Pamiętniki Konrada Janusza Lipczyńskiego

Krzysztof Radziejewski
 
Wspomnienia Konrada Janusza Lipczyńskiego z kampanii wrześniowej 1939. Sowieci w Zamościu i Bortatyczach
 
    W rodzinie Lipczyńskich – ziemian spod Zamościa było trzech pamiętnikarzy: Grzegorz Lipczyński (1859 – 1942) Echa powstania styczniowego we wspomnieniach Grzegorza Lipczyńskiego |, Konrad Lipczyński (1874 – 1949) i Konrad Janusz Lipczyński (1919 – 2002). Pamiętniki Konrada Lipczyńskiego dzierżawcy majątku Ordynacji Zamojskiej w Bortatyczach z moim skromnym udziałem zostały wydane nakładem Archiwum Państwowego w Zamościu, w roku 2020. Były napisane przed II wojną światową i dotyczyły okresu od 1886 -1914 ze szczególnym uwzględnieniem pierwszego okresu Wielkiej Wojny, której walec przetoczył się również przez  Zamojszczyznę, w tym także przez Zamość i Bortatycze. Pamiętniki jego syna, również Konrada obejmują okres 1918 – 1945 i są kontynuacją dzieła Ojca. Pisane w szerszym kontekście, oprócz życia rodzinnego, obejmują okres nauki w Szkole Lubelskiej, na studiach w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie, działalności w korporacji akademickiej Jagiellonia, naukę w Szkole Podchorążych Rezerwy Kawalerii w Grudziądzu, udział w kampanii wrześniowej, działalności konspiracyjnej w Armii Krajowej na terenie Inspektoratu Chełm i zderzenie się z wojenną rzeczywistością Polski Lubelskiej, a także tą wydziedziczoną powojenną, na której kończył się świat ziemiaństwa, a zaczynał się okres wędrówki ludów za domem i chlebem na Ziemie Odzyskane.
    Cytowany in extenso fragment dotyczy jego osobistego udziału w kampanii wrześniowej, jako oficera 19 Pułku Ułanów, od mobilizacji II rzutu, walki na froncie za Bugiem i Styrem, wyrwaniem się z sowieckiego kotła pod Turką przy granicy z Węgrami, dostaniem się do sowieckiej niewoli w Komarowie, brawurowej ucieczce 40 spieszonych ułanów z konwoju jeńców na Starym Mieście w Zamościu (sic!) i pobycie w Bortatyczach na warunkach pierwszej sowieckiej okupacji, podsycanej kolaboracją zamojskich komunistów oraz Żydów.
    Pamiętniki Konrada Janusza Lipczyńskiego (juniora) znajdują się w końcowym etapie opracowania.
***** 
    Chociaż zanosiło się na wojnę, ale ciągle nikt nie dowierzał, że do niej dojdzie. A już przecież, od mowy Becka w sejmie, co było w marcu, czuło się powietrzu dosłownie, że to nastąpi. Taki dobry kawał przypomniał mi się w związku z tą mową. Otóż nasz karbowy z Bortatycz, Maluga, wysłuchał tej mowy w przerwie obiadowej w swoim aparacie radiowym i wieczorem będąc w kancelarii u Ojca na odprawie, powiedział z wielką troską, że nasze generały tak się wykrwawiły, że już się nie będą bić. Dopiero Ojciec mój musiał mu wytłumaczyć, że to jest przez niego źle zrozumiane. Bo Beck powiedział to tymi słowami: nasza generalicja, skrwawiona w tylu wojnach, nie ma już tego pędu i dynamiki. Jak widać zostało to przez ludzi opacznie zrozumiane, naturalnie pewną kategorię ludzi.
