Wspomnienia o dr Felicji ze Szczepańskich Piwowarkowej
Jak zegarek stanie to ja umrę. Tak mówiła moja mama. Był w Szczebrzeszynie taki zegarmistrz – Zabiciel się nazywał – zawsze naprawiał ten zegarek, chociaż nie mógł, ale musiał… Mama otrzymała go mając 14 lat i od tamtej pory towarzyszył jej aż do śmierci, a zmarła w wieku 92 lat! To był zegarek na rękę („cebula”), srebrny. Podarowano jej też modlitewnik, który do końca życia miała ze sobą. Zachował się ołówek, którym pisała maturę, różaniec. Całe życie była bardzo religijna – zbierała nawet obrazki – większość z nich podarowali jej uczniowie, którzy zostali księżmi. Jeszcze parę drobiazgów z różnych okazji.
Taka była skrupulatna. Tak zaczęła swoją opowieść o dr Felicji Piwowarkowej jej córka Magdalena z Piwowarków Kozakowa kilka lat temu, którą za jej zgodą mogłam zapisać i udostępniać
***
Dr Felicja ze Szczepańskich Piwowarkowa, bo jej osoby dotyczą te wspomnienia, urodziła się 27 sierpnia 1895 roku w Samborze w województwie lwowskim. Rodzicami Felicji byli Wincenty i Teodora Stanisława z Longchampsów Szczepańscy. Do roku 1906 wraz z rodzicami mieszkała w Samborze, później wyjechali do Gorlic; tutaj Wincenty Szczepański objął posadę dyrektora w Gimnazjum Męskim.
Felicja Maria była pierworodną córką Szczepańskich – kolejno urodzili się: Kazimierz, Jadwiga, oraz Adam, (jedno z dzieci zmarło). Szkołę średnią ukończyła w Gorlicach – były to Prywatne Komplety Żeńskie. Na tych Kompletach dotarła do matury, którą zdała w systemie eksternistycznym z odznaczeniem 12 czerwca 1914 roku.
W 1914 roku rodzice mamy – relacjonuje córka – Magdalena z Piwowarków Kozakowa wyjechali do Grätzu, gdzie ukończyła Kurs Handlowy – wyjazd Szczepańskich do Grätzu zapewne spowodowany był ciężkimi i krwawymi walkami toczącymi się w rejonie Gorlic u wyjścia do przełączy dukielskiej: jak sądzę była to urzędowa ewakuacja.[1] Po zakończeniu działań wojennych powrócili do Sambora, od października 1915 roku – 1920 roku studiowała na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie (wśród różnorodnych pamiątek zachował się indeks nr 14826). Podczas studiów poznała swoją najlepszą, dozgonną przyjaciółkę – Adelę Sommer z Rzeszowa – ojciec Adeli był weterynarzem w Gorlicach i miał tam nawet własny dom, należy więc sądzić iż przyjaźń sięgała jeszcze okresu sprzed pierwszej wojny.
Fot. 1 – Felicja Szczepańska z lewej z Adelą Sommer (1916 rok), zbiory Rodziny Olech z Podborcza
Na Uniwersytecie Jagiellońskim obroniła w 1926 roku pracę doktorską na temat „Józef Korzeniowski jako powieściopisarz”; rok wcześniej otrzymała dyplom Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, upoważniający ją do nauczania języka polskiego w szkołach średnich i seminariach nauczycielskich. Tak zaczął się żywot tułaczy…
Fot. 2 – Dyplom Felicji Marii Szczepańskiej z tytułem doktora filozofii uzyskany na Uniwersytecie Jagiellońskim, zbiory Magdaleny z Piwowarków Kozakowej
W latach 1926 -1929 pracowała jako nauczycielka języka polskiego w Gimnazjum Państwowym im. Hetmana Jana Zamoyskiego w Zamościu. W roku 1929 wyszła za mąż za Jana Piwowarka, swojego ucznia, który początkowo uczył się u OO. Bernardynów w Radecznicy, a następnie przeniósł się do Zamościa. Tam poznał mamę – kontynuuje wspomnienia Magdalena z Piwowarków Kozakowa – różnica wieku pomiędzy nimi wynosiła 14 lat. Dzisiaj byłoby to całkiem naturalne, w tamtych czasach to był skandal, ze względu na to, że on był uczniem, a ona nauczycielką. Ale dobrze się skończyło, bo całe życie rodzice bardzo się kochali i opiekowali się sobą nawzajem.
