Kozłówka – Konferencja „Historia pisana życiorysami. Ziemiaństwo w walce o Niepodległą”.

Grupa przewodników z Koła Przewodników Terenowych PTTK O/Zamość im. Róży i Jana Zamoyskich oraz sympatycy Koła uczestniczyli w konferencji zorganizowanej przez Muzeum Zamoyskich w Kozłówce, której tematem przewodnim był udział ziemiaństwa Lubelszczyzny w walce o niepodległość kraju. Przewodnicy byli szczególnie zainteresowani wykładami dr Jacka Feduszki z Muzeum Zamojskiego w Zamościu, który w temacie przedstawił sylwetkę XV ordynata na Zamościu, Maurycego Zamoyskiego oraz dzieje P.O.W. (Polskiej Organizacji Wojskowej). W konferencji uczestniczyła także Rodzina Zamoyskich z linii kozłowieckiej i zamojskiej. Przewodnicy zgodnie z planem zwiedzili dodatkowo Pałac Zamoyskich z przewodnikiem, park przypałacowy, Kaplicę, Muzeum Socrealizmu i Powozownię. Kolejnym etapem było zwiedzanie Lubartowa z przewodnikiem, Barbarą Waśkowską. Napięty program szkolenia udało się zrealizować w całości. Zgodnie z obietnicą dr Jacka Feduszki, zanim ukarze się oficjalna publikacja z Konferencji w Kozłówce, będziemy mogli zapoznać się z Jego wykładem w nadesłanym materiale (wkrótce na naszej stronie).

   

  

  

  

  

zdjęcia: Ewa Lisiecka

 

Strzeleckie dęby.

W ramach przygotowywania szkolenia przewodnickiego na sezon 2018/2019 odwiedziłyśmy Lasy Strzeleckie, rejon dotychczas mało rozpoznany przez zamojskich przewodników. Ponad 140 lat temu obszar ten zainteresował Zamoyskich, którzy na początku XX stulecia wybudowali w Maziarni Strzeleckiej Pałac Myśliwski. Poznanie jego historii będzie przedmiotem przygotowywanego szkolenia. Gospodarzem, na terenie którego znajduje się pałacyk jest Nadleśnictwo Strzelce.  Dzięki uprzejmości Nadleśniczego, Pana dr Mariusza Nagadowskiego mieliśmy okazję nie tylko zobaczyć wnętrza pałacu, ale również zwiedzić Szkółkę gospodarczą w Maziarni Strzeleckiej. Opowiadał nam o niej z niebywałą pasją, a potem oprowadził po szkółce. Podstawowym gatunkiem w drzewostanach Nadleśnictwa Strzelce jest dąb i od niego rozpoczęła się nasza rozmowa, jeszcze w budynku Nadleśnictwa Strzelce.  Oddajmy zatem na chwilę głos Panu Nadleśniczemu:
  • Szkółka Leśna w miejscowości Maziarnia Strzelecka ma 11 ha powierzchni całkowitej, z czego powierzchnia manipulacyjna wynosi 8 ha, a sama szkółka kontenerowa zajmuje 37 arów. Są to dwa tunele o łącznej powierzchni 5,5 ara, jeden o długości 50 m, a drugi 58 m. Produkcja kontenerowa jest naszą chlubą, ponieważ jest to jedna z najnowocześniejszych szkółek na tym terenie. W Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Lublinie są jeszcze dwie szkółki większe od naszej, w Gościeradowie i nieco mniejsza od niej we Włodawie. Łączna, roczna produkcja (możliwa do wyprodukowania w kontenerach) wynosi 700 tysięcy drzewek iglastych i liściastych, z czego około 500 tysięcy zajmują sadzonki liściaste.  Obecnie mamy w produkcji pół miliona drzewek w produkcji kontenerowej i półtora miliona drzewek w szkółce gruntowej, czyli łącznie dwa miliony.
  • Rok 2018 jest rokiem szczególnym, ponieważ obrodziły żołędzie. Dęby dość rzadko rodzą żołędzie, ponieważ jest to bardzo duży wysiłek dla drzewa (ciężkonasienne), w przeciwieństwie do gatunków lekkonasiennych takich jak brzoza, osika, czy nawet lipa. Czasami zbiera się z takiego drzewa po kilkaset kilogramów nasion, więc wysiłek dla drzewa jest ogromny. Oczywiście odbija się to na słojach rocznych. Jeżeli mamy urodzaj to odstępy pomiędzy słojami są wtedy bardzo wąskie. Obecny rok jest wybitny pod względem urodzaju. Na to, żeby drzewo mogło wydać żołędzie składa się parę elementów. Przede wszystkim niezbędna jest odpowiednia wilgotność. Pomimo, że rok 2018 był rokiem raczej suchym, to wilgoci potrzebnej dębom raczej nie brakowało. Nie może być przymrozków w maju, ponieważ wtedy zawiązki kwiatów dębu ulegają zamarciu, przy temperaturze minus 2 stopni C (kwiaty męskie) i przy -3 st. C (żeńskie). Kwiaty te przemarzają w ekspozycji zaledwie 2,5 godziny.
  • Planujemy w tym roku zebrać około 20 ton żołędzi. Jak do tej pory zebraliśmy 15 ton. Posiejemy do gruntu dwa hektary żołędzi, na które potrzeba 12 ton żołędzi. Jak przegotowujemy żołędzie do wysiewu zobaczymy w szkółce. Około czterech ton przechowamy do wiosny, żeby posiać do szkółki kontenerowej. Z tego wyprodukujemy około 400 tysięcy drzewek w kontenerach. Około 3 ton zechcemy przechować. Mamy obecnie takie możliwości techniczne.  Posiadamy bardzo nowoczesną chłodnię, która w warunkach kontrolowanych i przy kontrolowanej temperaturze stałej oraz wilgotności zapewnia przechowanie nasion przez dwa lata. Spodziewamy się, że tegoroczny wysiłek dębów nie pozwoli w przyszłych latach na taki zbiór. Odstępy lat urodzaju, tj. pomiędzy jednym rokiem urodzaju a drugim, wynoszą trzy, cztery lata. Na przestrzeni ostatnich 50 lat (dane Instytutu Badawczego Leśnictwa) czasookresy te sięgały nawet 8-10 lat.
  • Każdego roku sadzimy bardzo dużo dębów, ponieważ roczne sadzenie wynosi średnio około 100 ha. W tym roku było 104 ha, z czego udział dębów wyniósł 70 % z uwagi na żyzne gleby sprzyjające takiej uprawie. W Polsce dębu mamy stosunkowo mało, bo jest to wartość ok. 7,5 %, w lasach tyle występuje tego gatunku. W naszej Dyrekcji Lubelskiej, w której jest 25 Nadleśnictw (3 w woj. podkarpackim; 1 w woj. mazowieckim; 21 w woj. lubelskim) udział dębu w drzewostanie leśnym wynosi 16,5 %. W Nadleśnictwie Strzelce udział dębu wynosi 48,5 % z docelowym 60-70 %. Obecnie trwają prace w Szkółce, polegające na przygotowaniu i zaprawianiu nasion do wysiewu. Gleby w Polsce nie są generalnie glebami urodzajnymi. Tereny Hrubieszowszczyzny obfitują jednak w czarnoziemy.  Takich miejsc w Polsce tzw. pszenicznych jest zaledwie kilka: koło Opola, na Żuławach, koło Tarnowa, w Poznańskim i na Lubelszczyźnie.  Pszenica wymaga gleb bardzo żyznych, dąb podobnie jest takim gatunkiem, który wymaga żyzności (trofizmu).
  • Lasy gospodarcze służą prowadzeniu gospodarki, którą w ramach 10-leci zatwierdza minister d/s ochrony środowiska, gospodarki wodnej i leśnictwa. Pozyskanie z lasu wynosi około 60-65 % tego co przerasta (wycinamy 2/3 masy, która przyrasta każdego roku). W naszym Nadleśnictwie jest to 76 tysięcy przyrostu na 90 tysięcy metrów sześciennych. Drewno to jest sprzedawane, także na opał.  Cechuje je wysoka jakość. Dwutlenek węgla, który powstaje w trakcie spalania takiego drewna jest najłatwiejszym dwutlenkiem do wiązania w przyrodzie. Gaz nie jest bardziej ekologiczny od drewna. Takie twierdzenie jest błędne. Wydobywając gaz naruszamy strukturę ziemi wewnątrz. Nie wiemy czym to będzie skutkować w przyszłości.  Nasz teren uznawany jest w Polsce jako jeden z najlepszych, jeżeli chodzi o jakość rosnących tu dębów. Pula genetyczna, która przywędrowała do nas z dębami z Bałkanów, zachowała szeroki genotyp, najbardziej zbliżony do pierwotnego. Kiedy pisałem pracę doktorską, z zakresu dębów właśnie, współpracowałem z profesorem Jarosławem Burczykiem z Katedry Biologii Eksperymentalnej w Bydgoszczy przy Uniwersytecie im. Kazimierza Wielkiego, przekazując 420 próbek suchych liści dębu. Profesor na podstawie tych próbek ustalał genotyp, skąd pochodzi nasz lubelski dąb. Badania potwierdziły, że z Bałkanów.
  • Dąb ten występuje praktycznie w całej wschodniej Polsce (dąb szypułkowy) i to jest ten sam dąb. Różni się nieco w różnych rejonach, ale jest to spowodowane podłożem.  Przykładowo Dąb „Bolko”- Drzewo Roku 2015 (najwiekszy dąb szypułkowy południowo-wschodniej Polski) , którego żołędzie z certyfikatem otrzymaliśmy i hodujemy w naszym Nadleśnictwie.  Dąb ten ma w Hniszowie (gmina Ruda-Huta) nieograniczoną przestrzeń do życia, dobre światło, dobrą glebę i zapewnioną odpowiednią wilgotność (wodę nie pod samym systemem korzeniowym tylko niżej, stąd korzenie nie podgniwają, ale czerpią wodę).  Przez nasze tereny przebiega wschodnia granica występowania dębu bezszypułkowego.  Dąb bezszypułkowy generalnie w Strzelcach nie występuje. Są to dęby o innym pokroju (gonne), z tym, że szypułkowe też mogę mieć taki pokrój, co zależy od warunków w jakich rosną. Za Pałacem Zamoyskich rośnie właśnie taki dąb szypułkowy, który „pędzi” 43 m w górę.
Nadleśnictwo Strzelce położone jest w południowo-wschodniej części województwa lubelskiego i utworzone zostało w 1936 r. Skarb Państwa przejął w ramach akcji „oddłużeniowej” Ordynacji Zamojskiej jej dobra Strzeleckie. W tym czasie częściowo w skład Nadleśnictwa weszły także lasy ówczesnego Nadleśnictwa Hrubieszów. Obecna siedziba Nadleśnictwa mieści się w Maziarni Strzeleckiej, oddalonej od Zamościa o 73 km. Nadleśnictwo gospodaruje na ponad 14 tysiącach hektarów powierzchni, z czego lasy zajmują gross tego obszaru (ponad 13 tysięcy ha). Podstawowym zadaniem Nadleśnictwa jest prowadzenie nasiennictwa i selekcja drzewostanów i drzew leśnych oraz zachowanie leśnych zasobów genowych. Obszar Nadleśnictwa podzielony jest na dwa obręby leśne: Hrubieszów i Strzelce. Jest to obszar o mało urozmaiconej rzeźbie terenu. Północno-zachodnie tereny Nadleśnictwa położone są w zasięgu Działów Grabowieckich (3 tys. ha), który to obszar charakteryzuje się głębokimi jarami i dolinami. Pozostała część położona jest w Obniżeniu Dubienki (9,4 tys. ha).  Na terenie Nadleśnictwa znajdują się dwa rezerwaty przyrody i 40 stref ochrony (m.in. orlika krzykliwego i bociana czarnego).
Podstawowym gatunkiem w drzewostanach Nadleśnictwa jest dąb. Za szczególnie cenne uważa się pojedyncze egzemplarze drzew tzw. doborowych. Cechują je najwyższe walory jakościowe: techniczne i genetyczne. Nadleśnictwo szczyci się posiadaniem na swoim terenie 43 egzemplarzy takich drzew, w szczególności dębu szypułkowego, ale także sosny pospolitej, modrzewia europejskiego, brzozy brodawkowatej, czy chociażby czereśni ptasiej.  Nadleśnictwo zajmuje się także hodowlą lasu, odnowieniami i zalesieniami powierzchni leśnych oraz nieleśnych (gruntów porolnych). Wykonuje ponadto pielęgnowanie sadzonek w nasadzonych młodych uprawach na powierzchni 355 ha oraz drzewek starszych w młodnikach (83 ha). Jednym z kluczowych zadań Nadleśnictwa jest szkółkarstwo. Produkcja sadzonek gatunków roślin lasotwórczych i w niewielkim zakresie krzewów ozdobnych jest oczkiem w głowie Nadleśniczego, dr Mariusza Nagadowskiego, z uprzejmości którego korzystaliśmy zwiedzając Szkółkę gospodarczą i Pałac Zamoyskich w Maziarni Strzeleckiej. Dziękujemy bardzo.