    Pomimo niepewnej przyszłości, wakacje spędziliśmy, jak w normalnych czasach. Szykowaliśmy się do balu w Mościskach, na którym miały być dwa powiaty: zamojski i krasnostawski. Dosłownie w przededniu zdarzył się wypadek, mianowicie, Tomka Suchodolskiego – syna[1], kopnął koń, jak wchodził do boksu. Przewieźli go do szpitala, gdzie go uratowano, ale już szramę na głowie miał do końca życia. Naturalnie odwołano gońcami całą zabawę. Natomiast już na bal pp. Łączyńskich[2] w Zaborzu, koło Rawy Ruskiej, pojechaliśmy z Włodkiem i Mietkiem. Było to 15 sierpnia, na Marii, imieniny panny domu. Było masę osób z Galicji i trochę królewiaków, a nawet warszawiaków – koleżanki i koledzy młodych Łączyńskich. Bal był do białego rana, doskonałe jedzenie i miła atmosfera. Zostaliśmy zaproszeni do pp. Żurowskich do Leszczkowa[3], też na bal, ale o 10 dni później. Rano, 16 sierpnia wyjechaliśmy samochodem Włodka do Bortatycz, a tam już zastaliśmy nasze powołania do pułków. Ja do swojego 19 Pułku Ułanów, Włodek do armii gen. Kleeberga, a Mietek do szwadronu jazdy dywizyjnej, zamojskiej, tj. trzeciej. I tak rozjechaliśmy się w różnych kierunkach, umawiając się, że będziemy na terenie Niemiec zostawiali o sobie wiadomości w najlepszych hotelach i restauracjach, naturalnie dużych miast.
    Ja dojechałem do Ostroga, jak już pułku nie było. Trwało formowanie drugiego rzutu rezerwistów. Zastałem na miejscu tylko rtm. Makowskiego[4], oficera mobilizacyjnego, kilku podoficerów, Janka Lipczyńskiego, który jako podchorąży najstarszego rocznika zawodówki miał już skierowanie do naszego pułku. Żołnierze, poza 1 szwadronem służby czynnej (z samych Ślązaków), to była rezerwa, tak jak oficerowie, podchorążowie. Za parę dni przyjechał Jędrek Kiełczewski[5], por. rez. Gołębiowski – redaktor Głosu Lubelskiego, Ligęziewicz [6]z Wołynia, Januszek Popławski, Włodek Bernard[7]. Mjr Wiśniowski[8] dojechał z Włodzimierza, gdzie był szwadron zapasowy, jak również rtm. Wichert[9], d-ca szwadronu karabinów maszynowych, który był chyba na jakimś kursie i nie wyszedł z pierwszym rzutem pułku.
    Po umundurowaniu rezerwistów i paru ćwiczeniach otrzymaliśmy rozkaz załadowania pułku do wagonów i drogą kolejową pojechaliśmy do Hrubieszowa, gdzie cała brygada miała się zebrać. Po drodze, jak staliśmy w Kowlu na bocznicy, spotkaliśmy Mietka Krychowskiego[10], który wraz z eskortą odwoził, zgodnie z rozkazem, sztandar pułkowy do Ostroga. To samo robił Dobraczyński[11], który odwoził sztandar 2 Pułku Strzelców Konnych do Hrubieszowa. Żaden z nich już nie brał potem udziału [w walkach] swoich pułków.
    Po wyładowaniu w Hrubieszowie spotkałem naszego kuzyna Żelka Zawadzkiego[12], rtm. 2 PSK, który od razu zawiózł mnie do rodziców, Bronisławy i Zygmunta Zawadzkiego[13], rejenta, gdzie zamieszkałem w ich domu, willi w pięknym otoczeniu. To był właściwie mój cioteczny brat, ale różnica wieku była tak wielka, że zawsze mówiłem mu wuju. Matka jego Maria Zawadzka, to było najstarsze dziecko mojego dziadka, Zygmunt był jej najstarszym dzieckiem, natomiast Ojciec był najmłodszym dzieckiem dziadka, dlatego był prawie rówieśnikiem Zygmunta, minimalnie starszym.
