Kościół ormiański w Zamościu.

Dzięki uprzejmości Ewy Dąbskiej, publikujemy udostępniony nam kolejny artykuł śp. dr Bogumiły Sawy, dotyczący kościoła ormiańskiego w Zamościu. Warto przy tej okazji przypomnieć, że to Pani B. Sawa odnalazła w Wojewódzkim Archiwum Państwowym w Lublinie dokumentację, dotyczącą inwentaryzacji z natury bryły kościoła ormiańskiego z 1811 roku. Na podstawie tych dokumentów śp. prof. Jerzy Kowalczyk dokładnie opisał wygląd i architekturę kościoła. Publikacja ta ukazała się w Kwartalniku Architektury i Urbanistyki (t.XXV: 1980 z. 3-4 s. 215-232). Wśród pamiątek po śp. Bogumile Sawie zachowała się  wzruszająca dedykacja profesora dla Pani Sawy, w podziękowaniu za udostępnienie do opracowania wspomnianych materiałów: 

Pani dr Bogumile Sroczyńskiej odkrywczyni pomiarów kościoła (wg przyp. 33) z pozdrowieniem Jerzy Kowalczyk 24.VI.81.

Pani dr Bogumiła Sawa napisała poniższy artykuł w 1984 r. – publikując go w Zamościu na łamach „Tygodnika Zamojskiego” Nr 46 (260) z 18 listopada 1984 r.

_____________________________________________________________________________________

Jeszcze o muzeum Ormian

Idea utworzenia muzeum zamojskich Ormian poruszyła mnie do głębi. Moim zdaniem jednak, przesadą byłoby organizowanie odrębnej placówki w jednej z obecnie restaurowanych kamieniczek północnej pierzei Rynku Wielkiego. Dla stuletniego epizodu ormiańskiego wystarczy chyba jeden rozbudowany dział w przyszłym Muzeum Okręgowym.
Zgadzam się natomiast z p. Andrzejem Kędziorą („TZ” nr 43 z 26 października 1984 r.), iż muzeum tego rodzaju to przede wszystkim odpowiedni eksponat o wyraźnie zamojskim rodowodzie. Pewnie, że zdjęcie katedry ormiańskiej we Lwowie, parę portretów osobistości pochodzenia ormiańskiego, jakaś mapa czy wykres nie zdołają przekonać ani turystów, ani tubylców, że weszli do muzeum zamojskich Ormian. Ponieważ jest ono jeszcze na etapie „być albo nie być”, chciałabym słów parę na temat przyszłych ewentualnych pamiątek. Przede wszystkim widzę już pierwszy eksponat, i to bardzo ormiański, i bardzo zamojski. Myślę o modelu kościoła z XVII stulecia, który to kościół na początku XIX wieku, po blisko dwuwiekowym żywocie, odszedł w krainę cieni.
To nic, że przyszłe pokolenia wystawiły mu w miejscu, gdzie stał, wspaniały, choć kanciasty i szarobury nagrobek w postaci hotelu „Renesans”. Te właśnie przyszłe pokolenia dokonały rzeczy jeszcze bardziej straszliwej niszcząc spychaczem fundamenty ormiańskiej świątyni. Zdawać by się mogło, iż zniweczono na zawsze możliwość odtworzenia bryły architektonicznej kościoła. I to nie jakąś tam swobodną parafrazę na temat, w stylu… G. Brauna, lecz inwentaryzację wykonaną z natury w 1811 r. przez fachowców wojskowych. Przypadek sprawił, iż w Wojewódzkim Archiwum Państwowym w Lublinie została ona odnaleziona przeze mnie w dokumentach, wśród których raczej nie można by się jej spodziewać. Dokładna analiza i opis rysunku przez przefotografowanie oryginału tejże inwentaryzacji są zasługą profesora Jerzego Kowalczyka („Kwartalnik Architektury i Urbanistyki”, t. XXV, r. 1980, z.3-4). I oto mamy kompletny materiał do wykonania modelu.
Wiadomo, że po kasacie kościoła pozostałe mobilia sprzedano na publicznej licytacji. Trudno przypuszczać, by uczestniczyli w niej mieszczanie, bowiem nikt nie potrzebował ornatów, chorągwi czy baldachimu. Zainteresowanie przetargiem przejawiać mogli jedynie duchowni innych zamojskich kościołów i oni najprawdopodobniej stali się nabywcami obrazów, sprzętów i naczyń liturgicznych. Potwierdzają to zachowane źródła archiwalne, dotyczące budowanego wtedy kościoła św. Katarzyny na Lubelskim Przedmieściu, z końca XVIII stulecia. Wymienia się w nich krzyż cynowy, dwa boczne ołtarze i obraz św. Kajetana jako kupione na tej licytacji. Sporo przedmiotów mogło tą samą drogą trafić do kolegiaty i kościoła Bazylianów (obecnie oo. Redemptorystów). Czyżby tam należało szukać oryginalnych armenianów? Nie obejdzie się rzecz prosta bez naukowej weryfikacji i za kilka lat będzie je już można zamknąć w muzealnej gablocie. Ktoś może powiedzieć, że nie taka to prosta sprawa – ustalić, co jest, a co nie jest ormiańskie. Z pewnością, ale czyż profesor Mirosława Zakrzewska-Dubasowa i profesor Jerzy Kowalczyk odmówią pomocy i rady w tym względzie?
Należy też jeszcze koniecznie zajrzeć do ciągle otwartej historii naszego miasta. W tym przypadku oferuje ona niezwykle przydatny rodzaj informatora w postaci wykazu ruchomości kościoła ormiańskiego z 1749 r. Ten obszerny dokument, przechowywany obecnie w Bibliotece Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Wrocławiu, daje wyobrażenie o jego stanie posiadania w schyłkowym okresie. Oto przed wielkim ołtarzem rozpraszała mrok imponujących rozmiarów srebrna lampa. Obraz wiszący w prezbiterium, migocący dwiema srebrnymi złoconymi koronami, zdobiła „aksamitowa sukienka, złotymi kwiaty adorowana”.
Wśród ołtarzy bocznych wyróżniały się: Jezusa Ukrzyżowanego i Przemienienia. Ze sklepienia zwisał „lustr spiżowy”, czyli okazały, wieloramienny świecznik. Wśród wizerunków licznego grona świętych ze złoconymi koronami, sznurami pereł i korali byli m.in. św. Grzegorz z pozłacaną infułą, św. Jędrzej ze srebrnym promykiem, św. Anna z Najświętszą Marią Panną i Matka Boska Łaskawa. Ale największą czcią i miłością otaczano obraz św. Kajetana, odznaczający się dobrym pędzlem, z „jedwabnicową zasłoną szychem przetykaną”, obłożony 12 kosztownymi wotami i oświetlony srebrną lampą. Według romantycznej tradycji dziewiętnastowiecznej zabrał ze sobą ten obraz ostatni proboszcz ormiański i zniknął gdzieś bez śladu. Bardziej prawdopodobna jednak, chociaż nie tak barwna, jest historia przeniesienia obrazu do kościoła św. Katarzyny, co znajduje potwierdzenie w źródłach. Ta sama tradycja każe szukać ormiańskiego wizerunku Matki Boskiej Łaskawej w kościele szczebrzeszyńskim. Ponieważ niedaleko, warto sprawdzić.
Inwentarz świątyni ormiańskiej wymienia ponadto 35 ornatów, 3 chorągwie, baldachim, 2 podarte dywany, 6 „zgniłych” kobierców, 2 kilimy, „sukno pod ołtarz”, wielką wazę cynową do święcenia wody, całą kolekcję cynowych i spiżowych lichtarzy oraz wiele innych przedmiotów.
Księgozbiór liturgiczny, złożony z 14 pozycji, lśniący srebrnymi krzyżykami, klamerkami i narożnikami, zawierał dwie „ewangelie Pisma”, Martyrologium Ormiańskie, Wielką Księgę Lectionum, 3 mszały ormiańskie, tyleż wielkich mszałów łacińskich, 2 brewiarze ormiańskie – drukowany Szaragan oraz „małą polską ewangelię”. Przy kościele znaj­dowała się biblioteka. Dokładny „regestr ksiąg” zawiera ponad 100 woluminów, a wśród nich 34 w języku włoskim, 35 po łacinie (m. in. „Życie Abrahama”, „Rocz­niki”, „Obrona życia Duchowe­go”, „Trąba Pokoju”, „O obrazie Częstochowskim”, „Elegia o św. Józefacie”). W bibliotece prze­chowywano także osiem ksiąg ormiańskich, których tytułów nie udało się odczytać, poza jednym „Gramatica Armenica”. Kilka rękopisów opatrzono uwagą niepotrzebne”. Ciekawy wykaz 22 ksiąg w języku polskim, warto tu przytoczyć w całości:
1. Kazania księdza Jataft Wójka
2. Roczne dzieje x. Piotra Skargi.
3. Orator Polityczny
4. Kazania niedzielne
5. Przykłady
6. Gmach Sebastiana Nuceryna
7. Żywot Joanny Fremiot
8. Rzeka pokoju
9. Monumenta Kodeńskiego Ob­razu
10. Uwagi duchowne
11. Trybunał pański
12. Książka pożyteczna
13. Aphabetum hereticum
14. Ogród liliowy św. Kajetana
15. Kazania niedzielne ks. Bielińskiego
16. Wojna duchowna
17. Apologia przeciwko Lute­ranom
18. Pieśni polskie
19. Pamiątka pasterskiego afektu
20. Chorągiew zgody i pokoju
21. Trybunał św. Ojców Greckich.
Kilka lat temu miałam moż­ność zapoznać się pobieżnie z za­sobnym księgozbiorem przechowywanym w Kolegiacie. Stare księgi nie były wówczas zinwen­taryzowane. Kiedy wracam do nich pamięcią, czuję intuicyjnie, iż wiele tytułów „ormiańskich” można by tam odnaleźć.