  

 

 

  

opracowanie i zdjęcia: Ewa Lisiecka

 

Lewartów czy Lubartów?

W ramach jesiennych szkoleń przewodnickich na sezon 2018/2019, w dniu 11 października 2018 r.,  przewodnicy z Koła Przewodników Terenowych PTTK O/Zamość im. Róży i Jana Zamoyskich zwiedzili miasteczko w województwie lubelskim, Lubartów. Oprowadzała przewodnik – Barbara Waśkowska, która zapoznała przewodników i sympatyków Koła z historią miasta i ich właścicieli, rodów Firlejów i Sanguszków. Jednym z najciekawszych zabytków Lubartowa jest kościół – Bazylika Mniejsza Świętej Anny i Pałac Sanguszków. Przewodnicy odwiedzili także Muzeum Parafialne z bogatym zbiorem przedmiotów o charakterze liturgicznym.  Dzięki uprzejmości Pana Starosty Lubartowa mieli również okazję obejrzeć w Pałacu (obecnym Starostwie) Salę Rycerską. Tam, o pałacu opowiadała z niezwykłą swadą Pani Teresa Krojec, pracownik Starostwa. Pani Teresa wyraziła zgodę na zacytowanie Jej wypowiedzi, promującej Lubartów i Starostwo, w którym pracuje. Przewodnicy otrzymali od Starostwa materiały dydaktyczne, pomocne w ich pracy turystycznej.

___________________________________________________________________________________________________________

Sala Rycerska Pałacu Sanguszków w Lubartowie – opowiada Pani Teresa Krojec – pracownik Starostwa Powiatowego w Lubartowie.
Proszę Państwa, znajdują się Państwo w Sali Rycerskiej Pałacu Sanguszków. Historia Pałacu jest nierozerwalnie związana z historią miasta. Założenie miasta zawdzięczamy wielkiemu rodowi magnackiemu, rodowi Firlejów. To Piotr Firlej kasztelan chełmski i radomski, edyktem z 29 maja 1543 r. zakłada to miasto na surowym korzeniu, na prawie magdeburskim. Miasto dostaje herb: na drzewcu liściastym dwa oparte lewarty. Staropolska nazwa lamparta brzmi lewart, dlatego to miasto od herbu nazwane zostaje Lewartów. Wraz z założeniem miasta ustala się datę targów. Dniem targowym był wtorek. Od 1543 r. ta tradycja przetrwała do dziś.
Piotr Firlej w miejscu obecnego pałacu funduje (nie pałac, nie zamek), ale taką ciężką, przysadzistą budowlę. W miejscu obecnego kościoła św. Anny, Piotr Firlej buduje drewniany kościół pod wezwaniem św. Piotra Apostoła. Żeby dać obraz zamożności Piotra Firleja, to powiem, że kiedy umiera, swym spadkobiercom, a miał trzech synów (Jana, Andrzeja, Mikołaja), zostawia 6 miast i 61 wsi. Dobra lubartowskie dostały się najmłodszemu, Mikołajowi Firlejowi. Kończy on budowlę, którą zaczął ojciec i zakłada szkołę. Następny właściciel, zięć Mikołaja Firleja, też Mikołaj Kazimierski, doprowadza tę szkołę do rozkwitu. To była szkoła ariańska. Cieszyła się niesłychaną renomą.
Również Kazimierski do Lewartowa sprowadził osadników: z Flandrii, czyli dzisiejszej Belgii, Holandii, z Niemiec i Żydów. O ile te dwie pierwsze nacje z czasem się spolonizowały, o tyle Żydzi zawsze stanowili swoistą odrębność. Miało to takie znaczenie, że z pokolenia na pokolenie populacja Żydów rosła. Cieszyli się oni dosyć dużymi swobodami na terenie Lubartowa, związanymi z osadnictwem, podatkami, rozwojem. Przed II wojną światową miasto było na poły żydowskie. Wszystko to co najlepsze, kamienice, parcele przy długich ulicach, handel, drobne rzemiosło, wszystko to było w rękach żydowskich. A zaczęło się to od Mikołaja Kazimierskiego.
Dobra lubartowskie z rodziny Firlejów przechodzą do rodziny Zasławskich, Wiśniowieckich, Lubomirskich. Córka Józefa Lubomirskiego, Marianna w 1705 r. wychodzi za mąż za księcia Pawła Karola Sanguszkę i wnosi mu te dobra w posagu. Z tego związku rodzi się syn Janusz Aleksander. Z czasem Lubomirska umiera. Ówczesne prawo mówiło, że po śmierci współmałżonka nie dziedziczy drugi współmałżonek tylko potomstwo. Takim sposobem młody Janusz Aleksander staje się właścicielem Lubartowa. Syn dorasta, ale ojcu nie podoba się to jak się prowadzi. Nie akceptuje sposobu w jaki syn żyje. W myśl powiedzenia „Jak się ożeni to się zmieni”, wbrew jego woli, żeni syna z córką starosty malborskiego, Konstancją  Denhoff. Ona była młoda, niebrzydka, małżeństwo jednak aranżowane, ale w tamtych czasach to nic nadzwyczajnego.
Młody książę nie cierpiał swojej żony, ponieważ miał inne preferencje (tzw. „grzech sodomski”). Nie zamierzał rezygnować ze swojego sposobu życia. Płacił za miłość, płacił za milczenie, długi rosły. Miał przyjaciela o nazwisku Rogaliński Ludwik, który go tam zdrowo „przeczyścił” z pieniędzy oferując miłość. Inne źródła podają, że kochankiem Janusza Aleksandra Sanguszki był Karol Szydłowski. Koniec końców młody książę sprzedał dobra lubartowskie ojcu. Takim sposobem książę Paweł, pomimo, że po żonie nie odziedziczył Lubartowa, ale odkupił od syna prawo do tego majątku. Rodzina Lubomirskich ostro protestowała, a procesowanie się trwało prawie 9 lat, ale książę Sanguszko wygrał ten proces i stał się właścicielem Lewartowa.
Dlaczego księciu tak zależało na tym Lewartowie? Mieścina taka sobie, a on tyle lat się o nią procesował. Otóż dlatego proszę Państwa, że rodzina Sanguszków wywodziła swe korzenie z Litwy. Uważali, że są potomkami siódmego syna Giedymina, słynnego z odwagi Lubarta, Proszę Państwa, sam pochodził od Lubarta, a w herbie miał lewarty. Dzisiaj powiedzielibyśmy, że książę chciał podrasować rodowód. No, ale tak samemu nie wolno było sobie zmieniać, pomimo, że to tylko dwie literki. Książę zwrócił się z prośbą do króla o zmianę nazwy miasta. Edyktem z 22 listopada 1744 r. Lewartów staje się Lubartowem i dostaje nowy herb. Zostaje zachowana tradycja firlejowskich lampartów, tylko do tarczy dołączona jest litewska „Pogoń”. Od 1993 r. ten herb uchwałą Rady Miasta przywrócono i jest to ponownie oficjalny herb naszego miasta, ale pierwotny zawdzięczamy księciu Sanguszce.
Książę Sanguszko miał już to czego chciał, miał miasto, które nazwał tak jak chciał. Książę żeni się ponownie. Za żonę wybiera sobie Barbarę z Duninów. W dniu ślubu pan młody miał lat 54, a panna młoda lat 17. Małżeństwem byli lat 15 i z tego związku urodziło się 10 dzieci, z czego przeżyło sześcioro, trzech synów i trzy córki. Kiedy książę miał już szczęśliwą rodzinę i wszystko układało się jak najlepiej, postanowił osiąść na dobrach w Lubartowie. Wynajmuje słynnego architekta Pawła Antoniego Fontanę i poleca mu przebudować tę ciężką pofirlejowską budowlę na pałac. Powstaje pałac podobny do dzisiejszego, tylko jeszcze ładniejszy. Przy pałacu są oficyny, oranżeria, park w stylu francuskim, staw, całość jest ogrodzona kutym żelaznym płotem. Jest to sensu stricto magnacka rezydencja.
Mało księciu pałacu. Książę na miejscu małego kościółka pofirlejowskiego funduje murowany kościół p.w. św. Anny. Kościół był budowany w latach 1733-38. Wystarczyło 5 lat na wybudowanie tego kościoła. W 1738 r. konsekruje kościół biskup żmudzki, Michał Karp. Całą budową kierował i nadzorował słynny architekt tamtych czasów Tomasz Rezler. Mało było księciu jednego kościoła, razem z Mikołajem Skrzyneckim jest współfundatorem jeszcze jednego kościółka, mniejszego. To jest taki przyklasztorny kościół p.w. św. Wawrzyńca. Obecnie mieści się tam zgromadzenie Ojców Kapucynów. O ile pierwszy okres świetności Lubartowa zawdzięczamy Firlejom, o tyle drugi okres świetności miasta zawdzięczamy Sanguszkom.
W Sali Rycerskiej widzimy portrety rodu Sanguszków. Jeden z portretów przedstawia kobietę, ostatnią z rodu Sanguszków. Jest to księżna Klementyna Ostrowska Małachowska. Kiedy odziedziczyła ten pałac, postanowiła przeprowadzić generalny remont. Tu wszystko miało być na modę angielską, bowiem w tych czasach panowała „angielszczyzna”.  Tu rozwaliła, tam odrapała i z remontu się rozmyśliła. Sama wyjechała do Paryża, a ten pałac sprzedała swojemu kuzynowi hrabiemu Łubieńskiemu. Henryk Łubieński w stajniach pałacowych założył fabrykę fajansu. Interes nie szedł tak dobrze, jak kalkulował i zbankrutował, a bank za długi zajął pałac. Później ten pałac przechodził w ręce rodziny Grabowskich, Mycielskich. Oni tu nic nie wnieśli. To była jakaś lokata kapitału. Dopiero w 1925 r. kupują to zakonnicy, Bracia Kresowi. Nareszcie będzie gospodarz. Ale jak pech, to pech! W 1933 r. wybucha pożar. Doszczętnie płonie dach i wszystko to, co się chciało palić.
W 1936 r. miasto wykupuje tę ruinę, żeby coś z tym zrobić, ale wybucha za trzy lata wojna. Nic nie naprawiono, a Niemcy z tych ruin używali kamieni do brukowania dróg. Tym sposobem zniszczenia się jeszcze pogłębiły. Dopiero po wojnie w 1947 r. architekt Gerard Ciołek opracował plany odbudowy tego pałacu. Podobnie w wyglądzie jak za czasów Sanguszków, z tym, że wnętrza są przystosowane jako urzędy. Remont skończył się w latach 70-tych XX wieku i faktycznie mieściły się tutaj: Urząd Miasta; Urząd Gminy; Urząd Rejonowy i wiele, wiele innych. W sali, w której jesteśmy była Sala Ślubów. Obok w pomieszczeniu Urząd Stanu Cywilnego. Tak było do 1999 r. W tymże roku była reforma administracyjna. Powstały starostwa. Miasto wyprowadziło się do innych obiektów, a budynek przejęło Starostwo Powiatowe. Jesteśmy całkiem sporym Starostwem, ponieważ w skład starostwa wchodzi 13 gmin, 12 wiejskich i jedna miejska. Starostwo Powiatowe w Lubartowie ma prawie 1300 km kwadratowych powierzchni.

_______________________________________________________________________________________________________

Zamojscy Przewodnicy bardzo dziękują Panu Staroście Lubartowskiemu za umożliwienie zwiedzenia pałacu, a w szczególności Sali Rycerskiej oraz Pani Teresie Krojec za wspaniałe opowieści o historii miasta. Szczególne podziękowania kierujemy także do naszej Koleżanki Barbary Waśkowskiej, dzięki której mogliśmy bliżej poznać Lubartów.

______________________________________________________________________________________

 

  

  

opracowanie i zdjęcia: Ewa Lisiecka
Link do starych zdjęć Bazyliki Świętej Anny w Lubartowie: https://lubartow.fotopolska.eu/239625,foto.html?o=b7832&p=1

100 lat Zoo w Zamościu.

