wykorzystał prywatne znajomości, oraz utworzenie przy kolegiacie muzeum sakralnego skarbca zabytków liturgicznych i historycznych. Jednym z jego eksponatów jest alba koronacyjna króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego.

Jest rok 1985, wiosna, spotykam na rynku Marię Krzyżanowską, która sprawowała nadzór nad robotami renowacyjnymi. Pytam, dlaczego płowieją farby, którymi pomalowano zabytkowe kamieniczki. Pani Maria odpowiada, że w tych farbach są słabe pigmenty. Niech mi pan da dolary, to kupię dobre farby mówi. I kiedy następnym razem zjawił się u mnie Jan Zamoyski i jak zawsze zapytał, czego potrzebuję, odpowiedziałem dolarów. Pomyślał i mówi: Ja pana wesprę. Akurat jadę do Montrealu do siostry, zbiorę polonusów, opowiem im o Zamościu i poproszę o datki do kapelusza opowiada Eugeniusz Cybulski.

Jan Zamoyski przywiózł trzysta dolarów, potem dwa i jeszcze trzy razy tyle uzbierała się równowartość kilku urzędniczych pensji. Miasto założyło konto dolarowe. Sam nigdy o nic nie prosił. Kiedy raz zabrakło mu benzyny która była wtedy na kartki na powrót, poprosiłem kierowcę, by zatankował z naszej puli. Widziałem, że Jan Zamoyski jest wręcz zażenowany tą sytuacją dodaje prezydent Cybulski.

Jan Zamoyski przyjaźnił się z antykwariuszem Leszkiem Łojewskim oraz z ks. infułatem Jackiem Żórawskim, którzy pomagali mu tworzyć muzeum sakralne. Podczas wizyt w Zamościu zwykle odwiedzał też Bożenę Kamaszyn z Koła Przewodników PTTK w Zamościu (które dziś nosi imię Róży i Jana Zamoyskich), urzędniczkę. Był, zdaje się, rok 1981 rok, ja dopiero zaczynałam pracę w Kole. Od szefa, prezesa Tadeusza Konrada Sokołowskiego dostałam zadanie, by zająć się Janem Zamoyskim, który był do nas zaproszony na zebranie. Byłam zupełnie nieopierzona, ale pan Zamoyski wprowadzał taki nastrój, że człowiek czuł się swobodnie i miło. Nie stwarzał żadnego dystansu. Zaprzyjaźniliśmy się. Był przeuroczy, zawsze mówiłam, że to ostatni dżentelmen w naszym kraju. Jak jechało się z nim samochodem, zawsze wysiadał pierwszy, przechodził do drzwi od strony kobiety i otwierał je. Który z panów tak teraz robi? O mojej mamie mówił pani matka. Byłam pod jego wielkim wrażeniem opowiada Bożena Kamaszyn. Był zaprzyjaźniony z większością przewodników. Kiedy przechodził przez Stare Miasto i widział kogoś z nas, zawsze machał na powitanie. Przewodnicy przedstawiali wycieczce XVI ordynata, a on, poproszony, zawsze powiedział kilka słów, a także chętnie robił sobie zdjęcia z turystami.

Zadomowił się w Zamościu na tyle, że 80. urodziny obchodził 12 czerwca 1992 roku w Sali Consulatus w zamojskim ratuszu, gdzie częstował gości tortem. A 12 czerwca 1999 roku, w dniu swoich 87. urodzin, witał na lotnisku w Mokrem papieża Jana Pawła II, który pielgrzymował do Zamościa.

Ja intruz do wnętrza się wedrę

Sam Jan Zamoyski opowiadał na początku lat 90., że drogę z Zamościa do Warszawy pokonał osiemset razy. Być może więcej czasu niż w samym Zamościu spędził w Zwierzyńcu i w Górecku Kościelnym oraz na spacerach po dawnych ordynackich lasach. Zamiłowanie do tego miał od zawsze. W Zwierzyńcu i w zwierzynieckich lasach pisał wiersze, jak ten: Spójrz jak się wierzchołek jodły kołysze, / Ona mnie wzywa ja ją słyszę, / Wejdę w kniei tajemną katedrę / Wysłuchać tej wielkiej pieśni / Ja intruz do wnętrza się wedrę, / Nacieszyć się pięknem, które widzę we śnie. To pierwsza strofa wiersza Nasze ustronie, napisanego właśnie w Zwierzyńcu w kwietniu 1979 roku. Kartkę z maszynopisem z odręcznym dopiskiem Pisane po śmierci żony przechowuje Zdzisław Kotuła, dyrektor Roztoczańskiego Parku Narodowego od jego utworzenia do 2006 roku.