Księżniczka Franciszka Woroniecka

Rodzina Korybut – Woronieckich* należała do najstarszych polskich rodzin szlacheckich. Pieczętowała się herbem Korybut i tytułem książęcym.* Na przestrzeni dziejów zubożała i dopiero za czasów „imperium Habsburgów”, uznano oficjalnie rycerstwo Woronieckich. Przedstawiciele rodu skupiali się w linii płockiej, lubelskiej, galicyjskiej i podlaskiej. Gniazdo lubelskich Woronieckich to Rejowiec, Kanie. Znany nam z poprzedniego artykułu, książę Mieczysław Woroniecki (1825-1849), bohater walk węgierskich, reprezentował lubelską linię rodu. Wzmiankowany  tam również książę Józef Woroniecki (stryj Mieczysława), wywodził się z galicyjskiej gałęzi Woronieckich. Główną i najstarszą linię  rodu reprezentuje księżna Franciszka Woroniecka, której dedykujemy niniejsze opracowanie.
Franciszka Wiktoria Woroniecka, jako młoda panienka, znalazła znakomitą opiekę na dworze wśród fraucymeru hetmanowej Branickiej, żony hetmana wielkiego koronnego, kasztelana i wojewody krakowskiego, Jana Klemensa Branickiego (1689-1771). Nie mogła trafić lepiej, bowiem w tym czasie białostocką siedzibę hetmana określano mianem „podlaskiego wersalu”. Rodzicami Franciszki Wiktorii byli: Franciszek Michał Korybut Woroniecki (ur. 1714 r.) i Elżbieta (Hatowska z Hatowic h. Łabędź) Woroniecka  ur. 1710 r. Franciszka miała dwie siostry: Konstancję (1744-1796) i Elżbietę ur. 1746 r. Pod koniec panowania Augusta III w Białymstoku koncentrowało się, kreowane na modłę francuską, całe polskie życie towarzyskie, rycerskie, bojowe i dyplomatyczne. Branicki uznawany był w tym czasie, za jednego z ostatnich utrzymujących „buławę szlachecką”, toteż lgnęli do niego na dwór przedstawiciele najznamienitszych rodów: Czartoryskich, Sapiehów i cały poczet Radziwiłłów. Zaglądał tam równie często, drugi z bohaterów naszej opowieści, wojewoda nowogrodzki (w latach 1755-1772), książę Józef Aleksander Jabłonowski (1711-1777) h. Prus III.
W tym czasie książę miał już za sobą niezbyt udane, pierwsze małżeństwo, ze starszą od siebie Radziwiłłówną, primo voto Sapieżynę.  Jabłonowscy to stary ród mazowiecki, który w XV w. przeniósł się na Ukrainę i tam dorobił się licznych majętności. Przybyło ich jeszcze księciu z powodu znakomitego mariażu. Samych rezydencji posiadał osiemnaście, a wśród nich m.in. zamki i pałace w: Podhorcach k. Stryja, Lachowcach; Busku, Zawałowie, Jabłonowie Litewskim, czy też liczne „palatio” w: Księżęcinie; Prussowie; Steblowie; Ziemielińcach, Ulowcach. Znakomita partia do powtórnego ożenku. Tyle tylko, że książę nie zamierzał się już żenić, doświadczony niepowodzeniami z pierwszego małżeństwa. Traktowany przez żonę „z wysoka”, bo gdzież tam równać się Jabłonowskim z Radziwiłłami i Sapiehami,  umykał z Wołpii, gdzie był tylko „sługą” rezydującej tam małżonki  i najchętniej przebywał w swoich dobrach wołyńskich. Litwy nie lubił za bardzo, chyba przez wzgląd na żonę. Synów z tego małżeństwa nie było, mieli dwie córki. Po śmierci żony, na swoją stałą siedzibę wybrał Lachowce. Kiedy wydał za mąż swoją drugą córkę, obudziła się w nim chęć ponownego ożenku.
Białystok leży przy drodze prowadzącej z Warszawy do Grodna, zatem książę Jabłonowski często bywał u Branickich.  Odwiedzał również Białystok w drodze z Wołpi do Zapałowa. Kiedy pewnego razu nie zastał Branickiego, postanowił odwiedzić jego małżonkę, Izabelę Elżbietę z Poniatowskich Branicką, która w tym czasie przebywała ze swoim fraucymerem w nieodległym Choroszczu, letniej rezydencji Branickich.  Jedna z panienek napotkanego podczas spaceru fraucymeru hetmanowej, wskazała księciu, gdzie ma jej szukać. Jabłonowskiemu od razu przypadł do gustu głos i sposób bycia panny. Zauważył, że panna „świeża, słuszna, szczupła, nie pierwszej już młodości ma wszelkie warunki na stateczną małżonkę, ale czy krew dobra?” Panienka wpadła w oko Jabłonowskiemu, który liczył sobie już wówczas ponad 50 lat. Branicka wyjaśniła mu, że to księżniczka Franciszka Woroniecka. Woronieccy wprawdzie ubodzy, ale ród dobry, stary, chociaż niczym szczególnym się odznaczył – myślał książę. Jeden biskup, jeden, czy dwóch senatorów drążkowych, początek wszak od Korybuta wywodzą. Hetmanowa Branicka zorganizowała w Białymstoku naprędce koncert, w którym oboje nasi bohaterowie wzięli udział oczywiście. Jabłonowski, nie młody już co prawda „kawaler” nader często spoglądał w kierunku Woronieckiej. Panna zachowywała się przyzwoicie i powściągliwie. Kiedy książę żegnał Branicką wyjawił jej, że poczuł inklinacyę do panny Woronieckiej i jeżeli kasztelanowa nie ma nic przeciwko temu, chciałby ją poślubić. Hetmanowa odrzekła, że nie spodziewała się, że tak stateczny człowiek, jak wojewoda będzie jej bałamucił wychowankę.
– Jak to pani rozumie – spytał zaniepokojony Jabłonowski.
– Toć przecie musiało nastąpić porozumienie, kiedy się książę oświadczasz, a nastąpiło mimo mojej wiedzy; nie obserwowałam zbliżenia żadnego.
– Ależ ja nigdy z księżniczką nie konwersowałem jeszcze.
– Więc jakże? Popęd serca i postanowienie nagłe bez jej wiedzy nawet?
– Bez jej wiedzy – odpowiedział książę – zdaje się, dodał z dumą, nie powinna w tem upatrywać uchybienia dla siebie.
Branicka szybko rozważyła wszystkie korzyści takiego ożenku podopiecznej (choć z niemłodym już panem). Los uśmiechnął się do biednej sieroty.
– Dobrze! – ciągnęła dalej Branicka – będę się starała przekonać księżniczkę, a was proszę napiszcie przynajmniej liścik do niej z oświadczeniem, toć się nam kobietom coś należy także….
Książę nie przypuszczał nawet, aby miał dostać kosza, ale w nocy po tej wizycie zastanawiał się nawet, czy sam nie popełnił niedorzeczności tymi oświadczynami, które pospolitowały, bądź co bądź, jego nazwisko. Rano napisał jednak list z oświadczynami do księżniczki Woronieckiej. Warto go tutaj zacytować w obszernym fragmencie, żeby całemu zdarzeniu nadać jeszcze większej pikanterii. Nie wiedzieć dlaczego, ale ton tych oświadczyn nie grzeszył ani delikatnością, ani skromnością i można powiedzieć, że był niejako zapowiedzią dalszych losów tego małżeństwa.
„Ja, Józef Aleksander Jabłonowski, świętego państwa rzymskiego książę, wojewoda nowogrodzki, orderów ojczystych i cudzoziemskich kilku kawaler, domu i familii mojej zaszczyt, na państwach i hrabstwach moich dziedziczny i udzielny pan.
Donoszę Waszmość Pannie, że mocno podupadły dom WMPanny i przyćmioną godność podźwignąć gotów, podaję do wiadomości, że umyśliłem kochać i ukochałem WMPannę, do czego proszę, abyś na dzień mianowany przez mojego ambasadora przybyła do dóbr moich Nakły* zwanych, gdzie z idultem i wszelką gotowością ciała mego czekać będę. Obiecuje w rekompensą statecznego (który sobie zawsze upewniam) afektu sto tysięcy złotych. Lustr i godność moja tyle sprzyja WMPannie, ile sobie życzyć możesz. Chęci zaś moje z skutków pomiarkujesz, tylko przyjeżdżaj niezwłocznie. Czekam z niecierpliwością powitania się. Adieu.”
Podglądamy dzisiaj tę prywatną korespondencję i nadziwić się nie możemy obcesowości takich oświadczyn. A jednak księżniczka Woroniecka oświadczyny przyjęła i bardziej jej się spodobało zostać wojewodziną nowogrodzką, niż z urażoną dumą w staropanieństwie zostać. Najczęściej w źródłach możemy spotkać informacje, że Jabłonowski w chwili ślubu z 15 letnią Woroniecką miał 50 lat. To błędne zapisy powtarzane przez kolejne nie sprawdzone powtórzenia. Według herbarza Bonieckiego ślub odbył się 5 sierpnia 1766 r. w Jabłonowie nad Niemnem.  Zatem książę liczył sobie wówczas 55 lat, a Franciszka (1742-1829) 24 lata. W Jabłonowie nie było kościoła, ślub mógł się odbyć zatem tylko w kaplicy wybudowanej przez księcia (zachowanej  w ruinie do dzisiaj). Obecnie takiej miejscowości nie odnajdziemy na mapie Ukrainy. Obecnie to Szczeczyce.* W roku 1740, w wyniku ślubu z Radziwiłłówną dobra te znalazły się w rękach Józefa Aleksandra Jabłonowskiego. W Szczeczycach, przy drodze obok wsi, do dzisiaj wznosi się ruina rodowej kaplicy Jabłonowskich, wybudowana w latach 1740-1764. To w niej 5.08.1766 r. wzięli ślub – księżniczka Franciszka Wiktora z.d. Woroniecka i książę Józef Aleksander Jabłonowscy. Kaplica należała (jako filia) do parafii w sąsiednim miasteczku, w Łunnej.
Czy książę Józef Aleksander wybudował, czy tylko przebudował Jabłonowski pałac, źródła nie określają dokładnie. Nie zachował się do naszych czasów, ale możemy zobaczyć jego sylwetkę na rysunku Napoleona Ordy z około 1860 r. Jako młoda małżonka Franciszka przyjęła przy Jabłonowskim rolę nie „pani wojewodziny”, ale nieomal sługi księcia. Nawet nie ochmistrzyni, bowiem gospodarstwem zarządzał sam wojewoda. Książę kochał małżonkę na swój dziwnie pojmowany sposób. Okazywał jej jednak na każdym kroku swoją wyższość, wpajał w nią uparcie wszelkie arystokratyczne zasady, którym szczerze hołdował, czyniąc ich pożycie nieznośnym i co najmniej sztucznym. Zawsze milcząca i cicha wypełniała z pokorą wszystkie jego rozkazy. Do kościoła wojewoda wchodził sam. Dopiero za nim sunęła wojewodzina, która nie zasiadała z nim w ławce kolatorskiej, tylko na krześle dostawionym obok. Franciszka była także niemym świadkiem udziwnionych rytuałów audiencji, których książę udzielał swoim  poddanym po każdej niedzielnej mszy. Niewesoło było jak widać na zamku w Lachowcach. Dziwactwa i duma gospodarza odstręczała gości. Strojono sobie żarty z wojewody, wątpiąc także w jego talenta w dziedzinie nauki, której coraz więcej poświęcał czasu. Przy obiedzie półmiski zaczynano od gospodarza, a w sypialni książę spał w ogromnym mahoniowym łożu, otulonym kotarami z herbami, a wojewodzina na skromnym i twardym tapczaniku w kącie. Rodzaj takiej separacji łoża wszedł nawet do kanonu zachowań poddanych, którzy przyjmowali ten model w łożnicy, podczas odwiedzin księcia i jego małżonki w ich domach.
Woroniecka nigdy nie odzywała się wobec męża, chyba że sam ją o coś zapytał. Była za tę skromność bardzo lubiana przez córki Jabłonowskiego. Z rodziny wojewodziny, na zamku w Lachowcach bywali: książę Maksymilian Dionizy Woroniecki, kuzyn Franciszki, szambelan Augusta III, kawaler Orderu Świętego Huberta ożeniony z Miączyńską, wdową po Radziwille oraz Szymon Szydłowski, szwagier Franciszki, mąż młodszej siostry – Konstancji z Woronieckich. Jabłonowski nie lubił kasztelana słońskiego, bowiem ten trzymał się klamki królewskiej i miał niekiedy odwagę chwalić  Augusta w jego obecności. Wojewoda przeżył to snadnie, kiedy na tron osadzono Stanisława Augusta, tegoż który po nim (po Jabłonowskim!) objął stolnikostwo litewskie, chociaż do tego urzędu nie posiadał kwalifikacji. Tylko dlatego je otrzymał, że w tym czasie nikt z godniejszych o ten urząd nie zabiegał. Po wyborze króla Jabłonowski coraz bardziej odsuwał się od polityki. Książę przez prawie 20 lat był wojewodą nowogrodzkim. Jako członek konfederacji barskiej urzędy państwowe (senatorstwo), które piastował złożył po pierwszym rozbiorze Polski.
Kiedy Franciszka powiła syna – Augusta Dobrosława (1768-1792), Jabłonowski nieco ocieplił stosunki z żoną. Nadawanie starosłowiańskich imion swoim dzieciom (Teofila Strzeżysława i Anna Dobrogniewa) świadczy o zamiłowaniu księcia do „polskości”. Dla Franciszki dziecko stało się jedyną pociechą w tym małżeństwie, chociaż miała surowo zabronione roztkliwianie malca.  W tym czasie księcia pochłaniała już bez reszty nauka. Z tego też powodu wyjechał do Saksonii, gdzie pozostał już aż do swojej śmierci. Nigdy nie wrócił do Polski. Osiadł z rodziną w Lipsku, kupując tam pałac miejski i posiadłość podmiejską, którą nazwał Jablonovbourg (zamek otoczony fosą). Tam całkowicie poświęcił się nauce. Na miejsce swojej emigracji wybrał Lipsk, a nie Drezno, bowiem było to miasto uniwersyteckie, ważne centrum wydawnicze, edukacji i drukarstwa. Jako datę wyjazdu Jabłonowskiego do Lipska źródła podają rok 1768 r. Jego jedyny syn urodził się w jeszcze w kraju r., zatem przypuszczać tylko można, że wojewodzina wyjechała z mężem niedługo po rozwiązaniu. Niektóre ze źródeł podają jako datę urodzin wojewodzica rok 1769. Jabłonowski dużo pracował, dużo dzieł wydawał drukiem i założył na obczyźnie fundację Societas Jablonoviana*, działającą do dnia dzisiejszego.  Wcześniej oferował w kraju swoją fortunę na użytek nauki co niestety, nie z jego winy, nie powiodło się. W Niemczech książę okrzepł z polskości i czuł się tam dobrze. Cudzoziemcy go szanowali, a i niekiedy odwiedzali go z Polski starzy towarzysze konfederaci, co to jeszcze nie powymierali, bywał u Jabłonowskich Karol Radziwiłł, ks. Biskup Krasiński; hetman Ogiński. Franciszka także dostąpiła zaszczytnego wyróżnienia. Została „damą gwiaździstą Marii Teresy”.* Wojewoda wydał nawet z tego powodu bal. Syn chował się zdrowo.  Książę dobrze się trzymał, chociaż od lat chorował na podagrę. W końcu choroba go zmogła. Zmarł 1 marca 1777 r. Pogrzeb był raczej cichy. Ciało złożono w kaplicy na zamku w Pleissenburg i uhonorowano nagrobkiem z marmurową tablicą.