Obecny Ogród Zoologiczny im. Stefana Milera w Zamościu został założony przez legionistę, społecznika, nauczyciela biologii w Państwowym Gimnazjum Męskim im. Hetmana Jana Zamoyskiego w Zamościu. Do pracy w tej szkole Stefan Miler został skierowany z Legionów Polskich jako rekonwalescent (ranny w bitwie pod Smolarami) po paromiesięcznym pobycie w szpitalu w Kowlu – w 1916 roku. Już w 1917 roku zaczyna tworzyć w szkolnej pracowni przyrodniczej wraz z uczniami, z którymi doskonale umie się porozumieć „mały skrawek żywego lasu”. Uczniowie przynosili pnie jodeł i jałowce, umieszczali w nich kępy mchów, z których wyrastały paprocie i widłaki. Zamieszkały tam złapane przez chłopców gady i ptaki. Gromadzeniem pokarmu dla zwierząt i codziennym sprzątaniem zajmowali się uczniowie. Profesor nie miał z tym kłopotu, bo dla nich była to nagroda i wyróżnienie. Myśl u Stefana Milera o stworzeniu przyszkolnego ogrodu przyrodniczego zrodziła się, gdy studiował nauki przyrodnicze w Szwajcarii. Widział tam przyszkolne ogródki przyrodnicze, hodowlę roślin i zwierząt. Jego marzeniem była realizacja tych doświadczeń na gruncie polskim.
Profesor Miler uważał, że nauczanie biologii jest możliwe jedynie przez bezpośredni kontakt z przyrodą i poznawanie piękna natury. Zaczyna prowadzić lekcje w terenie. W 1918 roku profesor otrzymał od władz miejskich niewielką działkę (20 m na 12 m) w bezpośrednim sąsiedztwie kościoła św. Katarzyny. Teren ten należało przedtem uporządkować z gruzu i wszelakich śmieci. Robili to uczniowie po lekcjach. Na tym skrawku ziemi posadzono „Ogródek Przyrodniczy” z setką bylin i krzewów. Sukcesywnie przybywało zwierząt, dla których robiono prowizoryczne schronienia. Najgorszy okres to II wojna światowa,  ZOO zostało zbombardowane, zginęła część zwierząt, głodowały inne i padły z zimna z powodu braku ogrzewania. Profesor został aresztowany, nie zmienił jednak swojego niezłomnego charakteru (nie podpisał volkslisty). Później działał w konspiracji, brał udział w tajnym nauczaniu, uczestniczył w akcji zabezpieczenia i przechowywania obrazu Jana Matejki „Hołd Pruski” (przywiezionego z Krakowa) w kościele św. Katarzyny w Zamościu przylegającym do ZOO. Po wojnie ZOO odbudowano, przybyły nowe zwierzęta, jednak były kłopoty z ich utrzymaniem. Większość środków finansowych, które zarabiał profesor Miler w szkole, oddawał dla ZOO, podobnie dochód z sadu i ogrodu. Musiał zdobywać dodatkowe środki. Wygłaszał szereg odczytów i wykładów w Zamościu zaznaczając, że dochód będzie przeznaczony na utrzymanie ogrodu. Wprowadzono bilety wstępu (10 i 20 groszy). Była też ogromna pomoc, ale nadal niewystarczająca od zamościan i okolicznych mieszkańców, którzy dostarczali do Ogrodu swoje płody rolne, materiały na budowę nowych pomieszczeń i konieczne remonty.
Zbierano także resztki chleba z okolicznych domów i szkół. Pomagali finansowo niektórzy zamożni zamościanie. Ogród cieszył się coraz większą popularnością, spełniał nie tylko rolę poznawczą roślin i zwierząt, ale też był miejscem rozrywki i odpoczynku. Udawano się do Ogrodu całymi rodzinami na spacer, posłuchać muzyki – koncertowały tam orkiestry strażackie, Orkiestra Włościańska Karola Namysłowskiego, grano w grę towarzyską – krykieta. Na ławkach opalano się i prowadzono rozmowy. Bliziutko był Dworzec Autobusowy, przyjeżdżający do Zamościa nie musieli daleko iść aby zwiedzić ZOO. Również zwiedzano ZOO podczas oczekiwania na autobus. Atrakcję stanowiły zwierzęta częściowo oswojone, które chodziły między zwiedzającymi (ptactwo). Profesor Miler często chodził z jakimś zwierzęciem na smyczy (np. z rysiem). W późniejszych latach profesor nie dawał już rady prowadzić Ogrodu z uczniami. Od 1927 roku przyznano etat woźnego, który opiekował się zwierzętami i karmił je. Z czasem zatrudniono także kasjerkę. Urządzano loterię fantową (prawie każdy fant pełny), a dochód przeznaczano na dla ZOO.  Z czasem powstały nowe klatki dla zwierząt (w znacznym stopniu pomogła tu wizyta Prezydenta Rzeczypospolitej Ignacego Mościckiego. W dowód uznania i poparcia dla działalności profesora Stefana Milera przyznano dla ZOO pomoc finansową w kwocie 10 tysięcy złotych przez kolejne 3 lata. Był to dobry zastrzyk finansowy. Wybudowano za tę kwotę cieplarnię, niedźwiedziarnię, pomieszczenie dla orłów i inne klatki. Na początku 1953 roku Ogród uchwałą PMRN został przejęty przez resort gospodarki komunalnej i jako Miejski Ogród Zoologiczny włączony został do Miejskiego Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej. Dyrektorem Ogrodu pozostawał nadal Stefan Miler. Od tego czasu miał dwie osoby na etacie do pomocy i własny budżet (zmniejszono mu ilość godzin lekcyjnych w szkole). W 1954 roku został przymusowo skierowany na emeryturę za obronę (jako jedyny radny) imienia szkoły pod patronatem Jana Zamoyskiego (chciano zmienić na imię Janka Krasickiego).
Marzeniem Profesora Milera było przeniesienie Ogrodu na większy „godny” teren. Miał plany, przygotowywał projekty adaptacji nowego terenu. W kontynuacji zamierzeń przeszkodziła mu ciężka choroba. W 1957 roku doznał udaru mózgu, w wyniku którego sparaliżowana została lewa część ciała. Przestał być kierownikiem ZOO od 1.11.1957 roku. Pod koniec 1961 roku wraz z żoną Natalią i synem Henrykiem przeprowadził się do Warszawy. Zmarł 14 lutego 1962 roku. Został pochowany na cmentarzu na Powązkach w Warszawie, w rodzinnym grobowcu. Ze Starego Miasta przeniesiono ZOO na obecny teren przy ul. Szczebrzeskiej w pośpiechu, dopiero w 1980 roku (w Zamościu miały odbyć się  Dożynki Centralne). Dla zwiedzających ZOO zostało otwarte dopiero w 1982 roku. Od chwili powstania do chwili obecnej ZOO miało 7 dyrektorów (obecny Dyrektor Grzegorz Garbuz). Ogród w tym czasie przeszedł modernizację i gruntowną przebudowę dzięki środkom z Norweskiego Mechanizmu Finansowego i dzięki funduszom z Unii Europejskiej. Przebudowano i wybudowano szereg obiektów dla zwierząt. Pojawiły się nowe gatunki zwierząt, dzięki czemu ZOO stało się bardziej atrakcyjne. Rocznie zamojskie ZOO odwiedza ok. 200 tysięcy ludzi (osiągnięto stan za czasów Stefana Milera). Jest to wizytówka miasta, która dostosowana jest do standardów europejskich, należy do międzynarodowych organizacji. ZOO będzie też rozbudowywane w dalszym ciągu (projekt 17 mln zł).
Szczegółową historię powstania ZOO i różne ciekawe historie „opowie” sam Stefan Miler w swoim opracowaniu – „Rys historyczny Ogrodu Zoologicznego w Zamościu  czyli radosne narodziny „ZOO” i dalsze jego dzieje” w referacie wygłoszonym w lipcu 1954 roku na Zjeździe Dyrektorów Ogrodów Zoologicznych w Łodzi. Informujemy naszych Czytelników, że tekst ten drukowany będzie na naszej stronie przewodnickiej.

_____________________________________________________________________________________________________

Świętowanie 1oo -lecia ZOO w Zamościu
W dniu 27.09.2018 roku ZOO w Zamościu zorganizowało Radę Dyrektorów Polskich Ogrodów Zoologicznych i Akwariów. W tym dniu do Zamościa przyjechali potomkowie profesora Stefana Milera: wnuczki (córki Stefana Milera – juniora) – Ewa Nierojewska z mężem Dariuszem Nierojewskim i Jola Ołdak (z Wybrzeża) oraz wnuk – Zbysław Lewiński (syn Grażyny Lewińskiej z d. Miler) – ze Śląska.
Zanim odbyły się w Zamościu oficjalne uroczystości z okazji 100 lecia ZOO, przewodnicy z Koła Przewodników Terenowych PTTK im. Róży i Jana Zamoyskich w Zamościu mieli spotkanie z potomkami Stefana Milera i szkolenie na temat ZOO w siedzibie Wyższej Szkoły Zawodowej im. Stanisława Staszica w Zamościu. Na spotkanie przybyli również sympatycy Koła. Prezes Koła Przewodników Maria Rzeźniak powitała wszystkich obecnych, a w szczególności Gości, potomków Profesora Milera. Przekazała prowadzenie spotkania kol. Bożenie Kamaszyn-Gonciarz, która przedstawiła kolejność tematów. Najpierw wyświetliła film dokumentalny, zrealizowany przez v-ce Dyrektora ZOO Zamojskiego – Łukasza Sułowskiego pt. ”Ogród Profesora Milera”. Była to poniekąd prapremiera tego filmu, Którą przewodnicy i ich goście mogli obejrzeć dzięki uprzejmości autora filmu. Film ukazuje historię, rozwój, modernizację oraz plany dalszej rozbudowy zamojskiego ZOO. Dużo miejsca poświęcono w nim założycielowi ogrodu, Stefanowi Milerowi oraz uczniom, którzy pomagali zajmować się ogrodem. Kolejni dyrektorzy kierujący tą placówką wypowiadają się w nim o swojej działalności na rzecz ZOO, zwierzętach, roślinności. Prezentację zamojskiego ZOO na filmie zakończył obecny Dyrektor Grzegorz Garbuz, który powiedział o planach i dalszej modernizacji ZOO. Ogólnie film podobał się, a ukazanie prawdziwej historii ogrodu przyczyniło się do wzbogacenia wiedzy zamościan o tym obiekcie.
Następnie kol. Bożena Kamaszyn–Gonciarz na przygotowanym pokazie multimedialnym o ZOO, przedstawiła koligacje rodzinne Familii Milerów oraz opowiedziała o początkach tworzenia ZOO. Przewodników zainteresowały różne śmieszne historie związane ze zdobywaniem lokum dla zwierząt np. o kradzieży balii dla żółwi, budki wartownika, z której zrobiono domek dla wiewiórek. Następnie kol. Bożena przedstawiła zaproszonych gości, prosząc ich jednocześnie o podzielenie się z przewodnikami wspomnieniami o ich dziadku, Stefanie Milerze. Wnuczki i wnuk dzielili się wspomnieniami także o: swoich rodzicach, którzy mieli szczęśliwe dzieciństwo w Zamościu, przebywając prawie codziennie wśród zwierząt;  spotkaniach i kontaktach z dziadkiem, korespondencji dziadka do nich i ich najbliższych. Dziadek napisał do wnuczek i ich matki tuż przed swoją śmiercią, pismo w liście momentami było niewyraźne. Wnuczki opowiadały jak bardzo dziadek nie mógł pogodzić się z tak wczesną śmiercią ich ojca Stefana juniora, a swojego ukochanego syna (zmarł mając 27 lat, był dobrze zapowiadającym się oficerem marynarki ). Po jego śmierci ojciec napisał wiersz pt. ”Zgasłeś mi Stefku”, dedykowany synowej i wnuczkom. Opowiadały o twórczości dziadka, który był gorącym patriotą, m.in o wierszu o Rotundzie Zamojskiej, czy wierszu „Byłem i będę”. Natomiast wnuk Stefana Milera, Zbysław Lewiński zapamiętał dobrze jedną z wizyt dziadka, kiedy był jeszcze małym chłopcem. W pamięci dziecka utkwiła szczególna czułość dziadka, który przytulił go i głaskał po głowie. Taki był Stefan Miler i to było bardzo wzruszające. We wspomnieniach wnucząt sylwetka Profesora jawiła się jako czułego, ciepłego mężczyzny, kochającego nie tylko Polskę, zwierzęta, przyrodę, ale też jako ojca i dziadka troszczącego się o los rodziny pomimo, że mieszkał od niej daleko.
Spotkanie z przewodnikami przebiegło w bardzo miłej atmosferze, wnuczkom wręczono kwiaty i wszyscy goście otrzymali materiały promocyjne przygotowane przez Muzeum Zamojskie. Po spotkaniu większość przewodników wraz z gośćmi udała się na kawę i dalszą pogawędkę do kawiarni na Rynku Wielkim. Tam nastąpił dalszy ciąg opowieści o rodzinie Stefana Milera.