Pochodzę z Budzynia, dziś części Kraśnika, który wchodził w skład Ordynacji Zamojskiej mówi Zdzisław Kotuła. Pracowałem w Nadleśnictwie Zwierzyniec, gdy powierzono mi misję tworzenia Parku. Organizowałem go od podstaw, na surowym korzeniu, a 15 czerwca 1974 roku zostałem powołany na jego dyrektora. Już po kilku miesiącach pojawił się w moim biurze Jan Zamoyski. Przypuszczam, że już wszystko o mnie wiedział i zdecydował, czy warto mnie obdarzyć zaufaniem. Od razu wypisałem mu przepustkę na czas nieokreślony na poruszanie się po parku samochodem. Trzeba było do niej wpisać numer rejestracyjny i markę. Sekretarka, pani Genia, wysłała kogoś przed budynek, i zaraz mi mówi, że hrabia przyjechał rowerem. Bardzośmy się zdziwili, a to pani Genia nie dosłyszała. Jan Zamoyski jeździł wtedy roverem opowiada Zdzisław Kotuła.

Nie wszyscy go tutaj znali, długo go nie było. Nie chciałem, by miał jakieś problemy, a zależało mi na tym, by czuł się w Parku jak u siebie. Pokazywał się potem u mnie, gdy tylko przyjeżdżał do Zwierzyńca. Obdarowywał mnie przyjaźnią, z czasem zaczął mnie traktować jestem rówieśnikiem jego najstarszej córki wręcz z ojcowską życzliwością mówi emerytowany dyrektor.

Były ordynat znał się na leśnictwie całkiem nieźle. W latach 30. XX wieku, gdy przygotowywał się do pełnienia funkcji ordynata, odbył praktykę w Cumaniu w Ordynacji Ołyckiej Janusza Radziwiłła, gdzie gospodarka leśna stała na wysokim poziomie. Praktykował też u inżyniera Kolińskiego w Nadleśnictwie Kosobudy.

Utworzenie parku narodowego było dla Jana Zamoyskiego powodem do dumy. Skoro tak się losy potoczyły mówił cieszę się, że nasze dawne lasy będę podlegać ochronie mówi Zdzisław Kotuła.

W 1945 roku Lasy Państwowe przejęły od Ordynacji Zamojskiej 55 tysięcy hektarów lasów, ciągnących się do Kraśnika, przez Lasy Janowskie, Zwierzyniec, Józefów, Susiec, Tomaszów Lubelski. Przed wojną właśnie na gospodarce leśnej opierał się przemysł Ordynacji.

Jan Zamoyski szczególnie lubił Floriankę, gdzie jeszcze na początku XX wieku Ordynacja założyła szkółki leśno-ogrodowe. Z czasem wynajął pokój u mieszkańca Górecka Kościelnego, w domu przed aleją starych dębów. Przyjeżdżał tu zawsze latem na dłuższy odpoczynek. Godzinami chodził po okolicznych lasach. Jego gospodarz, rówieśnik zresztą, był całkiem niegdysiejszy. Chadzał na bosaka. Przypominał trochę Borynę. Znaleźli wspólne tematy i dobrze się dogadywali opowiada Zdzisław Kotuła. Jan Zamoyski skarżył się, że coraz więcej samochodów przyjeżdża do lasu wtedy jeszcze nie było zakazów, a ludzie śmiecą. Ubolewał nad tym. Angażował się w sprawy ochrony przyrody. Kiedy doszły go słuchy, że w zabytkowej części Zwierzyńca będą robione cięcia, zaraz do mnie pisał. Nic takiego się na szczęście nie działo.