Po śmierci męża Franciszka nie umiała odnaleźć się w nowej sytuacji. Stale „ubezwłasnowalniana” mężowskim przymusem i przyzwyczajona przez 10 lat małżeństwa do bierności, nie potrafiła zająć się finansami, spadkiem, zabezpieczeniem przyszłości syna i własnej. Poprosiła o pomoc szwagra, Szymona Szydłowskiego. Podpisała z nim ugodę przyrzekając mu za pomoc sumę 1.200.000 zł i wzięcie na wychowanie i edukację siostrzenicy, jednej z córek Szydłowskiego. Dla siebie zabezpieczyła dożywocie, dokument poświadczył ksiądz Młodziejowski, biskup poznański, kanclerz wielki koronny, który potwierdził jego ważność pieczęcią kanclerską. Prawnie, był to wielce wątpliwy dokument pomimo takiego zatwierdzenia. Wojewoda umierając nie uczynił dla księżnej żadnego bowiem zapisu. W Lipsku pozostała do czasu pozałatwiania wszelkich spraw majątkowych. Syna wysłała pod opieką Pijaneckiego do Lachowiec. Jako 40 letnia wdowa po księciu Jabłonowskim wzbudzała żywe zainteresowanie pretendentów do jej ręki. Na powtórne zamążpójście krzywo patrzył Szydłowski, obawiając się utraty tak sprytnie zdobytych wpływów. Nie miał natomiast żadnych obiekcji co do romansu, w jaki się uwikłała.  Przeżyła jednak tylko zawód sercowy w osobie barona Hoenthala, który przegrywał jej majątek po kasynach. Zapędził ją w długi, z których powtórnie ratował ją (nie bezinteresownie) Szydłowski w 1779 r.  Do kraju wróciła na początku 1782 r.
Osiadła powtórnie w Lachowcach na Wołyniu. Zaczęła tam prowadzić życie na wzór „zakodowany” jej przez nie żyjącego już małżonka. Prowadziła w tym czasie, także na wzór księcia, liczne nadania swoim włościanom, podpisując się z pańska i wcale nie tak skromnie: „Franciszka Wiktorya z książąt Korybutów Gedyminów Woroniecka, z Prussów i świętego państwa rzymskiego księżna Jabłonowska, wojewodzina nowogrodzka, na Steblowie etc. dziedziczka Dobosławska (?), Strogijska, Krasnińska, Jerniewska etc. starościna na Lachowcach, Lisiance, Zawałowie, Podhorcach,  Jabłonowach – Litewskim i Pokuckim, Grodku i Czarnym Lesie, tudzież na Kitzer i Dytmansdersun w Saksonii, jako też na całej substancyi oprawna i dożywotna pani  etc. etc.”. Podpisem tym wymienia dobra położone w starostwach nowogrodzkim, trockim i w województwie wileńskim, były one raczej skromne i nie warte więcej jak 1000 zł, ale dodawały splendoru  w podpisie.  W tym czasie zaglądał do Lachowiec książę Woroniecki mianujący się stryjem wojewodzica, zjeżdżali się także rodzinnie Jabłonowscy. Lubili wdowę, która oprócz przyjętych pomężowskich dziwactw odznaczała się dobrocią i uczynnością, wzorowo przy tym prowadząc gospodarstwo. Lud okoliczny wielbił ją i błogosławił. W tym też czasie ochłodziła stosunki ze szwagrem i przestała myśleć o powtórnym zamążpójściu. Syn dorósł i poszedł na swoje, odpisała mu ze swojego dożywocia Stablów na usamodzielnienie się. Polityką się nie interesowała, czytała dużo, szczególnie zagranicznej prasy. Do spraw krajowych miała stosunek obojętny, wręcz nabyty po mężu. Podobnym charakterem obdarzyła syna. Nie czuł w sercu polskości. Za dziecięctwa wyrwany z kraju, wcale go nie znał. Z rzewnych kozackich opowiadań swojego opiekuna z dzieciństwa*, tak sobie wyobrażał tę „kozaczą” Polskę. Matka, ani ojciec nie zaszczepili w nim miłości do kraju.
W roku 1787  król Stanisław August Poniatowski, chcąc zjednać sobie księżnę Jabłonowską (jej mąż był jego przeciwnikiem) , odwiedził wdowę w Lachowcach. Dumna księżna, podobnie jak jej małżonek uważała, że to ona robi eksstolnikowi litewskiemu honor podejmując go u siebie, a nie, że to król niesie splendor domowi, który odwiedza. Przyjęła go jednak godnie, jak na dom Jabłonowskich przystało. Król przed przybyciem prosił o skromne podjęcie, czemu zadość uczyniła, chociaż uczta i oprawa pobytu i tak była wykwintna. Księżna Jabłonowska poproszona do stołu króla była „rozmowna, poważna, gościnna, ale etykietalna; przyjmowała króla, jakby go przyjmowała  każda inna królowa, nie zwykła, zamożna szlachcianka.” Zgryzoty matce dodawał tylko syn jedynak. Kiedy wróciła z zagranicy miał 15 lat. Matka chciała, żeby się dalej uczył, wchodził w kręgi rodzinne, starał się o urzędy, ale on nie chciał. Hulał w Stablowie z kozakami i w końcu „schłopiał” i „skozaczał” na prawdę. W Stablowie* zainstalował się pomiędzy 1784 a 1786 rokiem. Kiedy skończył 20 lat, w 1788 r. rozbudował oddział swoich kozaków. Majątek Stablów z dziesięcioma wioskami zamienił na gminę kozacką (300-500) głów. W tym samym roku przyjął obrządek wschodni i sprowadził Bazylianów.  W aktach zaczął się podpisywać „Awkust Mykoła, kniaź”. Jego pradziad, hetman Jabłonowski całe życie pracował nad  przywróceniem Koronie ziem ukrainnych. Senatorski syn zmarł z opilstwa w kozaczej chacie w 1794 r. Niektóre źródła wzmiankują jako datę jego śmierci 1792 rok, ale to błąd, bowiem w tymże roku cedował tylko dobra wołyńskie swojej siostrze przyrodniej, córce z pierwszego małżeństwa księcia Józefa Aleksandra Jabłonowskiego z Radziwiłłówną (Teofili Sapieżynie). Jej młodsza siostra już wówczas nie żyła.  W  dniu 1 stycznia 1792 r. w Lachowcach zmarł mąż Teofili – Józef książę Sapieha, krajczy litewski. Był dziedzicem na Lachowcach w chwili śmierci. Ostatni, znany nam,  podpis księżnej Franciszki z Woronieckich Jabłonowskiej został umieszczony na akcie darowizny, potwierdzającym nadania jej syna Augusta. Jest to data 25.10.1791 r.
Co dalej stało się z księżną Jabłonowską z.d. Woroniecką? Ślad się urywa, chociaż według genealogicznych zapisków żyła do 1829 r., lub jak chcą inne wzmianki genealogiczne do r. 1827.  Nie mamy informacji kiedy dokładnie zmarła i gdzie została pochowana. Są to  pytania na które nadal trzeba poszukiwać odpowiedzi. Jej młodsze siostry to – Konstancja (1744-1796) żona Symeona Kazimierza Szydłowskiego h. Lubicz i Elżbieta (ur. 1746) żona Felicjana Jabłonowskiego (1730-1778) z Jabłonowa, stolnika maz. Wyszogród. Na jednym z portali internetowych opisujących ród Woronieckich znajduje się informacja-ciekawostka  cyt. „Wydaje się, że linia wymienionego powyżej Aleksandra i linia Felicjana, genealogicznie są odległe. Tymczasem, zbliżyły się one do siebie, bowiem żyjący w tej samej epoce obaj panowie poślubili rodzone siostry, księżniczki Korybut Woronieckie. Felicjan ożenił się z Elżbietą, zaś Józef Aleksander z Franciszką”.
Pewne wskazówki przekazuje nam na temat Franciszki Woronieckiej drzewo genealogiczne rodu Woronieckich (link poniżej). Tam właśnie odnotowano datę śmierci Franciszki z.d. Woronieckiej Jabłonowskiej jako rok 1827. Franciszka pochodziła w prostej linii z głównego pnia rodu Woronieckich (od Marcina). Oprócz ww. sióstr miała jeszcze jedną (NN) oraz dwóch braci: Floriana (1775) i Ignacego, który  zmarł  przed 1820 r., starostę rachodoskiego. Ignacy miał trzech synów: Celestyna, Wincentego i Andrzeja. Wincenty Woroniecki jest wzmiankowany przez Romana Aftanazego jako właściciel Kamionki Wołoskiej (do 1841 r.) i Stronibab, był pułkownikiem wojsk polskich w wojnie napoleońskiej 1812 r. Florian zapoczątkował lubelską gałąź Woronieckich, właścicieli Kani, Rejowca i Gółkowa. Był generałem wojsk rosyjskich i marszałkiem szlachty guberni lubelskiej. Najbardziej prawdopodobna wydaje się hipoteza, że Franciszka po utracie Lachowiec i innych dóbr po śmierci syna, przeniosła się do innych swoich posiadłości. Przykładowo napotykamy o niej wzmiankę, jako właścicielce Kamionki Wołoskiej.
Kamionka Wołoska była znanym miejscem w Galicji, bowiem to stąd pozyskiwano glinki kaolinowe do produkcji fajansu i porcelany w Tomaszowie Lubelskim oraz fajansarni w regionie: Potylicz, Siedliska, Lubycza Królewska. Kamionka Wołoska była własnością Woronieckich do 1841 r., o czym wspominają zapiski historiograficzne (R. Aftanazy, Dzieje rezydencji…) wzmiankujące, że przeszła w ręce Woronieckich po śmierci księcia Jabłonowskiego, który otrzymał ją od rządu austriackiego,  w zamian za Jabłonów. Niektóre źródła wskazują na datę tej zamiany rok 1787.  Kamionka była wtedy największą wsią województwa bełskiego, składająca się z ogromnej liczby przysiółków. Nazwisko Jabłonowskich jest wymieniane wśród właścicieli Siedlisk oraz przy kontraktach zakupu surowców dla fajansarni. Jest to trop, którym trzeba podążać w dalszych poszukiwaniach losów głównej bohaterki naszej opowieści. Kierunek poszukiwań wydaje się jak najbardziej słuszny, bowiem Franciszka Wiktoria z Woronieckich Jabłonowska jest wzmiankowana jako właścicielka Kamionki Wołoskiej, przy zawieraniu trzyletniego kontraktu przez Franciszka Mezera, twórcy polskiej porcelany i tomaszowskiej fajansarni. Początki prac nad tomaszowską manufakturą to schyłek XVIII wieku. Starania w tym względzie, podejmowane przez Mezera, miały już miejsce w 1794 r. Spółkę zarejestrował w 1799 r. Potem, rozpoczynając już produkcję cyt. „Franciszek Mezer zawarł trzyletni kontrakt z książną Franciszką Wiktorią Jabłonowską, zapewniający mu potrzebny surowiec – glinę, którą pozyskiwano w jej majątku Kamionka Wołoska, około 40 km na północ od Lwowa ustalając cenę 2 złp za korzec.” Tomaszowską manufakturę zamknięto w 1827 r.  Franciszka Wiktorya z Woronieckich Jabłonowska zmarła w tym samym roku, w 1827 r. Mamy nadzieję, że to nie wszystko, co historia może nam przekazać na temat tej nietuzinkowej kobiety.
Opracowanie: Ewa Lisiecka
  • Ogłoszenie Heroldii Królestwa Polskiego z 1824 r. (Lista osób, którym dozwolono używać tytułów honorowych). Gazeta Lwowska z 1840 r. Nr 138 (21 listopada).
  • Nakły – obecnie wieś w powiecie ostrołęckim
  • Fundacja Jabłonowska założona przez księcia Józefa Aleksandra Jabłonowskiego działa w Niemczech, w Lipsku do dzisiaj, przyznaje stypendia i nagrody wyróżniającym się naukowcom, szczególnie  dziedzinie historii.
  • dawny Jabłonów nad Niemnem, oddalony 24 km od Mostów – rejon mostowski, kilka km od szosy Łunna-Wołkowysk
  • Stepan Matuszynenko ze Stablowa, kozak przy dworze księcia Jabłonowskiego
  • Stablów – dawniej miasteczko niedaleko Dniepru k. Korsunia
  • Tytuł książęcy należny Woronieckim został potwierdzony w roku 1784 przez króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Zaborca rosyjski w ramach istniejącego Królestwa Polskiego utrzymał im tytuł w 1821 r. oraz uaktualnił w 1824 r. Można powiedzieć, że księżniczka Franciszka Woroniecka utrzymała swój rodowy tytuł książęcy prawie do śmierci.
źródła:
  1. http://www.instytut-genealogii.com.pl/index.php?mod=artykuly&id=2&itemid=128
  2. Książę Józef Aleksander Jabłonowski – https://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:J%C3%B3zef_Aleksander_Jab%C5%82onowski_1.PNG
  3. Dr Antoni J. Opowiadania. serya czwarta. tom I. Senatorska Dola. Opowieść z VII stulecia. wyd. 1884
  4. http://www.rdc.pl/podcast/rody-i-rodziny-mazowsza-jablonowscy-reyowie-i-dowgiallowie/
  5. http://www.s1354735-90700.home-whs.pl/NOBLE_gen/woroniecki2.htm
  6. Krystyna Schabowska. Zarys dziejów manufaktury fajansu i porcelany w Ordynacji Zamojskiej w Tomaszowie Lubelskim. Wydanie – Politechnika Lubelska. 2015 r. s. 43. http://bc.pollub.pl/Content/12770/PDF/porcelana.pdf
  7. https://pamiecdlapokolen.pl/jablonowo/
  8. Nagrobek księcia Józefa Aleksandra Jabłonowskiego – zasoby Biblioteki Narodowej w Warszawie – strona internetowa Polona
  9. Odcisk tłoka pieczętnego Jabłonowskich. – http://51.254.200.38/wawelzbiory/node/6714