    Prawie na drugi dzień po przybyciu do Hrubieszowa, dostałem rozkaz i wraz z moim plutonem karabinów maszynowych objąłem obronę mostu kolejowego na Bugu. Karabiny ustawiłem na stojakach w czterech punktach i cały czas obsługa siedziała na stanowiskach, jak również był specjalny punkt obserwacyjny, położony w dogodnym miejscu, z którego można było wydawać komendy. Zakwaterowani byliśmy w pobliskiej wiosce, a furaż dostawaliśmy z batalionu Obrony Narodowej, rozmieszczonego wzdłuż Bugu na wioskach. Służbę zaczęliśmy w końcu sierpnia. Przez parę ładnych dni obserwowaliśmy ogromne transporty idące za granicę, podobno na Rumunię, z naszymi działkami ppanc. i plot., które według otrzymanych informacji były już sprzedane na Zachód. Dopiero potem, jak wybuchła wojna, zorientowaliśmy się, jak bardzo było ich brak dla uzupełnienia zniszczonych, ale kto to mógł przewidzieć.
    Nad Bugiem więc zastała mnie wojna. Dopiero jednak 8 września był bombardowany Hrubieszów i po raz pierwszy strzelaliśmy z naszych kaemów, lecz samoloty były na tak wysokim pułapie, że nie mogliśmy im nic zrobić. I zaraz wieczorem zostałem zawiadomiony gońcem, że mam zlikwidować nasze stanowiska i wracać do koszar, bo brygada jutro wyrusza.
     Późną nocą zjechaliśmy do koszar, a tu spotkała mnie niespodzianka, bo wezwano mnie do sztabu i major, już dziś nie pamiętam jego nazwiska, wiem, że z 2 PSK, rozkazał mi na powrót udać się nad Bug, żeby przekazać rozkaz sztabu dowódcy Obrony Narodowej, że przejmuje obronę mostu. Nie chciał w ogóle słuchać, że dopiero wróciłem z plutonem i mam masę spraw do załatwienia. Zacisnąłem zęby i po nocy poszedłem 8 km piechotą, bo nie było żadnego środka lokomocji, przekazałem zaspanemu majorowi ON rozkaz i ruszyłem z powrotem, tak że dostałem się do wujostwa o godz. 5. rano. Na łapu capu przepakowałem rzeczy potrzebne i już po śniadaniu o godz. 9. wyruszyłem z brygadą z rejonu Hrubieszowa. Jeszcze muszę tu dodać, że w międzyczasie porozumiałem się z Ojcem moim i stelmach z Bortatycz zrobił mi skrzynię, pasującą do wozu taborowego i końmi przywieźli mi ją do wujostwa. A siostra moja, która zjechała w tym czasie z Zamościa do Ojca, bo raz, że była przed urodzeniem Marysi, a drugie, żeby Ojciec nie był sam. I ona właśnie zapakowała do tej skrzyni taborowej całą wyprawę, a więc herbatę, kawę, cukier, suchary, czekolady, papierosy, dodatkowo dwie pary butów długich, bryczesów, a nawet szasery i sztylpy – tak jakbym miał występować na balach.
    Wyruszyliśmy. Brygada w 80 procentach konna, ale część była też na wozach, bo nie było jeszcze pełnego stanu koni, które dopiero w drodze uzupełnialiśmy. Zrazu wyruszyliśmy na kierunek zachodni, ale po dwóch dniach dostaliśmy rozkaz szybkiego marszu na wschód, żeby tam tworzyć drugą linię frontu. Mieliśmy już dwie bitwy, w których brał udział tylko 2 PSK i trochę 21 P.Uł.