Z listu Jana Zamoyskiego: Piszę trochę oficjalnie, nie tyle bym miał pretensję, ale zgoła sprawę, która mi leży na sercu. […] Mój interes polega na wiadomości od wyżej wymienionych entuzjastów, którzy mi donieśli, że na terenie Zwierzyńca szykuje się niebagatelna poręba różnych drzew, zarówno w parku, jak na Chmielnisku itd. Do wycięcia są rzadkie platany i inne drzewa piękne i wartościowe. Zwracam się więc do Pana z wielką prośbą, by zechciał (o ile to prawda) zainterweniować u odpowiedniego czynnika (czytać Wójt), by pohamował swoje zapędy, boć Zwierzyniec jest też w obrębie Parku Narodowego i jego zadrzewienie jest jedną z głównych kras tego zakątku.

Po jednej z wizyt już się kordialnie kłaniamy, nastąpiło pożegnanie. Ale widzę, że mój gość siedzi w samochodzie w dziwnej pozie, drzwi otwarte, lewą nogę wystawił na zewnątrz. Podchodzę. Jak już był pewien, że będę słyszeć to, co chce powiedzieć, zwraca się sam do siebie: Janie, odjeżdżamy. Jeszcze raz powtórzył: Janie, odjeżdżamy, bo jak kierowca wziął urlop w 44 roku, to dotychczas nie wrócił. Trzasnął drzwiami i odjechał opowiada dyrektor Kotuła.

Ostatni ordynat z czasem zaczął otrzymywać zaproszenia na wszelkie uroczystości organizowane w Zwierzyńcu, które chętnie przyjmował. A dyrekcja RPN w latach 80. ustanowiła zapis, że w Radzie Naukowej Parku będzie zasiadał przedstawiciel rodziny Zamoyskich. Najpierw był nim Jan Zamoyski, po nim jego syn Marcin.

Powrót do domu

Pałac Błękitny przy ulicy Senatorskiej, rozbudowany przez Zamoyskich między innymi o gmach biblioteki mieszczący bezcenny księgozbiór, został podczas wojny zniszczony w ponad 60 procentach. Pałac został odbudowany, ulokowano w nim biura miejskich firm komunikacyjnych. W 2000 roku trafił w ręce spółki deweloperskiej, która odkupiła roszczenia reprywatyzacyjne od rodziny Zamoyskich. Oczekiwany remont niszczejącego zabytku jednak nie ruszył. Reporter stołecznych mediów, który zajął się tą sprawą w 2015 roku, donosił, że pałac jest dewastowany, powyrywano framugi, wybito okna, na schodach śpią bezdomni. Córki i syn ostatniego ordynata samodzielnie odzyskali jedynie ponad hektarową działkę w Ogrodzie Saskim w sąsiedztwie pałacu.

Z willi Rózin niedawno wyprowadził się dom dziecka. Od jesieni budynek stoi pusty, w toku jest postępowanie reprywatyzacyjne. Willa po licznych przebudowach i remontach daleko odbiega wyglądem od pierwowzoru. Straciła łamany dach, mansardowe okna i wiele ze swej dawnej gracji, ocaliła portyk.

Zespół pałacowo-parkowy w Klemensowie zajmowały po wojnie siostry franciszkanki, zaproszone jeszcze przez ordynatową Marię, które prowadziły dom dziecka. W latach 50. XX wieku ulokowano w pałacu dom opieki społecznej. Gospodarzem parku został pegeer utworzony z części dóbr ordynackich; przez pewien czas działała w nim nawet ferma drobiu.

W 2009 roku dom opieki przeprowadził się do nowocześniejszej siedziby, a pałac został wystawiony na sprzedaż. Pierwotna cena wynosiła prawie 9 milionów złotych i mimo obniżania jej w kolejnych przetargach nikt nie zdecydował się na kupno. Ostatecznie, wiosną 2017 roku, wojewoda lubelski wydał zgodę na sprzedaż pałacu w trybie bezprzetargowym dzieciom Jana Zamoyskiego. I tak spadkobiercy ostatniego ordynata zmuszeni byli w końcu odkupić rodzinny pałac. Wcześniej przez 16 lat rodzina bezskutecznie starała się o jego odzyskanie w postępowaniu reprywatyzacyjnym, dowodząc, że nie mógł podlegać reformie rolnej.