Żołnierz pięciu chorągwi.

Życiorys niebanalny. Mógłby posłużyć za kanwę scenariusza filmowego. Prawie czterdzieści lat wojaczki w pięciu armiach: austriackiej; pruskiej; polskiej; węgierskiej i tureckiej. Przebieg jego służby w wojsku, od lat młodzieńczych do wieku dojrzałego, to jednocześnie wgląd w historię Polski poprzez losy polskiego żołnierza, który walcząc o niepodległość swojego kraju, zaciągał się pod obce sztandary, widząc w tym choćby cień nadziei na to, aby jego Ojczyzna wróciła na mapy świata. Bohater naszej opowieści nie doczekał Niepodległej. Zmarł w roku 1885, w maleńkim miasteczku na Podolu, w Jałtuszkowie. Krótki anons o jego śmierci w „Gazecie Polskiej” z grudnia 1885 r. (1) to jedyne znane, jak dotąd, epitafium należne temu żołnierzowi.
„W zakątku guberni podolskiej w miasteczku Jałtuszkowie zakończył się cichy a skromny żywot, przeto pełen rycerskiego zapału i wojowniczego ducha ś.p. Józef ze Zbaraża Korybut Książę Woroniecki, syn niegdy Wincentego pułkownika wojsk polskich  i Zuzanny z hr. Jaworskich. Ś.p. Józef  od wczesnej młodości, dzieciństwa prawie, rwał się do stanu wojskowego. którey też traktować rozpoczął niespełna w 16-tu latach życia, wstąpiwszy jako kadet  do pułku austriackiego strzelców pieszych; trafił właśnie do korpusu jenerała  Frimont’a, przeznaczonego na posiłkowanie króla neapolitańskiego Ferdynanda, przeciw spiskowi karbonarów (1821 r.). Kilka ciężkich lat przebywał we Włoszech, gdzie dosłużył się rangi oficerskiej. Następnie bawiąc na urlopie w Galicji, przerzuca się gwałtownie do b. wojska polskiego, gdzie za waleczność zostaje ozdobiony  krzyżem kawalerskim wojskowym. Po zdobyciu Warszawy  (1831 r.) ze zwyciężoną armią rejteruje do Prus. Lecz, że zawsze ciążyła na nim dezercja z wojska austriackiego, więc aby ją ukryć, jako prosty żołnierz zaciąga się do armii pruskiej. Atoli starania rodziny przy rozległych stosunkach wyjednywują mu amnestię i dymisje z wojska austriackiego. Zasiada tedy na własnej wiosce i żeni się. Lecz snadź  nie tu był koniec jego wojowniczych popędów, w roku 1848 zostaje komendantem gwardyi narodowej w Przemyślu. W roku zaś 1849, opuściwszy dom, żonę i troje dzieci, zaciąga się do węgierskich szeregów. Tam przez cały czas w Siedmiogrodzie walczy na czele osobnego oddziału, jako pułkownik. Po upadku tej sprawy, razem z patriotami węgierskimi emigruje do Turcji.: najprzód internowany w Widdynie, następnie przeniesiony do Aleppo, jako instruktor piechoty w randze pułkownika. Wszakże sprzykrzywszy sobie jednostajną służbę frontową, bez wrażeń bojowych, opuszcza armię turecką i przechodzi do Francji, pragnąc się dostać do rodziny, za którą zatęsknił; wszakże nie mogąc wrócić do kraju, czas jakiś przebywa w Marsylii, gdzie ciężko pracuje na chleb powszedni. Nakoniec w roku 1859 za staraniem rodziny powtórnie ułaskawiony wraca do Galicji, lecz już nie do własnego majątku, który uległ konfiskacie. Wtedy już po 40-tu prawie latach ciężkich prób i bojowania, przy sił utracie, nie mogąc się oddać ciężkiej pracy, przygarnął się na Podolu u siostry swej hr. Ignacji Stadnickiej, którą wszakże przeżył. Następnie postanowiwszy swoje córki, osiadł na ustroniu w Jałtuszkowie, gdzie w dniu 27 listopada 1885 r. dokonał iście rycerskiego żywota, a skromnie i bez przechwały, jak spędził wiek cały.”     
Zamieszczony wyżej wycinek prasowy znajdował się w zbiorze listów kierowanych (przez różne osoby) do Władysława Górskiego (1822-1902) h. Pobóg, ziemianina i historyka oraz jego żony Zuzanny ze Stadnickich Górskiej, w latach 1851-1896. Obok notatki prasowej umieszczono dwa listy o charakterze prywatnym, napisane przez księcia Józefa Woronieckiego, z dopiskami M. Woronieckiej. Jeden z listów wysłano z miejscowości Wołodiowce 22 grud. 874 . (1874 r.). Drugi, krótszy list datowany jest następująco: piątek 27 November. Dodatkowo dokumenty wzbogacono odręczną notatką opisującą życiorys księcia Woronieckiego. Zarówno wspomniane listy jak i notatki wzbogacają dotychczasową wiedzę na temat księcia Józefa Korybuta Woronieckiego, właściciela Lubyczy Królewskiej wzmiankowanego  w opracowaniach Z. Pizuna i R. Gawrysia . (2)  Odręczna notatka, opisująca życiorys Józefa Woronieckiego, została sporządzona 4/16 grudnia 1883 r., czyli na dwa lata przed jego śmiercią. Nie wiemy jednak kto ją zapisał. Przypuszczalnie zawarta w niej wiedza jest bazą dla wszelkich informacji pojawiających się w późniejszym czasie na temat księcia Woronieckiego, w tym anonsu o pogrzebie (o dwa lata późniejszego). Przytoczymy ją tutaj w całości dla porządku, jako źródłową wiedzę w temacie:
„Józef ze Zbaraża Korybut Xsiążę Woroniecki
Józef Książę Woroniecki syn Wincentego pułkownika Wojsk Polskich i Zuzanny z hr. Jaworskich urodził się w Galicji około r. 1806. – Mając ledwo lat 15 wstąpił do wojska austriackiego jako kadet 20 (10?) pułku strzelców pieszych; parę lat na Morawach a kilka lat spędził z tymże pułkiem we Włoszech, a mianowicie w Neapolitańskim, gdzie wojska austriackie pomagały królowi Neapolitańskiemu do uśmierzenia, a następnie trzymania w ryzach własnych poddanych, usiłujących wyłamać się z pod despotyzmu – Przy końcu roku 1830 znajdując się na urlopie u rodziny w Galicji, już jako oficer, dowiedział się o powstaniu listopadowym – i chociaż oddalony przez czas dłuższy z kraju zapomniał prawie swego języka wszelako dusza Polaka wnet się w nim odezwała, nie bacząc na jaką odpowiedzialność narażał się oficer w czynnej służbie austriackiej – opuszczający szeregi – już na początku 1831 r. był za Wisłą i zaciągnąwszy się do pułku  Kra……. przez cały czas trwania powstania walczył wraz ze swojemi – w Korpusie Dwernickiego rejterowął się do Galicji i tam został rozbrojony. Książę Woroniecki powtórnie uchodzi z Galicji i walczy w bratnich szeregach aż do końca wojny -za waleczność ozdobiony  Krzyżem Srebrnym Virtuti Militari. Po wzięciu Warszawy wraz ze swoim korpusem rejterował się do Prus – Tu w obawie by jako dezerter nie był wydany Austrii, zaciąga się pod cudzym nazwiskiem jako prosty szeregowiec do wojska pruskiego – wszelako starania rodziny i stosunki w wyższych sferach rządowych wyrobiły mu amnestię, tak że wkrótce mógł powrócić do Galicji. Tu ożenił się i zaczął gospodarować we własnym majątku. W 1848 r. był Naczelnikiem Gwardii Narodowej w Przemyślu – w 1848, kiedy Węgry powstały przeciw Habsburgom książę Woroniecki sądząc że triumf sprawy węgierskiej oddziała pomyślnie i na sprawę polską rzuca dom, żonę, troje dzieci i jako jeden z pierwszych Polaków znajduje się wśród szeregów węgierskich – w ciągu wojny jako dowódca oddzielnego korpusiku, w randze pułkownika walczy w Siedmiogrodzie, a po upadku sprawy węgierskiej kiedy rodzony synowiec jako książę Mieczysław Woroniecki został rozstrzelany w Wiedniu* cofa się do Turcji wraz z generałem Bemem …………. i wielu innymi patriotami węgierskimi – internowany czas jakiś w Widdyniu, przeniesiony następnie do Aleppo [obecnie Helab w Syrii], wstępuje do służby tureckiej jako pułkownik instruktor piechoty – Obowiązki te pełnił lat parę, a potem wyjechał do Francji i tu w Marsylii lat kilka ciężko musiał na chleb zarabiać. Na koniec w r. 1859 wrócił do Galicji ułaskawiony – zastał majątek rozgrabiony, a żona i dzieci bez własnego dachu znalazły schronienie u siostry hrabiny Ignacji Stadnickiej na Podolu. Tam też pospieszy książę Woroniecki i przez lat 20 i kilka obarczony wiekiem z siłami straconymi na usługach ojczyzny w zakątku wiejskim pędził resztki życia, zapomniany ale pełen rezygnacji i silny jeszcze duchem starzec. Pisano 1883 r. 4/16 grudnia” 
Listy księcia Józefa Woronieckiego do Władysława Górskiego, pisane odręcznie, są w niektórych miejscach trudne do odczytania, z uwagi na specyficzny charakter pisma księcia. Publikujemy jeden z nich poniżej, do wglądu dla osób zainteresowanych. Ogólnie treść listów ma charakter prywatny i wskazuje na zażyłość,  wręcz rodzinną, nadawcy i adresata. List z 1874 r. pisany w Wołodiowcach (Gubernia Podolska, dekanat Jampol, parafia Czerniejowce) nakreśla trudną sytuację materialną Woronieckiego i jego rodziny. Woroniecki zwraca się z prośbą do Górskiego o nadesłanie części z należnej mu sumy 300 zł. Wspomina również w liście o trudnej sytuacji „Kamilki”, która nie może go wspomóc, gdyż sama ma kłopoty finansowe. Z dopisku M. Woronieckiej do listu dowiadujemy się dodatkowo, że „Kamilka” jest chora od kilku tygodni. Woroniecka wspomina w liście także „Olgę” i dopytuje się Górskich, czy wyjechała już do Lwowa. Wzmiankuje również „Lucynę”, której oddała medalion, przechowywany od dwóch lat. Woroniecki kieruje swoje listy nie tylko do Władysława Górskiego, ale także do jego żony, Zuzanny z.d. Stadnickiej, używając chociażby zwrotu: „Całuję Was oboje”. W drugim liście Woroniecki dziękuje Górskiemu za przekazany tytoń, wspomina ponadto „Kamilkę” i „Oktunię”. Oba listy noszą dopiski, nieco bardziej czytelne, poczynione kobiecą ręką i podpisane –  M. Woroniecka.
Małżeństwo Władysława Górskiego i Zuznany ze Stadnickich Górskiej (ca 1838-1883) było skoligacone z Woronieckimi poprzez ród Stadnickich. Siostra księcia Józefa Woronieckiego, Ignacja z Woronieckich (ca 1798-1800-1866) h. Korybut wyszła za mąż za Piotra hr. Stadnickiego (1777-1852) i osiadła na Podolu (zmarła 25.06.1866 w Kotiużanach). Zuzanna (żona Górskiego) była jedną z córek Ignacji, czyli siostrzenicą księcia Józefa Woronieckiego. Wymienione w listach Woronieckiego <Kamilka i Olga> to: Kamila ze Stadnickich Światopełk-Czetwertyńska i Olga Aleksandra ze Stadnickich Beyzym. To kolejne córki Ignacji, tym samym siostrzenice Józefa Woronieckiego, o których wspomina w listach. Małżeństwo Piotra i Ignacji Stadnickich miało łącznie siedmioro dzieci, oprócz ww. Zuzanny, Olgi i Kamili: Amelię Stadnicką, Wincentego, Tomasza i Mikołaja Piotra Stadnickiego. Małżeństwo Górskich miało córkę Oktawię, wzmiankowaną w listach Woronieckich. Koligacje rodzinne Woronieckich ze Stadnickimi  pogłębia jeszcze jedno małżeństwo. Druga siostra księcia Józefa Woronieckiego, Anna wyszła za mąż za Kacpra Stadnickiego, brata ww. Piotra.
Roman Aftanazy, nieprzeciętny badacz „Dziejów rezydencji na dawnych kresach Rzeczypospolitej” przy opisie dworu w Kamionce Wołoskiej wymienia Woronieckich jako właścicieli tej posiadłości do 1841 r. Majętność przeszła w ręce rodu po śmierci księcia Józefa Aleksandra Jabłonowskiego (1711-1777) żonatego z Franciszką z Woronieckich. Jabłonowski otrzymał te dobra od rządu austriackiego. Kamionkę Wołoską, przechodzącą później z pokolenia na pokolenie wśród Woronieckich, na początku XIX w. odziedziczył Wincenty Woroniecki, ojciec Józefa Woronieckiego. Roman Aftanazy opisując dzieje pałacu w Kamionce, stwierdza, że nowy dwór wzniósł tam w 1829 r., w części zwanej Stara Wieś, właśnie Wincenty Woroniecki. Potem rozbudowano go, założono ogród i oranżerię. (3)
W Katalogu wystawy z 1912 r. zachowała się miniatura (243) podobizny ojca księcia Józefa Woronieckiego, księcia Wincentego Korybuta Woronieckiego, pułkownika wojsk napoleońskich. Jest to popiersie młodego człowieka, zwrócone 3/4 w prawo, w czarnym mundurze z czerwonym kołnierzem, na szyi czarna chusta, na piersiach dekoracja orderowa. Akwarela autorstwa M. Daffingera została umieszczona na płytce z kości słoniowej. Owalny ten portrecik o wymiarach 5,6 x 4,6 cm został oprawiony w nowoczesne ramki z brązu ze złoceniami. Miniatura została zgłoszona przez Wincentego Trzcińskiego z Żółkwi, ówczesnego właściciela tej podobizny, na „Wystawę  Miniatur i sylwetek” zorganizowaną we Lwowie.
Trzciński zgłosił także na tę wystawę miniaturę (395) podobizny księcia Mieczysława Korybuta Woronieckiego. W opisie miniatury w Katalogu sportretowany jest przedstawiony jako: „s. Józefa Woronieckiego t.z. oficera pięciu chorągwi, oficera sztabowego w kampanii węgierskiej„. * Źródło to zawiera dodatkowo informację, że książę Mieczysław Woroniecki został powieszony jako jeniec przez rząd austriacki.  Miniatura ukazuje postać młodego człowieka w postawie stojącej, zwróconej 3/4 w prawo, w mundurze granatowym, przybory srebrne, prawą ręką trzyma przed sobą szablę, lewą leżące obok czako. Miniatura została zdjęta w 1849 r. przez Adolfa Nigroni. Jest to akwarela na płytce kościanej oprawna i wpuszczona w metalowe ramki.  Inne źródła wzmiankują księcia Mieczysława Korybuta Woronieckiego jako „rodzonego synowca” księcia Józefa Woronieckiego, rozstrzelanego w Wiedniu. Informacji o egzekucji w Wiedniu nie potwierdzają współczesne źródła, opisujące tego bojownika powstania narodowego na Węgrzech. (4) (5)
Książę Wincenty Woroniecki i jego syn książę Józef Woroniecki reprezentowali galicyjską linię rodu. Wincenty Woroniecki (ca 1780-11.05.1826 ) ożenił się z Zuzanną Jaworską ok. 1800 r.  Jego kariera wojskowa była równie imponująca jak syna. Był szefem sztabu 10 pułku piechoty napoleońskiej (23.06.1809). Następnie został szefem szwadronu 11 pułku Księstwa Warszawskiego. Zwolniony z tej funkcji 11.01.1812 r., przeszedł jako szef szwadronu do 3 pułku szwoleżerów  Gwardii (11.08.1812 r.), a 11.04.1813 r. przerzucono go do 1 pułku szwoleżerów Gwardii. Następnie 1.08.1813 r. skierowano go jako szefa szwadronu do 7 pułku szwoleżerów. Walczył m.in. w obronie Drezna. Dostał się do niewoli austriackiej, a kiedy został z niej zwolniony, wrócił do kraju.
Koligacje Woronieckich ze Stadnickimi i Łosiami (6)
Poprzez osobę Piotra Stadnickiego, męża Ignacji z Woronieckich Stadnickiej, historia rodu Woronieckich jest poniekąd związana również z Horyńcem-Zdrój. Dziadek Piotra, Mikołaj Stadnicki, starosta bełski i baliński, chorąży podolski i kasztelan kamieniecki, kupił dobra horynieckie w 1717 r.  Schedę po nim przejął jego syn Ignacy ożeniony z Zofią z.d. Poletyło, późniejszą żoną Aleksandra Ponińskiego. Z tego małżeństwa urodził się Piotr Stadnicki i Kasper Stadnicki. Bracia poślubili  rodzone siostry Woronieckie: Ignację i Annę, czyli siostry rodzone księcia Józefa Woronieckiego. Dodatkowo koligacja ta łączy rody Woronieckich z Łosiami, bowiem Anna z. d. Woroniecka, po śmierci pierwszego męża Kaspra Stadnickiego, wyszła powtórnie za mąż za Zygmunta Piotra hr. Łosia, właściciela Werchraty z Górnikami i Monastyrkiem, Potoku i Teniatysk. Ślub odbył się w Rawie Ruskiej w 1825 r. Małżeństwo to przedłużyło linię Łosiów narolskich. Badacze historii regionu  zauważą z pewnością związek pochówku żony księcia Józefa Woronieckiego z ww. koligacjami rodzinnymi. Karolina Woroniecka zmarła w 1838 r. i została pochowana na cmentarzu greckokatolickim w Teniatyskach. Wątek ten zasługuje sobie jednak na oddzielne potraktowanie.