    Gdy wyruszyliśmy nad Styr, dosłownie na drugi dzień wkroczyła armia sowiecka, co było dla nas potwornym zaskoczeniem – po prostu nie chciało się wierzyć. Z punktu rozkaz: maszerować na granicę z Rumunią i Węgrami, aby tylko przez nią przejść. Jeszcze pamiętam taki wesoły epizod z naszej marszruty, to chyba było pod Włodzimierzem, jak dowiedzieliśmy się, że jadą nasi ministrowie, a wśród nich Poniatowski[14], to Grzegorz Kowerski[15], sąsiad nasz, który był doskonałym kwatermistrzem naszego dywizjonu złapał Visa[16] i zaraz poleciał, śmiejąc się, że zaraz go ustrzeli. Był bardzo nielubiany przez ziemiaństwo z racji swoich przekonań, parcelacji majątków. Już w tej drugiej marszrucie, na wschód, mieliśmy co chwilę potyczki, poza tym stale mieliśmy do czynienia z bandami tej części Ukraińców, którzy byli wrogo nastawieni do nas. Musieliśmy z tej racji wysyłać wzmocnione patrole, bo mniejsze mogli znieść. W rejonie Kamionki Strumiłowej i Buska toczyliśmy dosłownie, bitwę z tymi bandami.
    Ale największe przeżycie spotkało mnie pod Rawą Ruską, kiedy w czasie bitwy nocnej leżeliśmy pod ostrzałem artylerii niemieckiej przy alei lipowej i wtedy zorientowałem się, że przecież tą drogą, 15 sierpnia, jechaliśmy na bal do Zaborza. Za nami była duża polana, na której była stacja kolejowa Zielonka i jak się zapaliły budynki od artylerii i kolejarze zaczęli koło nas uciekać, to spytałem, czy daleko stąd do Zaborza, to okazało się, że niecały kilometr. Powiedziałem wtedy do Jędrka Kiełczewskiego, który leżał przy mnie, że niezbadane są wyroki boskie. Dosłownie miesiąc wcześniej jechaliśmy tą drogą na bal, w wolnej Polsce, a tu raptem w każdej chwili [byliśmy] narażeni na śmierć.
    Rano po tej strzelaninie artyleryjskiej poszła cała nasza piechota do szturmu na linie niemieckie. Nie wytrzymali zmasowanego ognia i wtedy płk Halicki[17] wysłał naszą spieszoną kawalerię, a karabiny maszynowe po bokach. To zadecydowało i zdobyliśmy linie niemieckie. Jędrek miał w swoim szwadronie samych Ślązaków, tych ze służby stałej, którzy pozostali w Pułku i oni fantastycznie się bili. Pamiętam, jak taki niski wzrostem, ale krępy i dobrze zbudowany ułan, mówił: Panie Poruczniku, jak mu wbiłem ten bagnet, to aż na drugą stronę przelazł …  Drugi znowu chwalił się Parabellum[18] zdobytym na niemieckim oficerze. Codziennie musieliśmy zmieniać kierunek marszu, bo było tam wtedy masę innych oddziałów, nie było dobrej łączności, ani dobrego rozpoznania, mieliśmy tylko jeden samolot zwiadowczy, do którego zdobywano w cudowny sposób benzynę, żeby mógł kontynuować loty. W tym czasie straciliśmy gros naszych taborów, a i tak Grzegorz Kowerski w cudowny sposób zdobywał dla nas prowiant. Zawsze coś nam dawano w najbardziej różnorodny sposób. Nieraz były gęsi, nieraz jakieś mięso wieprzowe czy baranina, kiedyś był tylko świeży chleb i śmietana. Pamiętam, jak dwa dni staliśmy w Busku, majątku Badenich[19], gdzie Wacek Kiełczewski[20] gospodarował do wojny. Staliśmy w salonie i spali na pięknych kanapach, posadzki były zupełnie zadeptane.
    Szliśmy już wtedy na Lwów, który bronił się i nie dopuścił Niemców, a z drugiej strony napierały wojska sowieckie. Prawie doszliśmy pod Turkę na granicy z Węgrami i tam kilkanaście najrozmaitszych naszych jednostek biło się przez trzy dni z masami sowieckimi. Jednak całkowity brak amunicji i żywności zmusił naszych dowódców do kapitulacji. Pamiętam, jak wieczorem przyszedł rozkaz, że rano zdajemy broń i idziemy do niewoli.