Ślub wzięli w Kryniczkach, świadkiem był ojciec Jana i jakiś ksiądz, chyba prefekt z Zamościa – dr Felicja nie chciała pozostać w Zamościu – na własną prośbę została przeniesiona do Hrubieszowa. Uczyła języka polskiego w Gimnazjum Państwowym im. Stanisława Staszica w okresie od 1 sierpnia 1929 roku do 1935 roku. Było im ciężko, gdyż ojca powołali do wojska, a ona została z dwójką dzieci, starała się o finansowe wsparcie dla matek samotnie wychowujących dzieci, ale jej odmówiono. Pomyślała więc, że będzie jej lżej jak przeniesie się do rodziny do Sambora.
Fot. 3 – Felicja Szczepańska (data nieznana), zbiory Magdaleny z Piwowarków Kozakowej
Od 1 września 1935 roku zamieszkaliśmy w Samborze. Nie było lżej, ojciec po powrocie z wojska był bezrobotny, później dostał pracę w Nisku i tam rodzice się przenieśli. Od 1 lipca 1937 roku do wybuchu wojny mama pracowała w Gimnazjum im. J. Czarneckiego w Nisku. Wtedy było im lżej – już tych dwoje dzieci (ja i mój brat Aleksander) podrosło troszeczkę. Ojciec miał pracę. Po wojsku uczył się i zdał maturę eksternistycznie – mama mu bardzo w tym pomagała. W 1939 roku we wrześniu rodzice część naszych rzeczy, większość zostawili w Nisku, wzięli na furmankę. Do dziś pamiętam płonący Janów, kiedy jechaliśmy pod lasem, a szosą szło jeszcze polskie wojsko. Uciekliśmy do Podborcza. Dziadkowie ze strony ojca to byli rolnicy. W Podborczu rodzice cały czas byli z nami, z tym, że ojca zabrali na roboty, w którym to roku było nie pamiętam.
Mama przez pierwszy rok (od 1939 do 1940) była nauczycielką w szkole podstawowej w Podborczu, zatrudniona oficjalnie, z tym, że później przyszedł tam nauczyciel, a mamie powiedziano, że nie ma kwalifikacji do tego, bo jest przygotowana do nauczania w szkole średniej a nie podstawowej. Wtedy została bez środków do życia, tyle co rodzice ojca pomagali, ale u nich nie było za bogato, utrzymywali się z ziemi, to była uboga rodzina. Na dodatek uciekinierzy z wojska idąc przez wieś w 1939 roku zaprószyli ogień, od którego zapaliła się stara kuźnia, a od tej kuźni spłonęło pół wsi, w tym zabudowania dziadka, tak, że nawet mieszkanie trzeba było wynająć. Rodzice wynajmowali mieszkanie u Sykałów.
Jak ojca zabrali (był na robotach w Austrii), to mama zajmowała się handlem. Do dziś pamiętam jak nosiła na rękach jak dziecko, połacie cielęciny do Szczebrzeszyna i z tego jakoś się utrzymywaliśmy. Do dzisiaj mam starą maszynę, na której szyła chłopom portki z lnu, tym też zarabiała. Wtedy gdy ojciec został zabrany, razem ze wszystkimi mężczyznami z Podborcza, same kobiety we wsi zostały. Pamiętam jak moje cioteczne siostry orały, siały, wszystko same w polu robiły.