  

opracowanie: Ewa Lisiecka
źródło:
  1. Wycinek prasowy – „Gazeta Polska”. 1885 r. (18) 30 Grudnia Nr 289 – dołączony był do zbioru listów, adresowanych do Władysława Górskiego, t. 2.  – strona internetowa Polona Biblioteki Narodowej w Warszawie
  2. Zdzisław Pizun. Ryszard Gawryś. Właściciele ziemscy w miasteczku Lubycza Królewska (1787-1939). Rocznik Tomaszowski Nr 6 ss. 19-41.; Ziemia Lubycka. Geografia, historia, język, kultura. wyd. Lublin-Lubycza Królewska 2017. Zdzisław Pizun. Miasto Lubycza w okresie przynależności do starostwa rzeczyckiego (ok 1730-1787). s. 90.; Zdzisław Pizun. Lubycza w dawnych opracowaniach historycznych. 2013. s.71.
  3. Roman Aftanazy. Dzieje rezydencji na dawnych kresach Rzeczypospolitej. Tom VI. Województwo bełskie. ss.50-51.
  4. Jerzy S. Wojciechowski. Polsko-węgierskie symbole pamięci generała Józefa Bema. Pamięć i niepodległość. Nr 31. Lublin. http://bazhum.muzhp.pl/media//files/Niepodleglosc_i_Pamiec/Niepodleglosc_i_Pamiec-r2010-t17-n1_(31)/Niepodleglosc_i_Pamiec-r2010-t17-n1_(31)-s89-97/Niepodleglosc_i_Pamiec-r2010-t17-n1_(31)-s89-97.pdf
  5. Katalog Wystawy Miniatur i Sylwetek we Lwowie. 1912. https://repozytorium.biblos.pk.edu.pl/redo/resources/2450/file/scans/DEFAULT/OCR_rezultaty/100000297835_A_v1_200dpi_q60.pdf
  6. Janusz Mazur. Horyniec Zdrój – pałac i uzdrowisko. https://roztoczepoludniowe.com/horyniec/

Polski Biały Krzyż w Zamościu.