    Zaczęliśmy się naradzać z Jędrkiem, co robić. Ja tylko powiedziałem, że po przeczytaniu książki Zofii Lutosławskiej napisanej po 1920 r., Bolszewicy w polskim dworze[21], nie chcę do nich iść. Moi ułani, a miałem samych poznaniaków, też spontanicznie postanowili nie iść do niewoli. Jędrek błysnął swoim talentem i tak jak Kmicic czy Wołodyjowski wyprowadził nas nocą z tego kotła sowieckiego. Konno w czterdziestu paru przemknęliśmy się wraz z moim wozem taborowym i w ciągu kilku dni dojechaliśmy do Wożuczyna, majątku cukrowni. Tam nocowaliśmy u p. Kierskiego, administratora.
    Na drugi dzień rano wyjechaliśmy, a ja głupi zamiast zostawić moją skrzynię u niego, zabrałem ją dalej. Jak już dojeżdżaliśmy do Cześnik, cały czas jadąc polnymi drogami, wpadliśmy na pomysł, żeby zajechać do Krynic, do Stryja Grzegorza i dowiedzieć się, jak przetrwali. Wtedy skręciliśmy na Komarów, słynny z bitwy w 1920 r., i tam wpakowaliśmy się w morze sowieckie, [które tysiącami] leżało na rynku, polach, na snopkach zabranych ze stert zboża. Jak nas ta tłuszcza dopadła, to pozabierali nam konie, same piękne remonty, siodła, pasy, torby polowe i naturalnie dobrali się do mojego wozu taborowego, do którego moje chłopaki z obsługi ckm – ów pochowali swoje Visy, bo żal im było tej pięknej broni zostawić w lesie. My już nie mieliśmy żadnych odznak oficerskich, ani podoficerskich, odstawialiśmy prostych ułanów. Na rzeczy, powiedzieli ułani, że to jakiegoś oficera, a o pistoletach nawet nie wiedzieli. Powiedzieli, że ten wóz znaleźli w lesie. Co to znaczyło wtedy, takie nierozsądne postanowienie jechania do Krynic! Przecież bocznymi drogami dojechalibyśmy do samego domu. Nikt nie przypuszczał, że te dranie tak nas ogołocą. Od Komarowa szliśmy piechotą na Zamość, a pogoda już się wtedy popsuła. Było zimno i siąpił cały czas deszczyk. Wtedy poczuliśmy o ile jest zimniej, jak się nie ma pasa.
    Już za Łabuniami (majątek Kołaczkowskich[22]), na szosie stał tłum naszych żołnierzy, ustawionych w szeregach, z boku stały dwa czołgi sowieckie, a idącym kazano dołączać. Obok stały Żydówki z czerwonymi kokardami i wręczały nam bułki, które były w olbrzymich skrzyniach. Staliśmy tak ze cztery godziny, a za nami urósł też parotysięczny tłum. Wtedy padł rozkaz marszu na Zamość. Po bokach szli kacapy z karabinami, ale w stosunku do tego tłumu, który wynosił dobre kilka tysięcy żołnierzy, była to słaba eskorta. Ponieważ szliśmy całą naszą grupą, więc porozumieliśmy się, że to nie wygląda ciekawie i postanowiliśmy, że ja, który zna miasto najlepiej ich poprowadzę. Umówiliśmy, że jak wejdziemy w stare miasto, gdzie są wąskie uliczki, to na dany mój znak wszyscy polecą za mną, a ja  wyprowadzę ich taką kamienicą z przejściem na drugą stronę miasta. Tak zrobiliśmy, jak minęliśmy kino i weszli w wąską ulicę, jeszcze przed rynkiem, cała nasza czterdziestka popruła za mną, a następnie stłoczyła się tak, żeby nie było luki. W ten sposób idąc jeszcze przez kilka domów, wyszliśmy za cmentarzem opłotkami  z miasta. Potem bocznymi drogami przez Hyżę[23], wstąpiliśmy na chwilę do pp. Sajkiewiczów. Oboje leżeli w łóżkach, bo p. Adam orzekł, że najlepiej udawać, że są staryki i balnoje. I tak 6 października wylądowaliśmy w Bortatyczach.  Cały dom był pełen uciekinierów, a w pokojach trudno było znaleźć wolne miejsce.