 

   

_____________________________________________________________________________________________________

 Oficjalne uroczystości 28.o9.2018 roku.
Uroczystości zorganizowane przez ZOO Zamość w 100 rocznicę powstania, odbyło się za zaproszeniami – o godz. 11–tej w Sali Ośrodka Sportu i Rekreacji w Zamościu. W uroczystości tej wzięły udział władze miasta, przedstawiciele Wojewody Lubelskiego, dyrektorzy i pracownicy ogrodów zoologicznych, radni, byli i obecni pracownicy ZOO, potomkowie założyciela Ogrodu. Po powitaniach gości miała miejsce prezentacja filmu dokumentalnego, który zrealizował v-ce Dyrektor ZOO – Łukasz Sułowski. Film nosił tytuł” Ogród profesora Milera”, a ukazuje historię powstania ZOO; wypowiadają się uczniowie profesora, sąsiadka, następcy Stefana Milera aż do obecnego dyrektora Grzegorza Garbuza. Opowiadają o karmieniu zwierząt za czasów Stefana Milera, przeprowadzce ZOO, wstrzymaniu robót ze względu na brak środków finansowych. Dawni uczniowie Profesora Milera  ukazują na filmie sylwetkę wychowawcy, który wszystkie swoje siły i środki poświęcał ogrodowi, najpierw szkolnemu, a później Miejskiemu. Dyrektor Grzegorz Garbuz komentował historię powstania ogrodu, jego rozwój, modernizację i dalsze plany, które są optymistyczne. Głos zabrał Prezydent Miasta Andrzej Wnuk, a później wręczono odznaczenia państwowe oraz medale Prezydenta Miasta Zamościa „Zasłużony dla Zamościa” (Dyr. G. Garbuz i Kierownik Schroniska dla Zwierząt – Piotr Łachno). Wojewoda Lubelski nadał okolicznościowy dyplom z medalem dla Ogrodu Zoologicznego im. Stefana Milera. Za długoletnią służbę w ZOO zostali odznaczeni obecni pracownicy ZOO. Dyrektor otrzymał Brązowy Krzyż Zasługi. Następnie głos zabrali uczestnicy uroczystości skladaąc gratulacje z okazji jubileuszu oraz wręczając upominki. Podziękowanie za zaproszenie w imieniu rodziny Stefana Milera złożyła na ręce Dyrektora wnuczka Stefana Milera, Ewa Nierojewska.
Był także miły akcent w czasie przerwy w oczekiwaniu na obiad. Były Prezydent Miasta Zamościa i nasz Honorowy Przewodnik Eugeniusz Cybulski oraz uczeń profesora podarował rodzinie profesora swoje 2 tomy sonetów z dedykacją. Dotarła także ze swoim tomikiem wierszy kol. Barbara Kotyła, która również przekazała swoje tomiki wnuczkom profesora. Zrobiono również pamiątkowe zdjęcia. Następnie kol. Bożena zaprowadziła rodzinę Stefana Milera do ZOO. Przed wejściem jest ławeczka na której uwieczniono siedącego Stefana Milera trzymającego niedźwiadka. Wnuki Profesora z przyjemnością siadły przy „dziadku”. Po zwiedzeniu ogrodu goście udali się na kolację do OSIR w Zamościu.
 29.09.2018 roku.
Rodzina Stefana Milera udała się przed południem na cmentarz parafialny na ul. Peowiaków, na grób Bronisławy Miler, swojej Babci, prababci i praprababci, która zmarła w lutym 1939 roku. Złożono kwiaty, zapalono znicze, zmówiono cichą modlitwę. Zrobiono przy grobie pamiątkowe zdjęcia. Następnie udano się na zwiedzanie miasta z kol. Bożeną, nie sposób było ominąć dawnego budynku, gdzie zamieszkiwał z rodziną Stefan Miler, przy ul. Peowiaków 5 w tzw. Belwederku do 1951 roku. Zrobiono pamiątkowe zdjęcia. Następnie udano się na Stare Miasto. Goście byli zdziwieni, że na tak małej powierzchni byłego ZOO pomieściło się tyle zwierząt i klatek oraz roślin. Rynek Wielki zrobił na obecnych duże wrażenie (ostatni raz byli tu 10 lat temu i zauważyli wielką różnicę!). Po Nadszańcu gości oprowadzała Kol. Krystyna Malec. Była duża grupa zwiedzających i koleżanka przedstawiła rodzinę Stefana Milera, która razem zwiedzała bastion VII. Zrobiono też pamiątkowe zdjęcie. Wszyscy byli zadowoleni ze zwiedzania ciekawych obiektów. Następnie zwiedzano Muzeum Zamojskie – gości oprowadzał dr Jacek Feduszka. Rodzina była bardzo zadowolona ze zwiedzania i oprowadzania, dowiedziała się dużo ciekawych rzeczy o których wcześniej nie wiedziała. Jeszcze wnuczki wtuliły się w futro „Baśki” niedżwiedzicy, która była pociechą i chlubą zamojskiego ZOO. ZOIT również przygotował upominki książkowe dla rodziny. Pełni wrażeń goście udali się na spoczynek przed długą podróżą do miejsc zamieszkania. Ponieważ jeszcze dużo obiektów pozostało do zwiedzania przewodnicy zapraszają Rodzinę Stefana Milera do rychłego, ponownego odwiedzenia Zamościa.
Do zobaczenia!
Tekst : Bożena Kamaszyn – Gonciarz
Zdjęcia: Koło Przewodników Terenowych im. Róży i Jana Zamoyskich PTTK
Trzy plakaty udostępnia Biblioteka Narodowa w Warszawie.
Opracowanie: Ewa Lisiecka