W okresie międzywojennym, działało w Zamościu Koło Opieki Załogi – Polskiego Białego Krzyża, które było terenową komórką cywilnego stowarzyszenia P.B.K. Jak dotąd, niewiele wiemy na temat  jego działalności na terenie naszego miasta, niemniej już w 1925 r. zamojskie Koło Opieki działało wspólnie z Komitetem Opieki nad Żołnierzami Korpusu Lubelskiego. Informuje nas o tym, wydany wówczas przez warszawski Z.G. P.B.K., kalendarzyk „Rok Polski 1925”. Lubelski Korpus zrzeszał ponadto podobne Koła Opieki: w Krasnymstawie, Chełmie, Puławach, Włodzimierzu, Krzemieńcu, Łucku, Sarnach, Kowlu i Równem. W tym czasie Komitety Korpusowe i Koła Opieki przy załogach realizowały przede wszystkim zadania kulturalno-oświatowe w wojsku.
Polski Biały Krzyż był instytucją cywilną. Działał na rzecz wojska w okresie II Rzeczpospolitej. Inicjatorką powstania stowarzyszenia była Helena Paderewska, przebywająca wówczas w Stanach Zjednoczonych. Powołała Polski Biały Krzyż pod koniec I wojny światowej (2.II. 1918 r.), w celu niesienia pomocy ofiarom wojny, a w szczególności żołnierzom polskim, wcielanym do trzech obcych armii: niemieckiej, austriackiej i rosyjskiej. Zorganizowała i sfinansowała nabór ochotniczek do czynnej służby pielęgniarskiej, niosącej pomoc żołnierzom walczącym na froncie. Drugim celem organizacji było szerzenie kultury i oświaty polskiej, rozbudzenie wśród walczących postaw patriotycznych oraz świadomości narodowej i obywatelskiej. Po zakończeniu I wojny światowej takie same cele organizacja spełniała wobec żołnierzy Wojska Polskiego. Cegiełki, rozprowadzane wśród społeczeństwa na rzecz pomocy żołnierzom na froncie, były jedną z form pozyskiwania środków finansowych na ten cel przez P.B.K.
W latach 1918-1921 Polski Biały Krzyż spełniał swoje zadania przede wszystkim na froncie. Natomiast w okresie międzywojennym stowarzyszenie umacniało swoje szeregi organizacyjne. W latach 1922-1933 P.B.K.  upowszechniał przede wszystkim swoją działalność terenową. W latach 1929-1933 działało w kraju 115 Kół Opieki P.B.K., które prowadziły szkolenia żołnierzy w szkołach powszechnych, na kursach specjalistycznych i merytorycznych. Prowadziły kursy instruktorskie dla oficerów i podoficerów oraz rolnicze, rzemieślnicze itp. W latach 1927-28 zorganizowano 1902 pogadanki z zakresu historii Polski; zrealizowano 161 wycieczek krajoznawczych szerzących wiedzę o Polsce współczesnej i zdobyczach kultury. Koła realizowały swoją działalność przez ponad 150 świetlic i 345 bibliotek w całym kraju.
Koło Opieki Załogi P.B.K. w Zamościu powstało w latach 30-tych XX w. Zachowany z tego okresu druk ulotki (Drukarnia Sejmiku Zamojskiego) informuje o podejmowaniu zapisów członkowskich z roczną składką 6 zł dla członów rzeczywistych Koła. W 1937 r. Zarząd Koła wydał odezwę (druk. Rady Powiatowej), z której dowiadujemy się m.in., że sekretariat Koła mieścił się w gmachu Ubezpieczalni Społecznej (pokój Nr 5). Odezwą agitowano do udziału w pracach Koła, do zgłaszania się w jego szeregi oraz apelowano o wszelką pomoc w rozwoju „działalności białokrzyskiej” na terenie miasta. W maju 1939 r. zamojskie Koło Opieki P.B.K., we współpracy z P.C.K podjęło inicjatywę zorganizowania dancingu, który odbył się w kawiarni „Europa”. Dochód z imprezy był przeznaczony na urządzenie żołnierskich świetlic w garnizonie zamojskim. Współpraca w mieście aktywistów Polskiego Białego Krzyża i Polskiego Czerwonego Krzyża w przededniu wybuchu II wojny światowej świadczy o połączeniu sił i obraniu wspólnych celów przez te organizacje społeczne. Polski Biały Krzyż został rozwiązany w 1946 r. Jego majątek przekazano Towarzystwu Przyjaciół Żołnierza.

opracowanie: Ewa Lisiecka
źródło:
  1. Sprawozdanie Zarządu Naczelnego P.B.K – wyd.1933 Biuro P.B.K. Warszawa – Polona.
  2. https://100lat.pck.pl/fakty/polski-bialy-krzyz
  3. Druki ulotne z zasobów Biblioteki Narodowej w Warszawie.

 

Ciekawostki Zamościa.

Zegar słoneczny w Zamościu.

Z historią zegara słonecznego, znajdującego się przy Katedrze Zamojskiej, zapoznają nas autorki (Marzena Gałecka i Renata Sarzyńska-Janczak) opracowania zatytułowanego „Zegary słoneczne astronoma Jana Baranowskiego – w Zamościu, Lublinie i Kozłówce”, wydanego przez Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków w Lublinie. Zegar jest opatrzony datą 1868 i jest najstarszym dziełem ww. astronoma. Obecnie zegar znajduje się przy południowej elewacji kościoła. Jest to jego wtórna lokalizacja z 2013 r. Oryginalne w zamojskim zegarze są: marmurowa tarcza (49 cm średnicy) i spiżowy gnomon. Kolumnowa podstawa (wys. 99 cm) i owalna obejma z kamienia józefowskiego są współczesne. Na tarczy są linie godzinowe, półgodzinowe, kwadransowe i pięciominutowe. Godziny oznaczono cyframi rzymskimi: IV rano; XII południe; VIII wieczorem. Po stronie przeciwległej dla godziny 12 umieszczono datę 1868 R. Wcześniej zegar był zdemontowany i przechowywany w zbiorach zgromadzonych w Infułatce. Nie wpisano go do Rejestru Zabytków.

W 2013 r. kamieniarz z Krasnobrodu, Janusz Gontarz usunął z oryginalnej tarczy metalową obejmę i cementową opaskę. Zegar został oczyszczony z brudu i zabezpieczony preparatem hydrofobowym. Spiżowy gnomon został wyprostowany. Tarcza zegara została osadzona w nowej, okrągłej płycie z kamienia józefowskiego i otrzymała nową kamienną podstawę, zwężającą się ku górze kolumnę.

Obecnie zegar nie znajduje się w miejscu pierwotnego usytuowania. Inwentarze Kolegiaty określały go jako: „między domem Infułackim a kościołem”. Wcześniejsza lokalizacja nie była osłonięta koronami wysokich drzew przed słońcem i zegar mógł spełniać swoją rolę. Wyboru nowego miejsca dokonała Komisja powołana w czasie trwania rewaloryzacji Katedry w latach 2010-2013. Umieszczono go przy południowo-zachodniej elewacji kościoła, w miejscu nie kolidującym z ruchem dookoła katedry i bardziej dostępnym dla turystów.  Fundację zegara przypisuje się infułatowi zamojskiemu, Walentemu Baranowskiemu,  a wykonanie jego starszemu bratu, astronomowi Janowi Baranowskiemu (1800-1879). Pierwotnie zegar umieszczono naprzeciw Kaplicy Ordynackiej w czasie jej restaurowania przez Stanisława Kostkę Zamoyskiego w l. 1867-1871. Bracia Baranowscy spoczywają na cmentarzu w Lublinie przy ul. Lipowej, a ich epitafia znajdują się w lubelskiej katedrze.

 

zdjęcie – epitafium Walentego Baranowskiego w lubelskiej katedrze – Ewa Lisiecka

źródło:

  1. Zasoby Biblioteki Narodowej w Warszawie.
  2.  https://www.nid.pl/upload/iblock/475/4751ccf9b55bd2da09ade95f712cf9ef.pdf?fbclid=IwAR3hDM6jfJU9viXGMJ3zdZ4cJbky11mb80U-EgN6DOdg-vnNhOJhGt5sTHA

Architektura bożnic na Zamojszczyźnie.

W okresie międzywojennym, około 1926 r., znany polski architekt i konserwator zabytków, Adolf Szyszko-Bohusz odwiedził ponownie* Zamojszczyznę, zbierając tym razem materiały do opracowania poświęconego architekturze synagog, m.in. w Szczebrzeszynie, Zamościu, Krasnobrodzie i Goraju. Pozycja ta, jest o tyle ciekawa dla naszych regionalistów i przewodników, że zawiera zdjęcia nie istniejących już bożnic w Krasnobrodzie i Goraju. „Materiały do architektury bożnic w Polsce” autorstwa Adolfa Szyszko-Bohusza wydane zostały w 1926 r. nakładem Polskiej Akademii Umiejętności w Krakowie. Osobne odbicie z „Prac Komisji Historii Sztuki Tom IV” – wykonała drukarnia Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie (pod zarządem Józefa Filipowskiego). Publikacja zawiera także informacje na temat drewnianej synagogi w Przedborzu i bożnic w Szydłowie i Wyszogrodzie. Dzięki udostępnieniu jej przez Bibliotekę Narodową w Warszawie w domenie publicznej, mamy możliwość uaktualnienia tego przekazu z przed prawie stu lat.
___________________________________________________________________________________________________________________
Bożnica w Zamościu
„W całym różnorodnym kompleksie dzisiejszych zabudowań bożniczych w Zamościu, do części pierwotnych, organicznie związanych ze sobą, należą zaledwie sala główna i dwa oddziały boczne dla kobiet, przystawione od południa i północy do sali wyżej wymienionej (fig.24 i 25). Poza tem sień dzisiejsza może również jest pierwotną – w każdym razie musiała istnieć podobna do dzisiejszej. Mógł również istnieć chór kobiecy nad sienią. Reszta przystawek i przybudówek pochodzi z epoki znacznie późniejszej, w przeważającej części z ostatnich lat, gdy nie tylko wygląd zewnętrzny, ale i całe wnętrze uległo poważnym zmianom.
Sień bożnicy wielce przypomina podobne sienie kamienic w rynku. Mamy więc część przodkową szerszą, sklepione beczkowo z lunetami. Przeszło o metr niżej poziomu ziemi opuszczona, ma od wschodu wejście do sali modlitewnej, jeszcze o parę stopni niżej położonej, od zachodu zaś wejście po kilku stopniach do sali modlitewnej mniejszej. Część sieni węższa, sasklepiona dwoma polami krzyżowego sklepienia, ma w końcu wejście na dziedziniec, od zachodu wejście do talmud tory, od wschodu do oddziału kobiecego. Różnicę w szerokości obu części sieni wypełniają schody na chór. Część główna i oczywiście jedyną ciekawszą pod względem architektonicznym i artystycznym stanowi wielka sala modlitewna o architekturze XVII prawdopodobnie wieku (fig.26). Prawie kwadratowa w planie (11,35 x 13,43 metra) (fig 31). Dekoracja ścian sklepienia jest jednak cokolwiek inną. Podobnież jak w szczebrzeskiej, mamy tutaj 8 lunet połączonych w pary w rogach sali. Dekoracja sklepienia jest mniej sutą., profil żeber cokolwiek inny. Innem jest opracowanie katów sali zapomocą żagli konchowych – ściany maja pilastry, odpowiadające podziałom sklepienia – na ogół zaś całość jest bardziej architektonicznie przeprowadzona niż w Szczebrzeszynie.
W ścianach bocznych mamy tutaj również  ośm otworów do bocznych przedziałów kobiecych, nad nimi zaś zamiast wnęk, użytych w Szczebrzeszynie, rodzaj tablic obramionych bogatą listwą. Przy ścianie wschodniej miejsce pilastru środkowego zajmuje ołtarz, z wnęką pomiędzy dwiema kolumnami jońskimi, w mniejszej górnej części żłobkowanemi. Światło bezpośrednio wpada do wnętrza dziś tylko z dwóch okien wschodnich. Dwa zachodnie od początku może na chór kobiecy wychodziły, cztery zaś boczne dziś, po przebudowie gmachu, również służą za przeźrocza dla bocznych chórów kobiecych. Przed paru laty stały jeszcze przy murze zachodnim wewnątrz sali dwa chórki drewniane dla chłopców ze szkół. Rysunek tych chórów mamy w „Budownictwie drzewnym” Glogiera. Śladów po nich nie pozostało. Żelazna bima z roku 1788 zachowała się dobrze, ale przy restauracji została całkowicie pomalowana farbą srebrną. Dochowało się również parę starych świeczników (fig. 27). Co do wyglądu zewnętrznego dziś trudno osądzić jaki był pierwotnie. Zapewne kalenica dachu, dziś wspólna dla całej budowy wraz z chórami bocznemi i w kierunku z północy na południe ułożona, pierwotnie rozciągała się od zachodu na wschód. Mury jak w Szczebrzeszynie, rozczłonkowane były pilastrami  – te są widoczne jeszcze od  ulicy, w ścianie ołtarzowej.”
___________________________________________________________________________________________________________________
Bożnica w Szczebrzeszynie
„Bożnica w Szczebrzeszynie, o wnętrzu podobnie zasklepionym jak w Zamościu należy do najozdobniejszych na Zamojszczyźnie. System zasklepienia wielkiej sali (11,35 x 13,48), prawie całkiem taki sam (fig. 28 i 29), jest to sklepienie klasztorne z lunetami, obejmującemi 6 okien i 6 otworów do chóru kobiecego. Ten ostatni, utartym zwyczajem, znajduje się na pietrze dobudówki zachodniej, mieszczącej na parterze przedsionek i salkę obrad. Podobne dla kobiet przeznaczone salki mieszczą się również od południa i północy. Wszystkie te dobudówki są skromne i pozbawione jakiejkolwiek dekoracji architektonicznej. Podobnie skromna jest szata zewnętrzna bożnicy (fig 30): mury rozczłonkowane pilastrami, wysoki dach mansardowy jest jedyna ozdobą zewnętrzną.  Natomiast wnętrze sali ma dekoracje stosunkowo bardzo bogatą (fig. 31). Składają się na nią geometryczne sklepiennych, o profilach podobnych jak te, których użyto w kościołach szczebrzeskich. Są to profile niezawodnie sięgające czasów budowy kolegiaty w Zamościu. Część sklepienia, a mianowicie odcinki  pomiędzy lunetami – nad ołtarzem, na osiach ścian bocznych i nad wejściem – ma dekorację bogatszą. Schodzi ona poniżej na szlak wnęk podokiennych. Te same cechy stylowe swojskiego późnego renesansu ma ołtarz kamienny, dość zresztą grubej roboty.
Znacznie subtelniej wygląda bramka przed ołtarzem. Polichromia wnętrza podkreślająca niektóre partie sklepienia, posługuje się głównie barwa niebieską. Ze sprzętów przechowywanych w Bożnicy, poza większą ilością mosiężnych pająków, interesującym jest wielki dziewięcioramienny świecznik z orłem bujającym na sprężynie (fig 32). Poza tem wielka ilość blach do dekoracji rodałów, korona srebrna i drobniejsze wyroby srebrne mniejszej wartości artystycznej. Tkanin wartościowych nie ma wcale.”
___________________________________________________________________________________________________________________
Bożnica w Krasnobrodzie
„Do typu skromniejszych bożnic małomiasteczkowych należą w sąsiedztwie położone bożnice w Krasnobrodzie i Goraju. Bożnica w Krasnobrodzie (fig. 33) murowana o wyniosłym dachu mansardowym, ma wnętrze dość obszerne (około 13 x 14 metrów) nakryte płaskim sufitem, wspartym na czterech drewnianych słupach (fig. 34). Szereg otworów w ścianie zachodniej łączy wnętrze z oddziałem dla kobiet, mieszczącym się nad przedsionkiem. Drugi podobny oddział, w przyziemiu od północy, uzupełnia pojemność bożnicy. Pozatem zachował się drewniany balkonik dla chłopców. Sprzęty drewniane, jak naprzykład wielki stół o zarysach czysto zakopiańskich, pulpity itd., mają cechy sztuki ludowej. Inne sprzęty jak bima z 1680 i rzeźbiona w drzewie wnęka na rodały (fig. 35) są zabytkami stylowemi z epoki baroku.” 
  