Fot. 4 – Felicja ze Szczepańskich Piwowarkowa z córką Magdaleną (pierwsza z lewej na dole, w ciemnej chustce) podczas okupacji z grupą kobiet i dzieci z Podborcza. Autor fotografii i właściciel nieznani.
Mama brała udział w tajnym nauczaniu we wsi Gorajec, ale ja pamiętam, że i do Radecznicy jeździła, pamiętam, bo już miałam wtedy pięć lat. Zapamiętałam jak uciekali, jak się kryli po chałupach, tajne komplety odbywały się w tym czasie kiedy aresztowano mężczyzn. Była obawa przed łapankami. Mam jakiś dokument potwierdzający pracę mamy na tajnych kompletach, ale nie zaliczono jej tej pracy do emerytury.
Ojciec wrócił wcześniej, bo ciocia Ada (Adela Sommer) wystarała się o zastępcę za niego. Jak ten zastępca pojechał, to ojciec szybko wrócił, aby się Baor nie rozmyślił i nie zatrzymał ich obydwu. Przyrzekł wtedy, że nie będzie rościł żadnych pretensji o odszkodowanie. Ojciec miał dwie siostry, jedna z nich zmarła w czasie wojny na gruźlicę.
Od 1 września 1947 roku mama uczyła języka polskiego w Gimnazjum Ogólnokształcącym w Szczebrzeszynie, zatrudniła ją p. Janina Jóźwiakowska. Gdy mieszkaliśmy w Szczebrzeszynie do naszego domu często przychodził Czesio Bartnik [ksiądz profesor, zmarł w 2020 roku] – mama była bardzo życzliwa dla niego, często mu pomagała. Po wojnie to była bieda, pamiętam jak nie było co jeść. Otrzymywaliśmy takie paczki z UNRY[2] – tam były takie ciasteczka… W tym czasie mój brat Aleksander zachorował na gruźlicę.
Fot. 5 – Aleksander Piwowarek (data nieznana), fotokopia, zbiory Reginy Smoter – Grzeszkiewicz.
Z powojennych szczebrzeszyńskich lat lat zachowało się, nadesłane przez Aleksandra Piwowarka, zdjęcie nauczycieli pracujących w gimnazjum, wykonane przez ówczesnego szczebrzeszyńskiego fotografa nazwiskiem Rybak, w czerwcu 1945 roku. Znajdują się na nim: górny rząd od lewej – 1. Józef Niechaj (jęz. angielski, historia), 2. Sobiecki (gimnastyka), 3. Jan Kot (prace ręczne), 4. Pilip (pełnił obowiązki woźnego) 5. Jerzy Lubos (łacina), 6. Buczko (woźny), 7. Antoni Pomarański (matematyka), 8. Kazimierz Jonko (uczył śpiewu), 9. Jan Podlewski (biologia), 10. Sławek (geografia). Poniżej siedzą 1. Irena Kilarska (uczyła rysunków), 2. Kołodziejczykowa (sekretarka szkolna), 3. Sowiecka (jęz. polski, j francuski, geografia), 4. ks. Michał Popielec (katecheta, łacina), 5. Janina Jóźwiakowska – dyrektor szkoły, przedmiotem jej zajęć był jęz. francuski, 6. ks. Franciszek Kapalski (katecheta), 7. Felicja ze Szczepańskich Piwowarkowa (jęz. polski), 8. dr Stefan Jóźwiakowski (lekarz szkolny), 9. Stefania Rzepecka (jęz. niemiecki)
Fot. 6 – Nauczyciele pracujący w szczebrzeszyńskim gimnazjum (1945), zbiory Aleksandra Piwowarka
***
Życie w Powojennym Szczebrzeszynie nie było łatwe – opowiada Magdalena z Piwowarków Kozakowa, pamiętam jak za moim ojcem szło takich dwóch, nie wiem, czy to byli cywile, czy wojskowi, a że ojciec się oglądał więc uznali, że się boi i przyszli za nim do domu. Wtedy p. Jóźwiakowska (mieszkała w tym samym domu co my, ona zajmowała dwa pokoje z kuchnią, my jeden) zaczęła rozmawiać z nimi po rosyjsku. Postawiła litr wódki, popili, udobruchali się i sobie poszli. Takie były przeżycia, które ja pamiętam.