__________________________________________________________________________________________________________

Wnukowie i wnuczki Profesora Stefana Milera
Przesyłamy Państwu, Przewodnikom Koła im. Róży i Jana Zamoyskich w Zamościu moc szczególnych podziękowań związanych z uroczystościami obchodów 100 lecia ZOO im. Stefana Milera w Zamościu. Szczególnie dziękujemy za możliwość zwiedzania historycznych miejsc w Zamościu pod Państwa Przewodnictwem, serdecznego i wspaniałego oraz radosnego spotkania, które odbyło się z Waszym udziałem w dniu 27 września 2018 r. Wielkie podziękowania dla Pani Bożeny Kamaszyn – Gonciarz za organizację, opiekę i czas nam poświęcony podczas naszego wspaniałego i niezapomnianego pobytu w Zamościu. Jeszcze raz ogromnie dziękujemy .
Wnuczki i wnukowie z rodzinami naszego dziadka – Stefana Milera.
__________________________________________________________________________________________________________
Przedruk z maszynopisu Profesora Stefana Milera (za pisemną zgodą jego Wnuków). Zachowano oryginalną pisownię.
RYS HISTORYCZNY OGRODU ZOOLOGICZNEGO W ZAMOŚCIU /czyli radosne narodziny „ ZOO” i dalsze jego dzieje/.
Dopisek pisany ręcznie przez autora: Referat wygłoszony w lipcu b.r. na Zjeździe dyrektorów ogrodów zoologicznych w Łodzi.
                                               Wstęp
 Jak wiemy przyroda jest całością. Wszystkie jej twory, czy to nieorganiczne, czy organiczne, żywe, powiązane są ze sobą wspólnotą pochodzenia i tworząc jedność świata współzależą wciąż od siebie, ciągłym ulegając przemianom. Ale w tej odwiecznej przemianie tempo zmian organizmów, ich materii organicznej jest niepomiernie szybsze niż materii nieorganicznej, mineralnej. Życie bowiem, to wynik błyskawicznych oddziaływań na siebie drobin ciał białkowych, wciąż rozpadających się i wciąż tworzących się na nowo. I szybszą jest jednocześnie ewolucja istot żywych, niż ewolucja materii nieorganicznej.
 Od elektronów do atomów i związków chemicznych, do formowania się i rozwoju systemów słonecznych wszechświata, daleka i długa była droga na szlaku wieczności. Ileż miliardów lat świetlnych mogło upłynąć, zanim powstało nasze słońce, a ile później milionów lat, nim nasza planeta ziemska posiadła biosferę? A ileż od tego czasu na niej powstało gatunków roślin i zwierząt ,jakim one w ciągu krótkiego stosunkowo czasu, bo ledwie może jednego miliarda lat, uległy ogromnym przeobrażeniom, jak mówi nam o tym paleontologia, a potwierdza embriologia. Jak szybko stosunkowo, bo ledwie od niecałego miliona lat, ten pochód życia swym doborem naturalnym rozwinął ze świata zwierzęcego postać praludzką i wysunął ją na czoło, by ukwiecić na swych szczytach rozwoju drzewo genealogiczne, by ta istota już ludzka, jako Homo-sapiens ewolucją swej materii myślącej, rozwojem swego mózgu, mogła przyśpieszać ewolucję doborem sztucznym dla wzmożenia bytu obecnych i przyszłych pokoleń.
Aby to czynić coraz lepiej, człowiek dzisiejszy musi tą postawę swego życia zbadać gruntownie w skali doświadczeń opieranych o pogląd, a nie o spekulację myślową. Dlatego też wszelka styczność z przyrodą, podpatrywanie jej zjawisk, może utworzyć właściwy światopogląd naukowy, wolny od kreacjonizmu i metafizyki. Ponieważ wytknąłem sobie za cel szerzenie tego poglądu, więc gdy udałem się do Szwajcarii na studia,  idea ta pochłonęła mię zupełnie.
Było to po walkach o szkoły polskie przed 49 laty, w trzy lata po rewolucji w 1905 r., a po skończeniu pierwszej szkoły polskiej w Kaliszu, odrodzonej w caryźmie jeszcze od czasów popowstaniowych 63 roku. Tam na tej ziemi moich przodków,  ziemi o tradycji walk o wolność czasu Wilhelma Tella, wolnej demokratycznej, ludowej, pochłaniał mię czar nie tylko cudownego krajobrazu i zdobywania szczytów i lodowców Mont-Blanc, ale stosunek szkolnictwa szwajcarskiego do metod nauczania przyrody. Widziałem tam małe ogródki szkolne, hodowle roślin, a nawet drobnych zwierząt. To też marzeniem moim stało się, by po powrocie do kraju stosować podobny żywy pogląd tam, gdzie mię losy osadzą. Ale te pragnienia nie zaraz dały się zrealizować,  gdyż ledwie wróciłem do kraju, wybuchła wojna w 1914 r. wojna światowa,  która i mnie ogarnęła,  ale po stronie tej gorącej młodzieży polskiej, która na sztandarach swych serc miała wyryte niezatarte od szeregu pokoleń hasło niepodległości ojczyzny.
                                       Na falach entuzjazmu.
                                         Las w szkole.
Po wielu bojach walk okopowych, w które ta pierwsza wojna obfitowała, ocknąłem się jako rekonwalescent w historycznym Zamościu. Było to w roku 1916. Wtedy to w okresie szalejącej jeszcze burzy wojennej,  okupacja austriacka w licytacji państw zaborczych o Polskę, zgodziła się na otwarcie pod egidą Macierzy Szkolnej, której patronowały takie postacie jak Sienkiewicz i Paderewski – szkół polskich na terenie ówczesnego generał gubernatorstwa.
I oto tu, w tym hetmańskim grodzie Jana Zamojskiego, zostałem powołany na stanowisko biologa, do dziś dnia istniejącego liceum ogólnokształcącego,  a nie mając na razie w pobliżu odpowiedniego terenu, urządziłem w przydzielonej mi dużej sali /przez dyrektora K. Lewickiego/ już w roku 1917, miniaturowy zakątek radosnego podglądu. Jeszcze tej jesieni sala ta wyglądała jak mały skrawek żywego lasu. Pnie jodeł i jałowców oraz kępy paproci i widłaków wyrastały z mchu, okrywającego niewidocznie naczynie z wodą. Nałapano wiele zaskrońców, gniewoszy i miedzianek, dostarczono padalców i innych jaszczurek, różnych żab i żabek, nagromadzono w skrzynkach z wilgotną ziemią mnóstwo dżdżownic, zebrano wiele nasion dla odżywiania różnych ptaszków, które obiecano dostarczyć. Nie minęło parę tygodni, a salę zieloną od drzew iglastych, a pełną słońca, ożywił miły szczebiot skrzydlatej czeredy. Sala ta uprzątana była codziennie przez samych chłopców, którzy tu często spędzali czas pozalekcyjny, nawet w niedziele i święta. Lekcje przyrody odbywały się właśnie w tej Sali. Ten mały raj zimowy stał się powodem kilku humorystycznych zdarzeń w naszej szkole.
                                           Ucieczka węży.
Oto kiedyś pod wiosnę już, ze sporego terrarium, gdzie zimowały węże, wydostały się napół oswojone zaskrońce i przez szczeliny między progiem, a drzwiami wywędrowały na korytarz. Były wtedy ferie świąteczne. O ucieczce węży nic nie wiedzieliśmy. I oto zaraz po świętach stał się zabawny wypadek, który pod lękiem pedagogom , a chłopcom na wesoło zakłócił życie w szkole. Bowiem w tej klasie, dokąd przedostały się węże,  gdy tylko rozpoczął lekcję języka niemieckiego kolega W., spod szafy tuż przy katedrze wypełznął wielki zaskroniec, by pogrzać się na słońcu, złocącym skrawek podłogi. ”Panie profesorze: żmija przy katedrze!„ wrzasnął jeden z chłopców, choć był świadomy, że to niewinny zaskroniec. Klasie w to graj, podchwyciła w lot wrzask swego kolegi udanym lękiem. Struchlały profesor oniemiał z przerażenia, zerwał się i umknął wzburzony z klasy. Rozbiegli się i chłopcy, by wpadać do klas z okrzykami „żmije pełzają i syczą po korytarzach.” Te sugestywne okrzyki wywołały ogólną panikę zwłaszcza u koleżanek, które zastraszone porzucały klasy i biegły szukać ratunku do sali konferencyjnej. Przybiegł i dyrektor ze swojego gabinetu poruszony niezwykłą wrzawą, również zalękniony. Dowiedziałem się i ja zaraz o zdarzeniu w jednej z klas, skąd wyruszyłem na polowanie. Nie trwało kilka minut, a węże zostały wyłapane. Było tych uciekinierów ledwie 3 sztuki, ale to wystarczyło, że szkoła cała, a zwłaszcza grono nauczycielskie, przeżyło wiele emocji, a wprost nowe przerażenie ogarnęło koleżanki, które wskoczyły na stół ze zgrozą w oczach i histerycznymi krzykami – gdym wkroczył do sali z wężami w rękach. Nawet dyrektor, nie pozbawiony lęku wrzasnął nerwowo – „wynieś pan zaraz to paskudztwo”. Dopiero me tłumaczenie, że to niewinne zaskrońce i rzekomym żądłem pozwoliłem zaskrońcowi muskać się po twarzy, uspokoiła się rada pedagogiczna, gdym w dodatku zapewnił, że w przyrodniczej sali jadowitych bestii nie posiadam. Śmiejąc się opuściłem salę konferencyjną. Młodzież za drzwiami oszklonymi, widząc tą scenę, śmiała się do rozpuku, dopiero rozkaz dyrektora skierował ją do klasy na przerwane lekcje. Udobruchany dyrektor prosił mnie potem, abym lepiej strzegł swoje gady i aby się podobna scena nie powtórzyła . Przyrzekłem. Lekcje szły dalej zwykłym trybem, ale sala dla naszych nowych aspiracji stawała się już za ciasną. Zapał młodzieży pobudzał mię, aby gdzieś w sąsiedztwie szkoły założyć choć mały ogródek, który by z biegiem czasu można było rozwinąć. Ta sprawa spać mi nie dawała. Wytknąłem ją sobie jako cel w życiu. Narazie jednak nie mogło być o tym mowy, gdyż część szkoły zajmowały jeszcze władze okupacyjne, we władaniu których znajdował się również teren dużego podwórza, gdzie na początek chcieliśmy stworzyć podwaliny pod przyszły ogród. W tym czasie jednak na przełomie lat 1917 na 18, sytuacja polityczna poczęła nas upewniać, że okupację czeka rychło kres, że zabłyśnie nam śniona wolność, że i caryzm pod obuchem rewolucji październikowej nie odrodzi się więcej. Coraz groźniejsze chmury zaciemniały horyzont polityczny dla rządzących Polską prusaków i austriaków. W światowej licytacji jednak o kraj nasz Polacy uzyskali dwa ministerstwa polskie: oświaty i sprawiedliwości, jako zapowiedź dalszych ustępstw na rzecz rzekomej niepodległości. Ale zaborcom nie ufaliśmy wiedząc, że tylko całkowity pogrom obu niemieckich imperializmów wraz z pokonanym już rewolucją caratem w połączeniu z walką orężną o wolność da nam całkowitą niepodległość.
                                   Przygoda wizytatora.
W tym czasie zjechał na wizytację do naszej szkoły ze świeżo kreowanego Ministerstwa Oświaty w Warszawie znany przyrodnik Józef Grodecki. Zjechał nagle i zapragnął, po krótkiej rozmowie z dyrektorem, zobaczyć którąś z lekcji, a przede wszystkim z przyrody. Ta niespodziewana wizytacja zakończona została zabawną przygodą wizytatora i stała się powodem kursującej przez kilka lat gadki w Warszawie i Lublinie, że chcąc wizytować lekcję biologii w Zamościu, trzeba udawać się na nią z parasolem. A oto jak było: Niespodziewane wejście obcego gościa z dyrektorem do Sali przyrodniczej, skonsternowało mię na chwilę, gdyż trafił akurat na scenę żywienia się oswojonego rudzika glistami z mej dłoni, na którą jeden z chłopców kładł z pudełka małe dżdżownice. Scena ta wywoływała radość rozbawionej młodzieży, siedzącej po turecku na podłodze. Ale i wizytatora poruszyła ta scena żywego poglądu. Był tym zaskoczony. Ujrzałem zdziwienie i miły uśmiech. Wejście wizytatora i dyrektora, którzy gestami nie pozwalali chłopcom wstać, gdy inni zrywali się z podłogi, podziałało i na młodzież. Zapanowała wyczekująca cisza, którą przerywało stukanie na gałązce jodły sikorki bogatki, rozbijającej dziobkiem ziemię, jak i świergoty kolorowej czeredy ptaszków, jak: szczygłów, zięb, gilów   i innych gatunków, które grasowały po sali w słońcu wśród zieleni. Po chwili podjąłem lekcję o raszkach i jej pokrewnych gatunkach. Ten osłoneczniony, miniaturowy gaj leśny te ruchliwe tak miłe ptaszki, to oswojenie ich, ten podgląd na lekcji wywarł ogromne wrażenie na zacnym przyrodniku wizytatorze. Roześmiany i wzruszony, dziękując za niezwykły obrazek lekcji poglądowej, zapragnął przed odejściem jeszcze raz być świadkiem zajadania glist przez raszkę. Na mój głos przyfrunęła, ale czy, że nie była już głodna, czy też speszyła się czegoś, dość, że zamiast do mej dłoni, przyfrunęła do łysiny gościa z Warszawy. I tu akurat stało się to, czego nikt się nie spodziewał: z łysiny po czole pociekła strużka białawego płynu, którym uraczyła raszka wizytatora. Zaśmiali się wszyscy nie wyłączając gościa, który rozbawiony komizmem tej sceny otarł sobie chusteczką zawalane czoło, po czym odchodząc zażartował: „ gdy  będę drugi raz jechał do Zamościa nie zapomnę zabrać ze sobą parasola„. Przygodę tę omawiali zaraz na wesoło mieszkańcy Zamościa, wkrótce obiegła ona cały kraj. Po wyjeździe zacnego staruszka zacząłem poważnie myśleć o realizowaniu planów tworzenia z młodzieżą przyszłego ogrodu. Entuzjazm chłopców działał tak podniecająco, że moje dążenia skrystalizowały się nieodwołalnie „chcieć to muc”, mimo, że kraj zniszczyła wojna, a środków nie było żadnych, prócz własnej pensji nauczycielskiej, bo i sama szkoła, jak i w ogóle odradzające się szkolnictwo, zaczęła tworzyć się dosłownie z niczego. Byle jednak zapoczątkować, a później pójdzie. W tym czasie, kiedy w 1918 r. państwa centralne czekała nieuchronna klęska, iedy wiara w wyzwolenie potęgowała się z dnia na dzień, oczekiwaliśmy niecierpliwie momentu rozbrajania gromionych armii austriackich i niemieckich, ale co starsi chłopcy zapaleni do idei ogrodu starali się znaleźć ujście w tym rwaniu się do czynów, do walki z odwiecznym wrogiem, tymczasem walkę tę przeprowadzali często w sposób   komiczny, korzystny dla przyszłego ogrodu.
                                         Szaleństwa zapaleńców.