___________________________________________________________________________________________________________________
Bożnica w Goraju
„Bożnica w Goraju, wraz ze stojącymi obok świronkiem i szkołą, tworzy malowniczy zakątek rynku o charakterze zupełnie swojskim (fig. 36). Nakryta wysokim dachem mansardowym, pomalowana we fantastyczne kapitele, pilastry i portale, podparta potężnemi przyporami narożnemi, wywołuje nastrój pewnej monumentalności, który potęguje się jeszcze bardziej wewnątrz dzięki śmiałemu sklepieniu beczkowemu z lunetami, udekorowanemu z lekka wystającemi listewkami kasetonów (fig. 37). Wejście w ścianie zachodniej i ołtarz mają coś z ducha schyłku XVIII w. Oddział kobiecy umieszczony nad przedsionkiem, komunikuje się z wnętrzem szeregiem gęsto zakratowanych otworów. Ze sprzętów zasługuje na uwagę bima j kanapka do obrzezania, udekorowana dekoracja rokokową, poza tem większa ilość świeczników  (fig. 38) i coś w rodzaju wotów w papierze wycinanych, wiszących obok ołtarza.”  
  
___________________________________________________________________________________________________________________
* W roku 1912 Adolf Szyszko-Bohusz odwiedził Tomaszów Lubelski, opracowując materiały na temat drewnianego kościoła w  Tomaszowie Lubelskim. (osobny artykuł na naszej stronie)
opracowanie: Ewa Lisiecka

 

Jerzy Krzyżewski – wspomnienia przewodników.

Z przykrością zawiadamiamy, że w dniu dzisiejszym, tj. 26.08.2020 r. zmarł nasz Kolega Przewodnik, Jerzy Krzyżewski. Ten znany regionalista i pasjonat historii Ziemi Hrubieszowskiej oraz wieloletni Prezes THR im. Stanisława Staszica w Hrubieszowie był od wielu lat wielkim przyjacielem zamojskich przewodników.
Składamy wyrazy głębokiego współczucia Rodzinie Zmarłego, bliskim, przyjaciołom i znajomym. Łączymy się z nimi w bólu po stracie tego wspaniałego człowieka.
Jurku, spoczywaj w pokoju!
Informacje o pogrzebie podamy w terminie późniejszym.
Pogrzeb odbędzie się w sobotę 29.08.2020 r. w Hrubieszowie. Msza Święta w intencji Zmarłego zostanie odprawiona o godzinie 11.00 w kościele Świętego Mikołaja ul. 3 Maja w Hrubieszowie (wystawienie o godz. 10-tej). Po mszy nastąpi odprowadzenie na cmentarz w Hrubieszowie. Przewodników z Koła prosimy o udział w pogrzebie w stroju przewodnickim.

___________________________________________________________________________________________________________________

Wspomnienia  przewodników  – osoby śp. Jerzego Krzyżewskiego
Dnia 26 sierpnia 2020 roku zmarł w wieku 79 lat nasz kolega przewodnik Jerzy Leopold Krzyżewski z Hrubieszowa. Kolega Jerzy przez całe swoje życie realizował słowa pisarza i działacza społecznego, założyciela Towarzystwa Rolniczego Hrubieszowskiego Stanisława Staszica: „Być narodowi użytecznym – być użytecznym tej Ziemi, ukochanej Ziemi Hrubieszowskiej”. Kol. Jerzy od 1966 roku był członkiem Towarzystwa Regionalnego Hrubieszowskiego, początkowo zajmował się sekcją krajoznawczą która rozwinęła swoją działalność nie tylko wśród młodzieży, ale również gromadziła dorosłych, organizując wiele cyklicznych imprez wśród nich „Dni Ziemi Hrubieszowskiej”. Od 1996 roku pełnił funkcję Prezesa TRH, a także redaktora naczelnego „Biuletynu TRH”. Stale współpracował z Muzeum Hrubieszowskim, a także z archeologami z Uniwersytetu Marii Skłodowskiej Curie w Lublinie. Był inicjatorem wielu konferencji naukowych i wydawniczych poświęconych ziemi hrubieszowskiej i jej mieszkańcom. Dla nas przewodników z Koła Przewodników im. Róży i Jana Zamoyskich w Zamościu byłeś wspaniałym kolegą, wzorem do naśladowania, będzie nam brakowało twej wiedzy i pomocy, której nigdy nie odmówiłeś, a także Twojego żartu, dowcipu, celnej i inteligentnej riposty.
Maria Rzeźniak – Prezes Koła Przewodników Terenowych PTTK/Oddział Zamość im. Róży i Jana Zamoyskich
___________________________________________________________________________________________________________________
Przewodnickie wspomnienie o Jurku Krzyżewskim zwanym „Hrabią”
Bożena Kamaszyn-Gonciarz
Ograniczę się do niektórych tylko faktów. Znaliśmy się z kol. Jerzym „tylko” 40 lat. Odkąd pamiętam Jurek był zawsze dowcipny, szarmancki i elegancki. Najczęściej widywaliśmy go w stroju turystycznym, ale także „pod muszką”.  Błyszczał inteligencją i był duszą towarzystwa. Brał udział w wyjazdach terenowo-szkoleniowych Oddziału PTTK w Zamościu i Koła Przewodników Terenowych. Wielokrotnie uczestniczył w Ogólnopolskich Pielgrzymkach Przewodników Turystycznych na Jasną Górę, w grupie zamojskiego Koła. Nigdy nie odmówił prośbie o przekazanie swojej wiedzy na tematy, które Go najbardziej interesowały, z historii II wojny światowej, postaci związanych głównie z Hrubieszowem, historii regionu, czy chociażby heraldyki.
Dwa lata temu oprowadzał po Hrubieszowie przewodników z Zamościa i mieliśmy okazję zwiedzić z Nim również Browar hrubieszowski. Corocznie zapraszał przedstawicieli Koła Przewodników Terenowych w Zamościu na opłatek organizowany przez Towarzystwo Regionalne Hrubieszowskie, którego był prezesem. Szczególnie utkwiła mi w pamięci wizyta delegacji w 2006 r., kiedy to po raz kolejny Jurek został wybrany Prezesem TRH, o czym informował „Tygodnik Zamojski” Nr 50 z 14.12.2005 r. Spotkanie noworoczne TRH im. Stanisława Staszica odbyło się 4.02.2006 r. Na zaproszenie pojechały przewodniczki: Danuta Głazowska, Wanda Kopaczewska, Danuta Książkiewicz i Bożena Kamaszyn-Gonciarz. Kolega Jurek, jako prezes TRH przewodniczył spotkaniu witając gości: kapelana TRH; przedstawicieli władz administracyjnych i szpitala; regionalistów i przewodników.
Uroczyste spotkanie rozpoczął hymn Hrubieszowa śpiewany przez scholę przy kościele św. Stanisława Kostki. Młodzież zaśpiewała również kolędy, których nutę podchwycili także obecni na sali. Słuchano wspomnień o Janie Szlonzaku, patriocie, regionaliście, poloniście i kierowniku szkoły w Hrubieszowie. Wspominała go m.in. uczennica, też nauczycielka i brat. Odbyła się również promocja tomików wierszy Piotra Malca, który opisywał piękno ziemi i przyrody. Autor czytał te wiersze podczas spotkania i wspominał matkę, która była związana z Hrubieszowem. W trakcie spotkania mówiono o planach TRH. Prezes Koła Przewodników w Zamościu wręczyła na ręce Prezesa TRH bukiet kwiatów z życzeniami dla nowo wybranego Zarządu TRH – wytrwałości w pracy, hojnych sponsorów i zdrowia dla członków Towarzystwa. Po spotkaniu, nieco już zmęczony Jerzy, znalazł jednak czas i siły, aby porozmawiać jeszcze z koleżankami z Zamościa. My przewodnicy byliśmy dumni, że nasz kolega, przewodnik, po raz kolejny został wybrany prezesem TRH.
Ostatnio rozmawiałam z Jerzym telefonicznie 23.07.2020 r. Był już bardzo chory, a pomimo tego troszczył się o losy TRH, martwił się, że nie „wyszły” tak pieczołowicie przygotowywane obchody 60. lecia TRH. Sam będąc chorym, pytał i martwił się moim zdrowiem. Cały Jerzy! Cieszę się, że jeszcze porozmawialiśmy, ostatnie nasze słowa brzmiały: „do usłyszenia”. Już się nie usłyszeliśmy. Kiedy dzwoniłam kolejny raz – odpowiadał mi tylko nagrany na telefon głos Jurka…. Pogrzeb kol. Jerzego Krzyżewskiego – „Hrabiego” – odbył się 29.08.2020 r. w Hrubieszowie. Na pogrzeb przyjechali przewodnicy, nie tylko z Zamościa. Poczet sztandarowy Oddziału PTTK w Zamościu (Jadwiga Kozłowska, Maria Jamroż, Piotr Gonciarz) asystował Zmarłemu w kościele i ostatniej drodze na cmentarz. Msza pogrzebowa została odprawiona w kościele św. Mikołaja. Jerzego Krzyżewskiego żegnali przedstawiciele różnych stowarzyszeń, zawodów i władz administracyjnych. W imieniu zamojskich przewodników, w asyście pocztu sztandarowego pożegnała Kol. Jerzego – Maria Jamroż, wspominając w ciepłych słowach Jego postać i fakty związane z Nim, które charakteryzowały Jego osobowość.
Po odprowadzeniu na cmentarz w Hrubieszowie Rodzina Zmarłego zaprosiła przewodników na obiad do restauracji. Przewodnicy w drodze powrotnej odwiedzili grób naszej koleżanki-przewodniczki Ewy Mielnickiej, która zmarła w 2016 r. i jest pochowana na cmentarzu w Nabrożu. Złożyli wiązankę kwiatów, zapalili znicze i pomodlili się w intencji Zmarłej. Na działce w Karpiu – należącej do Bożeny i Piotra Gonciarzów – przewodnicy kontynuowali spotkanie, wspominając zmarłych przewodników. Opowiadano sobie „Jurkowe kawały”, którymi raczył innych za życia, wnosząc w spotkania humor i radość, jak to miał w zwyczaju. Niech spoczywa w pokoju.
___________________________________________________________________________________________________________________
 

  

  

  

  

  

 

zdjęcia: Janusz Panasiewicz, Piotr Gonciarz, Leszek Kozłowski
opracowanie: Ewa Lisiecka

Drewniany kościół w Tomaszowie Lubelskim przed stu laty.