Gdy do Szczebrzeszyna przyjechał z wizytą duszpasterską biskup Stefan Wyszyński, był wówczas ordynariuszem lubelskim, wraz z biskupem Golińskim, byli u nas w domu. Biskup Goliński zaprosił moją mamę na swoją konsekrację. Tekst zaproszenia które mama otrzymała brzmi:
Mam zaszczyt poprosić Panią Profesorkę o obecność i wspólnotę modlitwy podczas mojej konsekracji biskupiej, którą otrzymam w Katedrze Lubelskiej w niedzielę 3 sierpnia o godzinie 10.00 rano z rąk Ich Ekscellencyi Najwielebniejszych Księży Biskupów dr Stefana Wyszyńskiego ordynariusza lubelskiego, dr Michała Klepacza ordynariusza łuckiego i dr Stefana Czajki sufragona częstochowskiego.
Ksiądz dr Zdziasław Goliński biskup nominat tytuł emeryjski koadiutant stolicy biskupiej lubelskiej.
Było to w roku 1947, mama nie pojechała, ale wysłała list. W odpowiedzi na niego biskup Goliński przesłał serdeczne podziękowanie (do dziś znajduje się wśród rodzinnych pamiątek). Jako ciekawostkę dodam, że biskup Goliński uczył w Gimnazjum w Zamościu w latach 1922-1926.
Mama przyjaźniła się z Zosią Skuliczową i Adelą Sommer, przyjaźniły się od wczesnej młodości i ta przyjaźń zachował się do śmierci. Spotkały się wszystkie w 1947 roku i wtedy ofiarowały sobie ryngrafy. Adela Sommer, „ciocia Ada”, jak ją nazywaliśmy z bratem, miała wielu uczniów, a właściwie uczennic z Zamościa. Przychodzili do niej, odwiedzali ją, była bardzo dobrym pedagogiem.
Adelę Sommer należałoby raczej wiązać ze szkolnictwem lubelskim, niż zamojskim – opowiadał Aleksander Piwowarek [przez kilka lat utrzymywałam z nią kontakt listowny]. Od zakończenia wojny, aż do przejścia na emeryturę, pracowała w Lublinie w Szkole Budownictwa przy Al. Jana Długosza. Był to niesłychanie wartościowy człowiek. Rozmiłowana i oddana polskiemu językowi i polskiej literaturze. Wśród jej uczniów była trojka szczebrzeszaków: Marian Bronikowski, Henio Kowalczyk [syn Leonarda, „Kawki”] i Marian Kleban. Jej uczniami byli również: aktor Marian Rułka, i późniejszy długoletni dyrygent orkiestry Polskiego Radia we Wrocławiu Jerzy Zabłocki. Także Bogdan Łazuka jest absolwentem Lubelskiej Szkoły Budownictwa, czy jednak był uczniem Adeli, nie jestem pewny.
Od 1 listopada 1947 roku pracowała w Liceum Pedagogicznym, a jak zmienił się profil szkoły w Liceum Ogólnokształcącym. Brała udział w pracach Komisji Rejonowych kształcących nauczycieli, Komisje te powołano dlatego, że po wojnie brakowało nauczycieli na wsiach. W latach stalinowskich została odsunięta od pracy nauczycielskiej, wtedy ukończyła trzy kursy:
w roku 1950 kurs bibliotekarski,
w roku 1957 kurs bibliotekarski dla pracowników Liceów Pedagogicznych,
w roku 1958 kurs bibliotekarski dla pracowników bibliotek szkolnych.