 Oto naprzykład, gdy przyniesiono kiedyś żółwia, a brak było dużego naczynia na wodę imitującego stawek, wpadli na niezwykły pomysł – zdobycia balii od austriaków. Odwodzenie ich od tej kradzieży nie pomogło. Upatrzyli sobie na ten cel posterunek żandarmerii złożonej ze starszych, dobrodusznych czechów, /którzy zapewne już wojny i polityki mieli dość/. Spostrzegli bowiem chłopcy, że żona komendanta, zaciekłego jeszcze niemca, wytacza balię pod mur posterunku pod rynnę. To wystarczyło, by bezczelnie ją zdobyć wieczorem w czasie deszczu,  gdy szyldwach schronił się do budki. Zdobytą balię ukryto zaraz w piwnicach szkoły, mimo, że połową gmachu szkolnego zajmowała żandarmeria i urzędy austriackie. Co to była za radość, co za kpiny z żandarmerii, która nadaremnie toczyła śledztwo, poszukując balii. Nie minęło pół roku, a balia wkopana w ziemię, tworzyła już stawek, otoczony sitowiem i tatarakiem, dla żółwi i węży, w prawdziwym, choć miniaturowym „ZOO”. To była jeszcze drobna psota w porównaniu do tej, jaką wyrządzili wkrótce cesarsko – królewskiej komendzie tuż przy mej szkole. Zachęceni powodzeniem z balią, żądni niezwyklejszej sensacji i zjadliwszych kpin z wroga, umyślili moi zapaleńcy porwać ni mniej, ni więcej, tylko budkę wartowniczą sprzed komendy powiatowej, gdyż budka ta nowiuteńka i świeżo malowana w c. i k. kolory przydać się może dla wiewiórek. I tu również moje tłumaczenia nie pomogły. Bałem się za nich przecież w przewidywaniu jak najgorszych konsekwencji, do narażenia życia włącznie. Obiecali poniechania zamierzeń, ale to było tylko mydlenie oczu, uparli się jednak i rzecz nie do wiary, zrobili swoje w tajemnicy przede mną, bym ich ostatecznie nie odwiódł od wariackiego planu, który jednak wykonali w 100 % w sposób perfidny, a komiczny. Któryś tam z nich kiedyś spostrzegł, że stary szyldwach „dziad austriacki”, jak nazywano wtedy żołnierzy pospolitego ruszenia, opuszcza niekiedy budkę o zmroku, zwłaszcza, gdy lał deszcz, by skoczyć na parę minut do pobliskiej piwiarni na piwo. Dyscyplina wojskowa była już wtedy bardzo rozluźniona. Był koniec wojny. Wieści z frontów dochodziły fatalne. Nic więc dziwnego, że tacy wartownicy, tęskniący za rodziną, za krajem, mieli już karności wojskowej dość, zwłaszcza, że często byli to ludzie wrogiej niemcom narodowości: polacy, czesi, serbowie, kroaci itp. Moment opuszczenia budki przez szyldwacha wyzyskali chłopcy znakomicie, na to tylko czekali cd paru wieczorów. Ukryci za szkarpą gmachu wyskoczyli niespodzianie, wywrócili budkę i w ciągu paru sekund w 6 –ciu zanieśli ją do drewutni sąsiedniego gmachu szkolnego, gdzie po cichu zawalili szczapami drzewa ułożonego w sągi. Dla zmylenia śledztwa w tym czasie jeden z chłopców z przygotowanym zawczasu wozem nadjechał z pobliża na chwilę po porwaniu budki, by po ukazaniu się szyldwacha ruszyć z kopyta z turkotem ulicą w stronę wsi leżących przy trakcie lubelskim i pozorować porwanie budki przez wywiezienie jej po prostu. Wrażenie tego porwania było piorunujące. Jeszcze tego wieczoru żandarmeria była na nogach, ludność zaś kpiła sobie z „dziadów” i trzęsła się od śmiechu nazajutrz, gdy się dowiedziała o groteskowym wyczynie nieznanych sprawców. Lekkomyślny szyldwach, kroat z pochodzenia, jak nazajutrz krążyły pogłoski udawał, że go znienacka przemocą powalono na ziemię, a budkę w trakcie tej napaści wywieziono wozem. W ten sposób bronił się przed surową karą sądu wojennego . Komenda powiatowa, aby uniknąć kompromitacji braku rygoru wojskowego, skwapliwie uwierzyła w rzekomą napaść, cel tylko tej napaści i wywiezienie budki wydawał się dziwny i niezrozumiały . Parodniowe śledztwo w mieście i okolicy nie dało żadnych wyników i sprawa powoli ucichła.  Z dziesięciu wtajemniczonych w nią chłopaków, mimiką tylko dawali mi poznać,  jak się radują z wyczynu, który w razie ujawnienia mógł grozić wydaleniem ze szkoły i więzieniem. Ta słynna budka, podobna jak i balia, przydała się niebawem. Była ona pierwszą klatką dla wiewiórek jeszcze tego roku późną jesienią 1918 w rodzącym się „ZOO„, kiedy to pękły okowy okupacji austriackiej i kiedy moi uczniowie brali gorący udział w rozbrajaniu wroga na terenie Zamościa i okolic.
                                   Narodziny i tworzenie „ZOO”.
Od wczesnej wiosny 1919 roku zawrzała praca. W porze pozalekcyjnej codziennie młodzież ochotniczo przychodziła do robót ziemnych. Były tam sterty śmieci, gruzów, okopów, a ziemia pełna rozpadlin po dawnym cmentarzysku przy byłym kościółku dawnej Akademii sprzed 100 do 300 laty, a obecnie kościele szkolnym. Trzeba było gruzy usunąć, powywozić, wyrównać teren. Roboty te trwały ledwie dwa tygodnie. Mieszkańcy miasta niekiedy dziwili się tej bezinteresownej pracy, niekiedy spotykaliśmy się z pokpinkami, gdyż posądzano nas o słomiany ogień, ale to nie ostudziło zapału. W maju na tym niewielkim terenie, zaczął się kwiecić nasz miniaturowy ogródek ze setką roślin zimotrwałych, ofiarowanych przez zakład ogrodniczy „Florianka” pod Zamościem, oraz wysianych w grunt. Zbudowano altankę brzozową i ogrodzono teren płotkiem brzozowym z tryumfalną bramą i napisem „ Ogródek Przyrodniczy„. Brzózek na ten cel nadesłał nadleśniczy Wróblewski, ogrodzenie zaś i altankę wykonali uczniowie – bracia Piotrowscy. Uruchomiono żółwiarnię, po wkopaniu słynnej balii i ogrodzeniu jej, by żółwie nie uciekły oraz budki jeszcze więcej słynnej, po osiatkowaniu jej zrobiono pomieszczenie dla paru wiewiórek. Wkrótce za własne środki zbudowaliśmy małą ptaszarnię z   wężarnią wewnątrz ptasiego raju. Jeszcze tejże samej wiosny zaczęły przybywać do małych na razie pomieszczeń różne gryzonie, jak susły, chomiki, a z hodowanych króliki i świnki morskie. Były już nawet egzotyczne okazy, jak kameleony i zakupiona od kataryniarza papuga. Młodzież wyznaczała sobie sama roboty. Dziewczęta zazwyczaj plewiły, podlewały rośliny, pikowały inspekta – chłopcy zaś wykonywali grubsze roboty.  Pojawiła się pierwsza tablica wykonana przez młodzież z napisem „Drażnienie zwierząt oraz niszczenie roślin uważać się będzie za czyn wysoce niekulturalny”, a wkrótce i inne, jak: ”Szanuj pracę cudzą jak własną” i „żadna praca człowieka nie hańbi”. Ten ostatni napis dałem na skutek spostrzeżonego u niektórych uczniów fałszywego wstydu i krępowania się przy wożeniu nawozu. Te napisy miały wielkie znaczenie wychowawcze.  Stosunek do przyrody i do cudzej pracy i pracy  w ogóle uszlachetnia każdą jednostkę, gdy wpoi się za młodu miłość do roślin i zwierząt i człowieka, a każdą pracę ocenia jako ważną bez względu na jej charakter. Napisy na tablicach i tabliczkach oznaczających gatunki, robili sami chłopcy i sami je malowali. Stan ten trwał do 1953 roku. To już weszło w tradycję, jak wszelkie roboty ogrodowe, związane ze sprzątaniem, karmieniem, hodowlą. Pod koniec 1919 r. przybyła nam para bocianów, inwalidów. Trzeba było zorganizować dostarczanie żab, czego podjęli się sami chłopcy. Te pierwsze bociany, które się bardzo oswoiły przez pierwsze lata zimowały na wsi. W roku 1920 trzeba było na gwałt pomieszczenia dla ofiarowanych lisów, a w 1922 r. dla kilkutygodniowych wilków, które ofiarował pewien rolnik z Wołynia, w tym roku też przybyła sarenka oraz kilka ptaków drapieżnych z sowami włącznie. Ogród przyrodniczy odtąd począł się szybko rozwijać. Po 2-3 latach wilki były już tak oswojone, że chłopcy bawili się z nimi bez obawy. Zimą wypuszczało się je na ogród dla wytarzania się w śniegu i tresury  na względnej swobodzie. W parę lat później były one przyczyną komicznej przygody, jakiej doznał pewien wizytator z Lublina.
                                Przygoda z wilkiem.
W tym czasie ogród nasz stawał się już głośny .Przybyły wizytator słysząc o niezwykłym oswojeniu kilkuletnich już wilków, wszedł z dyrektorem do „ZOO”, aby przypatrzeć się, jak wilki skaczą na zawołanie przez głowy pochylonych chłopców. Widok był efektowny, ale w pewnej chwili wilk samiec „Rez” zainteresowany lisią czapką, przerwał skoki i rzucił się w wielkich susach w stronę gościa, któremu skoczył do głowy i zerwał z niej futrzane nakrycie. Wizytator oniemiał z przerażenia ja zaś poskoczyłam za wilkiem, któremu z paszczy wyjąłem zdobycz, schowałem pod palto, by oddać ją po wyjściu z ogrodu, który wizytator po przeżytej emocji zaraz opuścił, przyznając,  że swego lęku nie zapomni przez całe życie. W roku 1923 otrzymujemy dzikie kaczki – krzyżówki i cyranki dla których budujemy zaraz sztuczny stawek o cementowym podłożu z wodą pompowaną ze studni co kilka dni. Otoczyliśmy stawek siatką, pozostawiając górę wolną, gdyż kaczki były wychowane z jaj podłożonych kwoce i bardzo oswojone. Wydostawały się one wierzchem pod wieczór i fruwały do ogrodu, skąd po poskubaniu młodej trawki wracały na stawek z powrotem. Wkrótce wybierały się i na niedalekie łąki. Ale pewnego razu nie wszystkie wróciły, gdyż wyżeł jednego z myśliwych zagryzł jedną, a drugą przyniósł w zębach lekko tylko pokaleczoną, swemu panu. Wobec tego musieliśmy założyć siatkę i od góry.
                             Pierwszy pokaz ogrodu.
W tym czasie urządzamy wiosną pierwszy pokaz ogrodu z inicjatywy ducha opiekuńczego „ZOO” sekretarki naszej szkoły panny Korbówny /dziś inż. Kajetanowiczowa /, która pragnęła nim zainteresować szersze sfery społeczeństwa i zdobyć fundusze na pokrycie długów. Pokaz przy dźwiękach ochotniczej straży pożarnej zrobiły swoje. Gorąca propagandzistka mimo to nie ustawała w zabiegach, aby „ZOO” nasze rozwijało się, abym realizował marzenia podsuwane mi wciąż przez szczery entuzjazm „panny Janiny”, która humorem swoim i wiarą tłumiła we mnie rozczarowania na tle jakiegoś chwilowego niepowodzenia w szybszym, jak pragnąłem, rozwoju ogrodu „ZOO”. Jesienią tegoż roku przekonałem się  jakie nasze plany uzyskały sympatię u ogółu mieszkańców Zamojszczyzny,  od malutkich do wielkich osobistości włącznie. Dowodem tego był kiermasz urządzony przez ad hoc powołany komitet z inicjatywy wymienionego ducha opiekuńczego „panny Janiny” i mej ciotecznej siostry p. Chmielnikowskiej, pianistki. Urządzona na wielką skalę impreza ta w połączeniu z koncertem oraz wesołą sztuką kolegi prof. Młodożeńca p. t. „Zwierzyniec profesora” przyniosła, pamiętam, ogromną kwotę na budowę motoru przy studni i wielkiego cementowego akwarium – stawu, długiego na 10 m. a szerokiego na 6 m. Ogromna sala kina „Stylowy” nie zdołała pomieścić tłumów, mimo że może pomieścić z górą 600 osób.
                                        Praca wre.
 Zaraz następnego roku 1924 wiosną kilkunastu chłopaków codziennie pracowało nad wykopaniem ziemi pod stawek i wywożeniu jej. Trzeba było wywieźć poza ogród do okolicznych wądołów kilkadziesiąt metrów sześciennych ziemi. Te ziemne roboty trwały ledwie dwa tygodnie. Wycementowaniem zajęli się już płatni fachowcy oraz urządzeniem fontanny. Tegoż jeszcze roku rozszerzamy nasze małe „ZOO” za akceptacją władz miejskich, we władaniu których był teren sąsiadujących z ogródkiem nieużytków, przeszło 4 razy większych. Musiałem jednak stoczyć ostrą walkę z ówczesnym dziekanem kościółka szkolnego, który rościł sobie pretensję do 1/3 przybyłego mi placu na tej zasadzie,  że kiedyś na nim był cmentarz. Trwała ta walka nieustępliwa z mej strony przeszło pół roku, nim ówczesny biskup lubelski nie polecił dziekanowi zaniechania sporu.
                                         Propaganda i dalszy rozwój „ZOO”
Widząc zapał młodzieży, moralnie a nawet materialne poparcie ogółu, zająłem się na wielką skalę propagandą, szerzeniem idei zakładania podobnych ogrodów przy szkołach w kraju. Szereg artykułów pojawia się odtąd w prasie codziennej, periodycznej i fachowej. Starałem się przekonać, że choćby małe ogródki botaniczne są jednym z czynników nauki poglądowej. Powstawać więc poczęły podobne, jak nasz, ogródki w Lesznie, Warszawie i Grodnie, zależnie od tego, czy zamiłowany przyrodnik nauczyciel miał ku temu zapał, wytrwałość w połączeniu ze zmysłem organizacyjnym. Ogródków botanicznych jednak łatwiejszych do realizowania powstawać poczęło daleko więcej. Dawałem instrukcje, a nawet przesyłałem nasiona i kłącza. Takim ogródkiem botanicznym, świetnie z zapałem prowadzonym był aż do wojny ogródek w Sitańcu pod Zamościem, stworzony przez kierownika szkoły śp. Przybyłowicza. Ogródki takie były protoplastami dzisiejszych ogródków miczurinowskich w kraju. W tym czasie ogród nasz, jak i do samej wojny, miał w Zamościu wielu przyjaciół,  między którymi wymienić należy rejenta Zielińskiego, dziś staruszka, który popierał me usiłowania nie tylko moralnie, ale i materialnie. Lata 1925, 26 i 27 to dalszy skokowy wprost rozwoju ogrodu. Przybyło wiele okazów, systematyka roślin urosła do 300 gatunków. W r. 1926 przybyły orły, które dotychczas żyją.
                                               Zdobywanie środków.
Ponieważ, mimo spadku po swym śp. ojcu, środki moje nie starczyły na budowę poważniejszych pomieszczeń , gdyż dochody pokrywały jedynie żywienie zwierząt, po udanym parę lat przedtem kiermaszu, zapoczątkowałem stałe wstępy 10 i 20 groszowe. Z początku tylko w niedziele i Święta, czynna przy sprzedaży biletów była nasamprzód sama młodzież, później zaangażowana była na stałe specjalna kasjerka. Ogród wtedy był otwarty codziennie, prócz pory zimowej, a po zbudowaniu kiosku z piecem, również i zimą . Stan ten trwał do roku 1953, oprócz tych dochodów stałych, powołany został przeze mnie komitet z osób sprzyjających mym zamiarom, który urządzał rok rocznie, aż do czasu wojny, loterie fantowe. Miały one olbrzymie powodzenie na skutek bogatych fantów przysyłanych masowo z miasta i dalekich nawet okolic zamojszczyzny. Wartość fantów wynosiła zawsze parę tysięcy złotych /przedwojennych/, to też można było sobie pozwolić na dochód nawet znacznie mniejszy, niż gdyby się uzyskało  sprzedając losy po wyższej cenie, przy tym każdy los zazwyczaj wygrywał. Kierowałem się zasadą: „niech się ludzie cieszą„. Była to jednocześnie propaganda „ZOO”. Na fanty dawano cenne rzeczy, jak: drób, nierogaciznę.W 27 w 10-ciolecie narodzin „ZOO” zaofiarowałem go Ministerstwu Oświaty z tym, że nim nastąpi przewłaszczenie i przeniesienie go na znacznie większy, obiecywany przez miasto teren; dostanę stałą pomoc przez mianowanie jednego z woźnych gimnazjum dozorcą ogrodu. To nastąpiło, oprócz tego zniżono mi godziny lekcyjne do 12 tygodniowo. W tym roku również ogród nasz na wystawie w Warszawie p. t . ”Rośliny i zwierzęta w szkole” zorganizowanej z racji zjazdu przyrodników w skali ogólnokrajowej, otrzymał pierwszą nagrodę za tworzenie ogrodu szkolnego i propagandę idei ogrodów szkolnych. To stało się dla nas wielką podnietą. Przez szereg lat w ogrodzie na ławeczce siadywał często poeta Leśmian, który wraz z dyrektorem Lewickim omawiali literaturę aktualną. Bywał też niejeden z luminarzy biologii, jak prof. Jaxa – Bykowski.
                                    Pierwsze niedźwiedzie.
 W latach 1928-30 przybyła cieplarnia oraz pomieszczenie dla niedźwiedzi, które jako młode zakupione zostały w Poznaniu /samiczka Baśka/ i w Hamburgu /samiec/. Ogród został zelektryfikowany. W święto, wieczorami, w oświetleniu lamp różnokolorowych zwiedzała go publiczność zamojska i goście z Lublina. Biła seledynowa fontanna, stawek o sporej ilości żółwi, ryb, roślin wodnych wyglądał czarownie, jak w bajce, zachwycano się koncertem żabim. W niedziele przygrywała w wielkiej altanie orkiestra wojskowa lub strażacka, nierzadko w ogrodzie naszym koncertował Namysłowski ze swoją ludową trupą. Wszędzie kwieciły się girlandy róż, szpalery lilii, piwonii, tulipanów, rozkwitały pigwy, magnolie i kręple. Ogród ozdabiało wiele roślin egzotycznych, jak palm, agaw, yucc, laurusów i wspaniałych rododendronów. Te egzotyki ozdabiały zimą korytarze szkolne. Niedźwiedzie tak się oswoiły, że chociaż paroletnie, a nawet później jako dorastające, brane były na łańcuch i prowadzone pod fontannę do kąpieli. Zwierząt wciąż przybywało. Czaple, bociany czarne i białe, żurawie, spacerowały po ogrodzie swobodnie. Trzeba im tylko było pod jesień przycinać skrzydła, gdyż instynkt odlotu powodował wzbijanie się w powietrze i niekiedy ucieczkę. To samo robiono pawiom, by nie frunęły na ruchliwą ulicę. Śliczny był widok czapli drzemiącej bez ruchu przy fontannie. Wężarnia jeszcze do dzisiaj jest atrakcją, ze względu na chwytanie przez nie żab. Przyjaciółmi ogrodu byli koledzy, jak: Niec Franciszek, Pieszko Michał, Borkowski Władysław.