Wśród wielu opracowań dotyczących drewnianego kościoła p.w. Zwiastowania N.M.P. w Tomaszowie Lubelskim *, warto przypomnieć krakowskie wydawnictwo Polskiej Akademii Umiejętności, autorstwa polskiego architekta i konserwatora zabytków, Adolfa Szyszko-Bohusza (1883-1948). W latach 1910-1912 A. Szyszko-Bohusz był wykładowcą Uniwersytetu Jagiellońskiego, którego drukarnia wydała w 1912 r. jego opracowanie zatytułowane: „Kościoły w Tomaszowie i Mnichowie: przyczynek do historyi budownictwa drewnianego w epoce barokowej”. Praca powstała jako przedruk materiałów zebranych do „Sprawozdania Komisji do badania historii sztuki w Polsce” (t.VIII, Kraków 1912 s. 309-327). Zamieszczony poniżej opis kościoła tomaszowskiego opatrzono zdjęciami autorstwa Stefana Zaborowskiego i rysunkami Adolfa Szyszko-Bohusza. Opracowanie jest przechowywane w Bibliotece Narodowej w Warszawie i udostępniane na stronie internetowej „Polona”. Publikacja ta, na tle późniejszych i pełniejszych opracowań na temat  tomaszowskiego kościoła, stanowi ciekawy wariant ukazania drewnianej architektury naszego regionu na przykładzie jednego z cenniejszych zabytków Zamojszczyzny. Obok zdjęcie Adolfa Szyszko-Bohusza (przed majem 1913 r). W tym czasie podjął już pracę wykładowcy na Politechnice Lwowskiej (w latach 1912-1916 – w tym czasie była to Cesarsko-Królewska Szkoła Politechniczna we Lwowie))  – źródło: BN w Warszawie.
_____________________________________________________________________________________________________________________________________________________________
Tomaszów
Powiatowe miasto gub. lubelskiej, posiada jeden dość szczupły kościółek modrzewiowy po wezwaniem Zwiastowania N.P. Maryi, podług rubryceli założony w r. 1628 przez mieszczan tomaszowskich i dopiero w sto lat później nakładem Michała ordynata Zamoyskiego w dzisiejszym stanie zbudowany (fig.1). Nawy przodkowe kościoła (fig.3) w planie zajmują przestrzeń prostokąta, prawie kwadrat 15,50 x 16 m. Na tej przestrzeni mamy trzy nawy, przedzielone czterema filarami czworokątnymi, bardzo wysmukłymi, i sześć kapliczek bocznych, utworzonych przez rodzaj szkarp wewnętrznych, rozszerzających się ku ścianom zewnętrznym. Całość oczywiście naśladuje układ planu tak pospolitego w epoce baroku – układ naw przodkowych kościoła Il Gesu w Rzymie, projektowanego przez Vignolę, a naśladowanego często, poczynając od wielkiego kościoła św. Piotra w Rzymie., a kończąc na pierwszym lepszym kościółku kapucyńskim u nas. Konstrukcja drzewna bynajmniej szkarp nie wymagała. Składziki, wewnątrz tych szkarp zamieszczone, a pustkami stojące, zabierają jedynie dużo miejsca.
Sklepienia drewniane (fig 4), naśladujące beczkowe, a w nawach bocznych prawie krzyżowe, w nawie środkowej i prezbiteryum sięgają wys. 13 m. Konstrukcja tych sklepień jest bardzo prosta, nawet prymitywna: deski podszycia przybito do bukszteli, pozbijanych z grubych tarcic, przymocowanych do wiązań dachowych. W miejscu, odpowiadającym łukowi tęczy, którego właściwie niema, na belce barokowo wygiętej stoi krucyfiks i posągi M. Boskiej i św. Jana. Prostokątne, wydłużone prezbiteryum, wzniesione o jeden stopień ponad posadzkę naw, dzieli się balustradą na dwie części. W przodkowej są wejścia do zakrystyi murowanej (dawniej skarbiec), dobudowanej do prezbiteryum od północy, i do składziku (dawniej zakrystyi) od południa. Nad temi przestrzeniami mieszczą się loże (fig 2), otwarte do wnętrza prezbiteryum arkadami; wejście do lóż mieści się w sionkach bocznych, w sionce południowej mieszczą się również wązkie schodki na ambonę.
Część frontowa kościoła (fig 1) składa się z dwóch wież i kruchty pomiędzy niemi. Wieże w przyziomie mieszczą światło brackie i kaplicę, całe zaś piętro w wieżach i nad kruchtą, otwierające się od wnętrza trzema arkadami, mieści chór muzyczny. Wewnątrz (fig 6) kościół sprawia wrażenie dość monumentalnej budowy. Przepyszna gama kolorów brunatno-czerwono-szarych o złocistych połyskach starego modrzewia w blasku słońca, daje efekta niezrównane. Wysmukłe słupy i śmiało zakreślone łuki arkad i sklepień dodają wnętrzu dużo powagi. Całość, być może, cokolwiek za skromna jak na kościół miejski – szczególnie da się to powiedzieć o szacie zewnętrznej – budowa ta prosta i surowa w swych zarysach, upiększona jedynie różnorodnie się załamującymi dachami i daszkami. Kościół dookoła obiega daszek gontowy, osłaniający fundamenta i cokół; gzyms bardzo wydatny w ćwierć koła zarysowany, przypomina motywa tak często używane w budowie bożnic; na ciemnem tle modrzewiowych bali mocno się odcinają białe ramy okien; okno nad wejściem frontowem upiększone trzema figurkami światków.
Zakończenie wież, tak charakterystyczne dla okolic tutejszych ma już w sobie coś z motywów wschodnich. W północno-zachodnim rogu cmentarza stoi dzwonnica (fig. 5), typowa zresztą dla naszych kościołów wiejskich, deskami również modrzewiowymi oszalowana. Ze sprzętów kościelnych na uwagę zasługują: ołtarz wielki, a szczególniej ambona, chrzcielnica i stalle, z XVII jeszcze wieku pochodzące, a więc z pierwotnego przez mieszczan w 1628 roku założonego kościółka przeniesione. Poza tym w skarbcu i zakrystyi nic ciekawego – parę ornatów (fig. 7 i 8) starych, dość pospolitych, w tej liczbie dwa z pasa polskiego”.

  

  

 

___________________________________________________________________________________________________________________

opracowanie: Ewa Lisiecka
* Spis publikacji dotyczących drewnianego kościoła w Tomaszowie Lubelskim
  1. Fr. Klein. Kościół w Tomaszowie Lubelskim. Sprawozdanie i Wydawnictwo Tow. Opieki nad Zabytkami Kult. i Szt. za rok 1910. Kraków 1911. ss. 19-28.
  2. Adolf Szyszko-Bohusz.”Kościoły w Tomaszowie i Mnichowie: przyczynek do historyi budownictwa drewnianego w epoce barokowej”. Sprawozdanie Komisji do badania historii sztuki w Polsce (t.VIII, Kraków 1912 ss. 309-327).
  3. K. Teleżyński. Starożytny kościół w Tomaszowie Lubelskim. Przegląd Lubelsko-Kresowy I: 1924 Nr 14. s. 8.
  4. M. Nowak. Historyczny opis kościoła parafialnego i cudownego obrazu Matki Bożej w Tomaszowie Lubelskim. Lublin 1960, mps ADL.
  5. Katalog zabytków sztuki w Polsce. Tomaszów Lubelski i okolice. Tom VIII. Dawne województwo lubelskie. Zeszyt 17. PAN – Instytut Sztuki Warszawa 1982. ss. 66-73.
  6. M.Mucha. Monografia kościoła parafialnego p.w. Zwiastowania NP Marii w Tomaszowie Lub. Lublin 1984, praca magisterska, mps UMCS.
  7. Jan Górak. Kościoły drewniane Zamojszczyzny. Ośrodek Badań i Dokumentacji Zabytków w Zamościu. Zamość 1986. ss. 31-36.
  8. Red. ks. Zygmunt Jagiełło. Parafia rzymsko-katolicka p.w. Zwiastowania NMP w Tomaszowie Lubelskim. Tomaszów Lubelski 2008.
  9. Dr Ruth Sargent Noyes. Polskie relikwiarze: Relikwie Corpisanti św. Feliksa w kościele Zwiastowania NMP w Tomaszowie Lubelskim. Publikacja artykułu na stronie przewodnickiej. Zamość 2020.
     

 

Wycieczka do przeszłości. Roztoczańskie Muzeum PRL.

W dniu 27.07.2020 r. zamojscy przewodnicy mieli okazję obejrzenia zbiorów Roztoczańskiego Muzeum PRL w Zamościu, mieszczącego się przy ulicy Weteranów 6 (około 1,5 km od Starego Miasta). Zaledwie dziesięć dni wcześniej nastąpiło jego otwarcie. Założycielem muzeum jest Tomasz Pakuła. Jego pomysł utworzenia kolejnej w Zamościu jednostki muzealnej zrodził się przed trzema laty. Eksponaty zbierano intensywnie od roku wśród „zasłużonych zaopatrzeniowców”, przede wszystkim z Roztocza, również z Zamojszczyzny, ale także z całej Polski. To dzięki lokalnym darczyńcom muzeum przybrało przydomek „roztoczańskiego”. Ile jest eksponatów w muzeum? – tysiące, ale dokładnie nie udało się ich jeszcze przeliczyć i zinwentaryzować. Są tam rzeczy cenne i bezcenne, jeżeli bezcenną można nazwać prawie nienaruszoną paczkę papierosów marki „Popularne”, czy „Sport”, dowód tożsamości konia, czy smoczek dziecięcy marki „Ewa”, albo jedną z pierwszych lodówek w Polsce.
Muzeum posiada wśród eksponatów takie przedmioty z epoki PRL-u, które do dzisiaj posiadają oryginalne i nienaruszone opakowania i metki. Wiele zgromadzonych przedmiotów jest powszechnie rozpoznawalna, szczególnie przez starsze pokolenia, ale są i takie, które wśród młodszych roczników, wywołują konsternację. Muzeum urządzono w formie wydzielonych stref służących wizualizacji: sklepu z epoki; pokoju dziecinnego; kuchni, sypialni, łazienki, gabinetu urzędniczego, sali filmowej, kącika muzycznego, czy warsztatu z narzędziami. Jest trzynaście takich ekspozycji w siedmiu pomieszczeniach drewnianego domu  pochodzącego rodem z epoki. Wśród przedmiotów znajdziemy kultową pralkę „Franię”; kuchnię „Ewa”; radio marki Grundig; adapter z płytami winylowymi, czy magnetofon szpulowy i kasetowy. W szafkach dostrzeżemy pieniądze z epoki, książeczki oszczędnościowe i dokumenty, także pamiątki PEWEXowskie, stanowiące w tamtych czasami wyznacznik luksusu. Uśmiech u niektórych wywoła wino marki „Wino”, czyli popularne J-23. Pudełeczka zapałek przypomną kolekcjonerskie zakusy zbieraczy naklejek zapałczanych, za które młodzież wymieniała się tak, jak późniejsze pokolenia  na podobizny światowych piłkarzy.  Dostrzeżemy nawet gumy marki „Donald”, z której szczególnie najmłodsi smakosze wytwarzali przeurocze balony, strzelając nimi wszędzie dla szpanu.
Muzeum zwiedza się z audio przewodnikiem około 40 minut. Lektorem jest znany w tamtych czasach Tomasz Knapik, prezenter radiowy i filmowy, lektor PKF, który przenosi słuchacza w epokę PRL, ujawniając wiele szczegółów i faktów z tamtych lat,  czyniąc tym samym przegląd muzealiów niezwykle interesującym. Tę epokę może opowiedzieć słowami tylko ktoś, kto ją przeżył, ale można jej również doświadczyć dzięki eksponatom zgromadzonym w tym muzeum.  Dla starszych pokoleń to wycieczka w przeszłość, która wzbudza nostalgię, wzrusza i przywołuje odłożone już na „półkę” pokłady pamięci. Dla młodszych pokoleń to niezastąpiona lekcja przeszłości minionej polskiej rzeczywistości. Zwiedzających witają i żegnają, wyeksponowane przy wejściu,  tablice informacyjno-ostrzegawcze z doby PRL-u.