Od 1 września 1969 roku pracowała jako bibliotekarka w Liceum Ogólnokształcącym, 1 września 1971 roku przeszła na emeryturę, w zawodzie przepracowała pięćdziesiąt lat. Na stałe rozstała się z pracą w 1976 roku.
Fot. 7 – Zaproszenie na studniówkę, zbiory Aleksandra Piwowarka
***
W środowisku szczebrzeszyńskim dr Felicja ze Szczepańskich Piwowarkowa znana była jako „Pantarka”. Dlaczego? Pantarka, to dziki ptak – mówi córka Magdalena, mama nigdy nie chodziła na żadne przyjęcia, na żadne rauty, nie znosiła tego i może dlatego tak ją nazwano.
Rodzice mamy mieli służbę, dziadzio był dyrektorem szkoły, a babcia nie pracowała. Mimo to, dziadzia stać było na utrzymanie kucharki, niani do dzieci, kogoś do sprzątania (mieli w Samborze duży dom). I moja mama – miała wtedy około 10 lat oburzyła się na to, że rodzice wyzyskują służbę. Uciekła na znak protestu z domu, bo powiedziała , że nie będzie patrzeć na ten wyzysk. Była więc socjalistką od tamtych czasów. Miała poczucie odpowiedzialności, nigdy nie chciała nikogo skrzywdzić.
Może opowiem jak było z jej postawą moralną: to było zaraz po wojnie, mama udzielała lekcji łaciny, dorabiała sobie w ten sposób poza pracą w Liceum. Uczestniczyła też w Komisjach Maturalnych i Komisji Rejonowej. Czasami coś komuś pomogła. Jednego razu ktoś przyszedł z darem wdzięczności, więc go wygoniła mówiąc: „nie dość, że tam (na egzaminie) byłam nie całkiem uczciwa, to jeszcze mam za to pieniądze wziąć?” To był fakt. To wpływało na nasze wychowanie, na wychowanie dzieci, ponieważ ja jestem nauczycielką i też się zdarzało, że pomagałam.
Moja mama zawsze lubiła słodycze i zawsze miał coś słodkiego przy sobie, natomiast w piątki nie wolno było, tak jak inni mają na mięso post, mama miała post na słodycze. Znała kilka języków obcych, oprócz łaciny jeszcze niemiecki, podstawy francuskiego, ukraiński, grecki. Tego wszystkiego wymagał i pilnował, aby zdobyła taką wiedzę, dziadzio Wincenty. Mama opowiadała dlaczego nie urosła, bo musiała się ciągle uczyć, dotąd aż się nauczyła, po nocach się uczyła. Jej dzieciństwo było pracowite; dziadzio sam był przecież sierotą i wiedział co to wiedza, dlatego wszystkie dzieci wykształcił.
Mama zmarła u mnie w domu, w Lublinie. Do końca zachowała świadomość, do końca zachowała trzeźwość umysłu. Trochę sklerozy było, jak wiedziała, że jesteśmy w domu po południu, bo wszyscy z pracy wracali, wtedy wszystkich nas wołała żebyśmy się meldowali zapominając, że wcześniej kogoś już widziała, i tak było ciągle. Ostatnie cztery lata swego życia przeleżała w łóżku, miała uszkodzone biodro i nie mogła chodzić. Rano lubiła sobie podrzemać, patrzyła na gwiazdy w nocy, patrzyła na chmurki w dzień i mówiła „że jej bardzo dobrze, że widzi całe piękno świata”. Była bardzo pogodna do końca. Spokojna. Czasami zapominała gdzie jest, ale pamiętała momenty ze swego dzieciństwa, śpiewała różne piosenki z czasów młodości.