                               Z życia zwierząt naszego „ZOO”.
Byłem raz świadkiem niezwykłego wypadku pożerania węża przez węża. Młody zaskroniec złowił żabę i wciąga, już ją wciągnął do połowy, gdy daleko większy wąż chwycił za drugą połowę żaby, ponieważ mniejszy nie mógł już żaby puścić, więc został sam wraz z żabą wchłonięty i tylko na drzemiące nieruchomo żółwie, którym skorupy wystawały nad wodę, zdobywały żer…z wróbli, wtedy, kiedy te ostatnie kąpiąc się w pobliżu, na bardzo płytkim brzegu stawku, bezwiednie wskakiwały pojedynczo na grzbiet sterczącej z wody skorupy. Sądzę, że tylko odruchowe zanurzenie się w tym momencie żółwia, powodowało tonięcie ptaszka, do którego zaraz dobierał się żółw, wciągał pod wodę i pożerał. Trudno przypuścić aby żółwie jako gady posiadające słabo rozwinięty mózg, kierowały się przemyślnością. Natomiast podejrzewam o to bociana, który drzemiąc na kupie piasku nieruchomo, w pewnej chwili spłaszał nagle gwałtownym ruchem skrzydeł tarzające się w piasku tuż przy nim wróble i w ciągu paru sekund zabijał dziobem te, które nie zdążyły z przestrachu poderwać się do odlotu, poczym jeszcze niekiedy żywe połykał. Po paru godzinach powtarzało się znów to samo. Ciekawym zjawiskiem, które zaobserwowałem było dosłownie polowanie na młode, a nawet stare króliki …jelenia, na terenie którego gryzonie te miały nory. Spostrzegliśmy któregoś ranka, jak wysuwającego się z nory królika porwał jeleń, zgryzł szczękami, rzucił na ziemię, podeptał kopytami, poczem przyduszając nogą rozrywał na kawały i zjadał. Powtórzyło się to parę razy w ciągu miesiąca, po czym kazałem biedne króliki usunąć. Zjawisko to z powołaniem się na kilku świadków opisałem w „Łowcu„ lwowskim. Było ono tematem do dłuższej dyskusji w pismach myśliwskich, czy jeleń zamojski był degeneratem, czy też zjawisko to uważać należało za naturalne, że tak jak pies, czy wilk jada trochę trawy wiosną, potrzebnej mu dla organizmu, tak zwierzę trawożerne zjada niekiedy pokarm mięsny w postaci drobnych ssaków, czy spadłych z drzew piskląt, czy też ślimaków, tylko tego, w naturze nie spostrzegamy, chyba trzebaby śledzić zwierzę przez czas dłuższy i być świadkiem takiego zdarzenia przez lunetę Puchalskiego, autora „Bezkrwawych Łowów”, ale na to trzeba mieć w sobie wielką dozę cierpliwości.  Żabożerne stworzenia wymagały stale wiele żab, to też młodzież ochotniczo dostarcza je i do dzisiaj. W okresie dreszczów bywa gorzej, wtedy z powodu różnych wybryków na lekcji za darowanie win chłopcy sami deklarują żaby, od kilku do kopy włącznie, zależnie od przewiny. Dziś już 50 – letni z górą byli uczniowie niekiedy z rozrzewnieniem wspominają te łowy. Wspomnę też jeszcze entuzjazm z dalekich lat o oryginalnym wyhodowaniu młodziutkiej kukułki. Było to coś przed 30 laty, kiedy dla małych ptaszków zbudowana została duża ptaszarnia o gęstej siatce, której kilkadziesiąt metrów kwadratowych wypletli sami uczniowie, częściowo tylko najęty góral – druciarz. Ledwie została skończona, gdy któryś z chłopców przyniósł młodziutką kukułkę żądną wciąż żeru. Był to nienasycony żarłok. Byliśmy w kłopocie niemałym, trzeba było łowić wciąż muchy, zbierać liszki i pająki, a tu akurat zaczęły się deszcze. Naraz w przerwie, gdy kapuśniaczek ustał, siedząc w altance spostrzegliśmy, jak zwabiona donośnym piskiem kukułki przyleciała z niedalekiej łąki pliszka płowa, jak przyfrunęła do siatki ptaszarni, gdzie umieściliśmy kukułkę, jak po chwili odfrunęła i wróciła z liszką, którą przez siatkę wpychała do gardzieli kukułki – żarłoka, ta trzepocząc skrzydełkami upominała się co chwila o nową porcję. Naradzamy się, rozczuleni tym obrazkiem miłości przybranej matki, jak schwytać pliszkę. Udaje się nam to, w godzinę później gdy umieściliśmy kukułkę w małej klateczce w środku ptaszarni, po czym otworzywszy jej drzwi przeciągnęliśmy od nich długi sznurek. Łowy udały się. Aby ułatwić karmienie kukułki przez liszkę, wrzucamy jej często wiele liszek, ale prócz tego dajemy do ptaszarni kawał mięsa, które na drugi dzień zwabia muchy, łatwo już chwytane przez pliszkę w ptaszarni. Za nimi uwijały się już wkrótce oba ptaszki razem – wielki żarłok i mała pliszka. Stan taki trwał do jesieni. Kiedy już na pół oswojone ptaszki, zwiedzione instynktem rwały się do odlotu, mieliśmy zwyczaj wypuszczać je na wolność. Tak stało się i z naszymi pierwszymi lokatorami. Jakiś czas kręciły się w pobliżu swego byłego lokum po czym pożegnały nas na zawsze.
                                 Ucieczka lisów.
W pamięci niektórych najstarszych uczniów pozostaje też i inny obrazek – ucieczka lisów. Akurat w którymś roku, może 25-tym, na ostatniej godzinie lekcyjnej dozorca dał mi znać o ucieczce lisów do parku. Zwołuję natychmiast po lekcjach młodzież całej szkoły na boisko – ogłaszając amnestię na dwóje tym, którzy zajmą się polowaniem na lisy. Ale skutek tego mego ogłoszenia przeszedł najśmielsze oczekiwania. Dosłownie wszystka młodzież w liczbie z górą czterysta, radośnie i z wrzaskiem zadeklarowała natychmiastową pomoc. Otoczono zaraz park i udało się:  jednego z lisów schwytał uczeń Prus, który zresztą miał piątkę z przyrody, drugiego zaś dopiero po paru dniach złapano za parkiem, w zaroślach sąsiedniej wioski. Musiałem tylko jednemu z gospodarzy zapłacić parę złotych za pożarte kurczaki.
                               Narodziny niedźwiadków.
W roku 1932 stała się rzecz, która dała powód do wielkiej radości. Dla ogrodu stała się przełomem i była przyczyną jego rozgłosu i jeszcze szybszego rozwoju. Było to w końcu stycznia /17/, gdy przed pierwszą lekcją, szukając, spotkał mię na korytarzu zastępca mój, uczeń starszej klasy Józef Kotowski, moja prawa ręka, który całą duszą oddany zwierzakom stał na czele ochotniczej drużyny ogrodowej. Przystąpił do mnie i szepnął: „urodziły się niedźwiadki, słychać piski, utrzymajmy to panie profesorze w tajemnicy, by się na pauzach nie zwabiła do „ZOO” cała szkoła, musimy zachować spokój dla matki”.- Wal do ogrodu, pilnuj, by dozorca zamknął furtki na cztery spusty, usprawiedliwię twoją nieobecność przed wychowawcą, ja zaraz też tam przyjdę”. Przejęty radosną wieścią pędzę do dyrektora, błagam, by mi darował pierwsze dwie godziny, rzecz przecież nadzwyczajna – urodziny niedźwiadków. Zgodził się również wzruszony. Gdy wróciłem na pauzę z ogrodu z miny mej poznali chłopcy zaraz, że coś się stało w ogrodzie, coś radosnego, może przybyło jakieś nowe, ważne zwierzę. Ich pytaniom nie było końca, wreszcie nie mogłem wytrzymać i podzieliłem się radosną wieścią z klasą. Gruchnęła taka radość, że aż dyrektor przybiegł uspokajać chłopaków. Wieść ta obiegła przez pauzę całą szkołę, przedostała się na miasto i biegła, biegła dalej w świat. Zaraz na następnych lekcjach musiałem ogłosić uroczyście amnestię dla wszelkich dwójarzy i darowanie na wiosnę żab za przewinienia. Ta żabia amnestia naraziła mię wkrótce na duży wydatek kilkudziesięciu złotowy /przedwojenne/ z własnej kieszeni. Aby żab nie zabrakło, jeszcze w kwietniu ogłosiłem na przedmieściach wałęsającym się ulicznikom, że będę płacił do 1 maja po 3 gr. za każdą dostarczoną żabę. Już w połowie kwietnia zaczęły się wielkie ciepła, nim się zorientowałem, że młodzież sama szkolna ochotniczo i tak żab dostarczy, w ciągu najbliższych dni ciepłej wiosny, całe grupy podmiejskich łobuzów zabrały się do masowych łowów żab i zaczęli dostarczać ich takie ilości, że nie chcąc być niesłownym, musiałem za nie płacić i płacić. Jak obliczenia wykazały do 1 maja dostarczono ich przeszło 2 tys. We wiadrach, konwiach i workach. Bociany i czapla, żółwie i węże miały bajeczne używanie przez całą wiosnę i lato. Ale ten żer wspaniały był jednocześnie straszakiem dla pań, gdzie było spojrzeć tam żaby skakały. Frekwencja płci nadobnej zmniejszyła się do minimum i ogród trochę na tym stracił, lecz z drugiej strony znacznie więcej uzyskał dochodów z  powodu niedźwiedziątek, które każdy od końca marca już chciał oglądać, bawić się z nimi i fotografować.
                               Dyplomy honorowe.
Niedźwiadki chowały się cudownie .”Baśka” matka ich, miała odtąd wspaniałe życie, otrzymując od zwiedzających różne smakołyki, nie wyłączając ciastek tortowych i czekolady. Otrzymywałem dla niedźwiedzicy moc gratulacji, nawet z daleka. Z Warszawy kapnęło niespodziewanie subsydium. W tym też roku na ogólnokrajowym Zjeździe Przyrodników w Poznaniu uzyskał ogród nasz znów pierwszą nagrodę. Powtórzyło się to w kilka lat później i we Lwowie. „ Baśka” stała się słynną. Odtąd co dwa lata rodziła troje a raz nawet /w 44r./ czworo misiąt. Do obecnego roku wydała na świat 30 sztuk potomstwa, które zaniedźwiedziły nie tylko wiele ogrodów w kraju, ale parę z nich poszło za granicę, a nawet parka w r.39 przed samą wojną do puszczy Rudnickiej, sąsiadującej z Białowieżą. Gdy powstał, a raczej odrodził się ogród warszawski, szedł mi bardzo na rękę dyrektor dr. Żabiński, również życzliwie ustosunkowały się i inne ogrody. Jemu zawdzięczam lwy przed wojną, z których jeden – wspaniały „War” uchodził za najpiękniejszego w Europie, taką miał niezwykłą grzywę.
                     Oswojenie rysia.
Przytaczając kilka spostrzeżeń z życia zwierząt w ogrodzie, nie pominę wspomnienia o oswojeniu rysia. Przywieziony z Polesia jako mały kotek, karmiony pewien czas przez soskę, tak się oswoił, że gdy po paru latach wyrósł na wielkie kocisko, spał ze mną czy Józkiem Kotowskim, który woził go parę razy do Warszawy. Wiedziony na łańcuszku jak piesek, wzbudzał sensację na ulicach Zamościa, stolicy czy w podróży. Psy, choćby wilczury, czmychały nagle jak oszalałe, gdy ryś najeżył się i wygiął w pałąk, parskając zaciekle i rwąc się na smyczy do ataku. Trudno go wtedy było utrzymać. Tak oswojonego brałem na lekcję, gdzie zwykle słodko drzemał przy mnie.
                         ZOO w czasie okupacji.
Ale przyszła wojna i zmarnowała go, jak wiele innych zwierząt. Najgorszy był sam koniec na zamojszczyźnie w r.1944, kiedy w czasie pościgu za odstępującą rozbitą armią hitlerowską, w ciągu lipca padło kilka bomb na ogród. Zabiły one: jelenia, daniela, sarny, borsuki, małpy, a przede wszystkim pośrednie lwy padły też ofiarą. W tym czasie ogród był w kompletnym upadku. Czas okupacji jak zmora ciąży mi wspomnieniem przeżytych momentów, w ciągłym lęku o życie i o rodzinę. Parokrotne więzienia, zmuszanie na volksdutschowstwo, w końcu, kiedy Rotunda zadymiła mordowanymi więźniami, niekiedy kobietami i dziećmi, będąc na liście, ucieczka w niezwykłych okolicznościach stargała mi trochę nerwy, ale ten koszmar na szczęście nie złamał duchowo. W czasie okupacji ogrodem zajmowała się głównie żona, która podtrzymywała jego byt środkami z pola, łąki i sadu.
                                   Po wyzwoleniu.
 Po wyzwoleniu znów zająłem się ogrodem, ale już łącznie z żoną, która mię dotychczas zastępuje, gdy zajęcia szkolne nie pozwalają mi na całodzienny pobyt w „ZOO”. Jak i dawniej młodzież szkolna ma kontakt z ogrodem. Surmacz Ireneusz i bracia Bezuch wyróżniali się tu specjalnie. Obecnie pomagają mi stale mój synek Heniuś i jego młodszy kolega Wąsik Andrzej. Życzliwymi w tym czasie dla „ZOO” byli inż. Klimek, inż. Zaremba i dr. Palonka. Z Wydziału Oświaty w Lublinie wizytatorzy: Wrońska Franciszka i Wojciechowski Stefan. W ciągu tych 10- ciu Lat odrodził się, mimo ciężkich warunków bytowania. Deficyt wyrównywały dochody z sadu i subsydia, jakie czasem przyznano ze strony Wydziału Oświaty PWRN oraz firmę „Robotnik”. Dzięki wymianie zwierząt: niedźwiadków, wilków, nutrii za inne okazy, znów ogród posiadł wiele brakujących gatunków a gdy planowane remonty zostaną uskutecznione, przybędą lwy, łabędzie, osiołki i inne, dla uzupełnienia do pojedynczych samców czy samic znajdujących się w „ZOO”, któremu potrzeba samic dla daniela białego , bażanta złotego, dzika, samca dla lochy. Dla uzupełnienia, jak zwierzęta były oswojone przed wojną a nawet i teraz, wspomnę o ucieczce paru niedźwiedzi wyrośniętych w r.1949 i ich zagnania do pomieszczeń po parogodzinnym pobycie na wolności. Opisywał to” Ekspres warszawski” w sposób humorystyczny . Udało mi się je w końcu zagonić zwabieniem jabłkami do pomieszczeń. A już w obecnym roku podobna scena z wilkami z tą tylko różnicą, że samca dopiero trzeciego dnia po ucieczce, ująłem za miastem. A jak to się stało opowiem: Oto 30 kwietnia o godz. 5,30 rano zbudzony zostałem przez milicję, by natychmiast jechać do „ZOO” /dorożka czekała przed domem/, gdyż w ogrodzie grasują wilki. Natychmiast ruszam. Otwieram furtkę, przed którą czekało już kilku milicjantów i garstka przygodnych widzów i wchodzę do „ZOO”. Rzeczywiście widzę, jak para wilków biega po ogrodzie. Uzbrojona milicja posuwa się za mną w głąb. Dla pewności biorę z komórki widły i tak zabezpieczony staram się je zwabić do wilczarni, którą przed chwilą otworzyłem pozostawionymi przez dozorców kluczami. Wilki nie wykazują agresji, przez pierwszych parę kwadransów biegają jak szalone aż w końcu udaje mi się zagnać ciężarną wilczycę na korytarz i oddzielić od ogólnego pomieszczenia, do którego następnie zwabiam wilka, ale niestety nie udaje się. Spłoszony rykiem samochodu odbiegł ode mnie pod płot, dał wielkiego susa przez ogrodzenie i pobiegł z kilkaset metrów, gdzie po drodze na terenie szkoły Nr.5 wpadł do dołu po wapnie, skąd nie mógł się wydostać. Dano znać do oprawcy. Przyjechał, wilk jednak stryczek zerwał i umknął w kierunku baraków wojskowych. Była już godzina 8 rano. Wiele osób postronnych otaczało zbiega nim znów nadjechał oprawca z budą. Ale wilk znów się zerwał ze stryczka przegryzając go i pomknął w świat zaroślami. Wkrótce krążyły różne pogłoski. Mówiono, że widziano go to tu, to tam, w pobliżu, na krańcach miasta, to znów, że pobiegł w kierunku lasów tyszowieckich. Pogodziłem się już prawie……
przedruk: Bożena Kamaszyn-Gonciarz