Marcin Zamoyski ponad 20 lat wcześniej wykupił pegeer w Michalowie, wsi przy pałacu. Do dziś prowadzi tam z żoną gospodarstwo rolne. A jeszcze wcześniej w 1990 roku został prezydentem Zamościa, wybranym przez radnych. Miasta prawie wtedy nie znał, bo przyjeżdżał tu z ojcem rzadko i na krótko. Teraz jednak na dobre rzucił pracę w Polskiej Agencji Interpress. Prezydentem Zamościa zostawał jeszcze trzykrotnie z wyboru mieszkańców. W 2012 roku wraz z siostrami zorganizował zjazd rodziny Zamoyskich. Do Zamościa przyjechało około 200 członków rodu z całego świata. Wywołało to w mieście niemałą sensacje, komentowano stroje pań, a zwłaszcza noszone przez nie wykwintne, strojne kapelusze. Goście zjazdu zwiedzili też pałac w Klemensowie, wówczas pusty.

Z dzieciństwa pamiętam tylko wakacje w Zwierzyńcu, w Klemensowie wtedy nie byłam. Do pałacu, do środka, weszłam po raz pierwszy dwa, może trzy lata temu. Wcześniej widziałam go tylko z zewnątrz. Ojciec też nie lubił tam jeździć i oglądać tej ruiny. Myślę, że było mu przykro patrzeć na to, co dzieje się z pałacem. Omijaliśmy Klemensów mówi Elżbieta Daszewska.

Marcin Zamoyski zajmuje się dzisiaj remontem pałacu. Ku końcowi dobiega wymiana ogromnych połaci dachu z gontu. Ten leżał na pałacu od 1870 r., gdy zastąpiono nim stary dach ceramiczny. Wtedy też wykonano obecną stolarkę okien i drzwi. Marcin Zamoyski własnoręcznie je odnawia, najpierw oczyszczając ze starej farby. Pracy jest ogrom, pałac mierzy 3,5 tysiąca metrów kwadratowych, ma 41 pokoi, nie licząc kuchni, łazienek i pomieszczeń gospodarczych, samych drzwi wejściowych 12.

Do wymiany jest całe centralne, teraz rury idą po ścianach. Pałac jest zimny. Ściany są na metr grube, ale pod oknami na jedną cegłę. Docieplane były kiedyś zagatą, a babka wstawiła tam deski. Właśnie je rozebrałem, są na nich daty 33 rok. Woda z toalet idzie do deszczówki, ściany w łazienkach gniją. W parku a to coś się złamie, coś przewróci mówi Marcin Zamoyski. Gdybym wiedział, w jak złym stanie jest pałac, nie kupiłbym go.

Ale nie wiedział. Może na szczęście dla pałacu? Plan jest taki pałac ma być domem dla rodziny. Kto zechce, przyjedzie tu odpocząć. Na razie to pieśń przyszłości.

Anna Rudy

  

 

  

Opis zdjęć:

1- Jan Zamoyski przed willą w Zwierzyńcu. Willa Rózin przetrwała, ale przebudowana nie do poznania.

2 – Jan Zamoyski w podróży poślubnej do Włoch.

3 – Róża Zamoyska w podróży poślubnej do Włoch.

4 – Rózin. Zwierzyniec, Jan i Róża Zamoyscy z najstarszymi córkami: Marią i Elżbietą, 1942 r.

5 – XVI ordynat Jan Zamoyski z matką, Marią Różą z Sapiehów, 1912 r.

6 – Ślub Jana i Róży Zamoyskich.

7 – Ślub Jana i Róży Zamoyskich.

8 – Pałac w Klemensowie, 1897 r., rodzinne zaręczyny.

9 – Jan Zamoyski w Zwierzyńcu.

10 – Elżbieta, najstarsza córka Jana i Róży Zamoyskich, Zwierzyniec, lata wojny.

11 – Jan Zamoyski.

12 – Po pogrzebie XV ordynata Maurycego Zamoyskiego. Pałac Błękitny w Warszawie, 1939 r. Jan Zamoyski przyszły XVI ordynat z rodzeństwem.