Zmarła 6 listopada 1987 roku wieczorem. Przewieziona została do Gorajca, grób był już wcześniej przygotowany przez ojca. Na pogrzebie było bardzo dużo ludzi (tam w okolicach mieszka rodzina ojca), byli znajomi, oczywiście cała rodzina mojego ojca i cały samochód młodzieży ze Szczebrzeszyna z p. Janem Makarą na czele, który odczytał piękną mowę pożegnalną, przypominając wiele faktów z jej życia. Bardzo pięknie to zrobił. Byłam zaskoczona. Wielu faktów, które on przedstawił nie znałam. Młodzież niosła trumnę z samochodu do kościoła. Przywieziono bardzo wiele kwiatów, wieńców, do dzisiaj nieznani mi ludzie składają wieńce i kwiaty na grobie. Na pogrzebie było ze mną wiele moich koleżanek, dom moich rodziców zawsze był otwarty dla moich przyjaciół.
Pan Jan Makara [nauczyciel w Liceum Pedagogicznym i Ogólnokształcącym w Szczebrzeszynie] nad grobem mojej mamy powiedział m. in. tak:
Zebrani smutkiem Żałobni Słuchacze, znajdujemy się na cmentarzu, jak gdyby w banku, do którego rodziny z konieczności i na zawsze składają swoje największe skarby, pozostawiając mogiły niespełnionych nadziei. Zużywał się stopniowo przed nami organizm i wygasł. Ustał w końcu wszelki trud utrzymania równowagi, serce śpieszyło się do kresu a uwiędła ręka zanikającymi siłami ujęła chorągiew chciwej śmierci. Serce zatrzymało się w bezruchu, jak wahadło wykręconego zegara. Oczy, w których zastygł czas zamknęły wszelkie powroty w życie jak drzwi. Dłonie wyschły jak ruczaj. Umarły jako ostatnia nadzieja oraz najczystsza miłość do świata na zawsze odchodzącej. Życie stanęło jak zamarznięta rzeka, ciało stało się zimne jak stal, a twarz jak muszla zamknęła się na wszystkie pieczęcie, klęski i milczenia. Stygną ślady uprzednio żywych stóp. Krucha jest ludzka egzystencja, niemoc ludzkiego rozumu, nieporadność wobec potężnej i obojętnej natury. Materialna część człowieka jako bardzo złożona substancja ulega zmianom jednokierunkowym. Ciało ludzkie posłuszne jest jednemu prawu do narodzin i do śmieci. Do niej, jako nieodwracalnej decyzji losu należy się przygotować jak do egzaminu, do prób, a gdy wypadnie przy tym cierpieć, należy to czynić z godnością i w milczeniu, chorobie i samotności, starości, czy śmierci człowiek musi sprostać zwłaszcza sam. Umarłe ciało, nad którym płakały świece woskiem zatamowało czas, który rychło wyrówna swój bieg. Zmarła zostawiła rodzinie tobół smutku oraz puste dni i godziny. Trumna, której wieko przyskrzypnęło obolałe serca najbliższej rodziny, opadnie niebawem w czarną szczelinę wiecznego milczenia a dramat nasycony eschatologiczną trwogą i lamentem spływa często łzami w mogiłę. Zużyje się własne ciało wdeptane w cmentarz stopniami tygodni. Piersi zgniecie czas czarną łapą, mrówki godzin ogryzą kości jako pokutne okruchy grawitacji. Pomiędzy żywymi i umarłymi pozostaje przestrzeń. Gdyby tak można było rozgnieść mrok i zobaczyć cała prawdę. Z tego przed nami, dzisiejszego obrazu ludzkiego istnienia, spływa na nas smutna refleksja, uroda życia, życia z jednej strony, a z drugiej nietrwałość i przemijanie nie tylko ludzi, ale ich wytworów umysłów i rąk. Postarza nas śmierć bliskich, przyjaciół i znajomych…
Pogrzeb odbył się 10 listopada 1987 roku w Gorajcu. Ciało zostało złożone do rodzinnego grobowca na cmentarzu w Gorajcu, w porze wieczornej. Msza żałobna była odprawiana w miejscowym kościele.
Opracowała Regina Smoter – Grzeszkiewicz