__________________________________________________________________________________________________________

Stefan Miler w Zamościopedii Andrzeja Kędziory-http://www.zamosciopedia.pl/index.php/mf-mn/item/2644-miler-stefan-1888-1962-zasluzony-profesor-gimnazjow-i-liceow-zamojskich-zalozyciel-i-dlugoletni-opiekun-ogrodu-zoologicznego-przyrodnik-dzialacz-spoleczny-legionista

Henryk Mikołaj Miler (ojciec Stefana, powstaniec styczniowy) w Zamościopedii Andrzeja Kędziory: http://www.zamosciopedia.pl/index.php/mf-mn/item/685-MILER%20HENRYK%20MIKO%C5%81AJ%20(1838-1921)%20weteran%20powstania%20styczniowego

Zoologiczny Ogród w Zamościopedii Andrzeja Kędziory: http://www.zamosciopedia.pl/index.php/zb-zz/item/4606-zoologiczny-ogrod

Zoologiczny Ogród – Zwierzęta w Zamościopedii Andrzeja Kędziory (2018 r. – ponad 3 tys. osobników): http://www.zamosciopedia.pl/index.php/zb-zz/item/4624-zoologiczny-ogrod-zwierzeta

________________________________________________________________________________________________________

Wacław Bajkowski „Ogródek jakich mało” – wydanie Zamość 1924 r. – drukarnia Sejmiku Zamojskiego – udostępnia w domenie publicznej Biblioteka Narodowa w Warszawie. Tekst nie jest pełny (było 11 stron). Więcej o autorze broszurki w Zamościopedii Andrzeja Kędziory: http://www.zamosciopedia.pl/index.php/ba-bd/item/2069-bajkowski-waclaw-1875-1941-adwokat-dzialacz-spoleczny

_________________________________________________________________________________________________________

Centrum Kultury Filmowej „Stylowy” w Zamościu zaprasza.

PROGRAM:e.10.2018 | czwartek | Centrum Kultury Filmowej „Stylowy” w Zamościu

18:00 Uroczyste otwarcie 4. Zamojskiego Festiwalu Podróży „Eskapady Kresowe”.
Damian „Wolf Wagabunda” LEMAŃSKI – projekcja filmu pt. „Restauracja”, reż. D. Lemański, spotkanie z podróżnikiem

5.10.2018 | piątek | Centrum Kultury Filmowej „Stylowy” w Zamościu

18:00 Marek MARCOLA – Chile na chwilę
19:00 Jacek WNUK – Z dziećmi w góry Rumunii i Bałkanów
20:00 Tomasz OWSIANY – Pod ciemną skórą Filipin

6.10.2018 | sobota | Centrum Kultury Filmowej „Stylowy” w Zamościu

18:00 Michał KIEŁBASIŃSKI – Ultramaraton przez Jukon i Alaskę

19:00 Oswald Rodrigo PEREIRA – Polska zimowa wyprawa na K2 2017/18 – autorska relacja reporterska spod K2

20:00 Ryszard PAWŁOWSKI – K2 1996

7.10.2018 | niedziela | Lwów

5:00 „SMAKI LWOWA” – wycieczka jednodniowa do Lwowa z Biurem Turystycznym Quand – informacje i zapisy:
BT Quand, www.quand.com.pl , tel. 84 542 19 93

Bilety wstępu na każdy dzień festiwalu (czwartek, piątek, sobota) – 6 zł – do nabycia w kasach CKF Stylowy w Zamościu, ul. Odrodzenia 9 lub online: www.stylowy.net

Rajd Jesienny pamięci Ryśka Bałabucha.

Puławy zapraszają przewodników i sympatyków.
Zakładowy oddział PTTK zaprasza w dniu 13 października 2018 r. (sobota) na rajd JESIEŃ w wąwozach. Zbiórka uczestników o godz. 7:40 Puławy na ul. Wojska Polskiego (przystanek MZK). Odjazd autobusem MZK linii nr 12 o godz. 7.50 w kierunku Bochotnicy. Po drodze możliwość zrobienia ogniska w wąwozie. Kiełbaski uczestnicy zapewniają sobie we własnym zakresie. Powrót do Puław wynajętym busem, koszt 5 zł płatne u kierowcy.

Trasa rajdu
Bochotnica – WIERZCHONIÓW –Celejów- Siwy Dym-Las Stocki
ok. 13 km

 

Wyjazd do Kozłówki

Koleżanki i Koledzy
Wyjazd do Muzeum Zamoyskich w Kozłówce odbędzie się 11 października  2018 r. Jest to pierwszy dzień konferencji pt. „Ziemianie w walce o Niepodległą”. Wśród  prezentowanych sylwetek znalazły się między innymi takie osoby jak: Maurycy Zamoyski, ks. biskup Marian Fulman, Adam Zamoyski, Aleksander Leszek Zamoyski, rodzina Kołaczkowskich, gen. Stanisław Szeptycki,
Koszt wyjazdu 50 zł (transport, ubezpieczenie, zwiedzanie pałacu).
Obiad we własnym zakresie.
Zapisy i wpłaty do 7 października 2018 r. do kol. Wiesi tel. 693124585 i kol. Jadzi tel.516134885
Z turystycznym pozdrowieniem Maria

_______________________________________________________________________________________________________

Relacja z wyjazdu tutaj: http://przewodnicyzamosc.pl/archiwa/8061

Szkolenia przewodnickie – sezon 2018/2019

Koleżanki i Koledzy zapraszam
27 września 2018 r. o godz. 16:15 na szkolenie „Ogród Zoologiczny w Zamościu”, w szkoleniu będzie brała udział rodzina Stefana Milera i kol. Bożena Kamaszyn, miejsce spotkania przekażę nieco później.
Muzeum Zamoyskich w Kozłówce organizuje w dniach 11-13 października 2018 roku sesję naukową pt. „Historia pisana życiorysami. Ziemiaństwo w walce o Niepodległą”. Dnia 11 października swoje dwa wystąpienia będzie miał kol. dr Jacek Feduszka,  tematy; „Maurycy Klemens Zamoyski (1871 – 1939), XV ordynat zamojski, dyplomata, współtwórca Polskiego Komitetu Narodowego we Francji 1914-1919”, „Struktury POW w wydarzeniach listopada 1918 roku w Zamościu i w okolicach”.
Planujemy wyjazd autokarowy, prosimy wszystkich zainteresowanych o kontakt e-mailowy lub zgłaszanie się do kol. Wiesi Poździk, lub kol. Jadzi Kozłowskiej do końca września.  Koszty i szczegóły podam w późniejszym terminie. Na marginesie dodam, że sesja jest niezwykle ciekawa, więc warto skorzystać, szczegóły na stronie Muzeum Zamoyskich w Kozłówce.
Z turystycznym pozdrowieniem – za Zarząd
Prezes Koła Przewodników Maria Rzeźniak

Zaproszenie do Bondyrza

Muzeum Historyczne Światowego Związku Żołnierzy AK Okręg Zamość im. ppłk Stanisława Prusa ps. Adam w Bondyrzu zaprasza na otwarcie nowo wyremontowanych pomieszczeń muzealnych w dniu 28.09. 2018 r. (piątek) o godz. 14:00.
Ponad dziesięć lat temu, nie żyjący już twórca Muzeum w Bondyrzu, Jan Sitek opisał historię utworzenia muzeum na stronie internetowej Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej Okręgu Zamość – dla przypomnienia link:  http://akzamosc.pl/historia-muzeum/.