    Hanka urodziła Marysię 18 września i jeszcze zdążyli przywieźć akuszerkę z Zamościa, która była umówiona, a wszystko odbyło się szczęśliwie i zdrowo.
    Mieliśmy jeszcze cztery dni sowietów, bo na podstawie nowego porozumienia z Niemcami, musieli cofnąć się za Bug. Słuchaliśmy radia i jak podano 8 października, że cofają się z naszych terenów, to zapanowała powszechna radość. Te parę dni, które jeszcze spędziliśmy pod ich okupacją były bardzo uciążliwe. Codziennie rano od godziny 6. co chwilę wpadali do domu i buszowali, a ponieważ dom był pełen uciekinierów, po rusku bieżeńców, nie bardzo mogli rabować, widocznie krępowali się trochę. I tak do samego wieczora były ich wizyty. Dom wyglądał, jak po przejściu Hunów, bo nanosili masę błota, gdyż pogoda była ciągle deszczowa.
    Pamiętam, chyba drugiego dnia mojego pobytu, jak zajechało dwóch oficerów, którzy wchodząc do holu, bardzo skrupulatnie wycierali buty w wycieraczkach. Ojciec powiedział im, że nie trzeba bo dom i tak jest cały zaśmiecony, to jeden z nich, podobno lekarz, tak mu odpowiedział: niet, ja muszę, bo ja żeniaty na Polku i jak mam brudne sapagi to ona w mordu bijut – taka kultura ! Jeden tylko raz taki oficer, Kowalew ze swoim deńszczykiem[24], nocował we dworze. Siedział z nami przy kolacji w stołowym pokoju i bawił nas rozmową. Okazało się, że był kapralem w armii carskiej, potem został awansowany na oficera. Był rozmowny, opowiadał o swoim życiu, namiętnie lubił gry hazardowe i chwalił się, że nigdy nie przegrywa. Jak Ojciec spytał czy zawsze mu karta idzie, że ma takie sukcesy, powiedział z całą szczerością, że wsiech abmanywajet, tzn., że wszystkich oszukuje. Jego deńszczyk nic nie jadł. Jak Ojciec go częstował to odpowiadał: spasiba, uże sało jadł, co znaczyło, że najadł się sadła. A wyglądał, jak dzikus. Mały, ogolony na zero, bo to pomagało na wszy, zgarbiony, nic nie mówił. Ojciec mój po cichu powiedział: patrzcie, on jeszcze wczoraj na drzewie siedział – zupełny małpolud. Podobno był z jakiegoś plemienia zza Kazania.
    Jednym tylko Kowalew nas uratował. Jak Ojciec powiedział, że codziennie zabijają piękne zarodowe krowy holenderskie, to poradził, żeby ich nie przyganiać z pastwiska, tylko zostawiać na nim, bo oni jeszcze będą trzy dni. I tak zrobiliśmy, co uratowało jeszcze 36 krów, ale za to zastrzelili buhaja z importu z Holandii, kupionego przez Ojca za 5.000 dolarów USA. Głowę jednak odcięli i zostawili, wobec czego kucharz Bazyli zrobił z ozora potrawkę, którą jedliśmy z szacunkiem, bo kosztowała 5.000 dolarów. Był to więc chyba najdroższy ozór, jaki kiedykolwiek podano do stołu.
    Najgorsze zniszczenie powodowali Żydzi, którzy przychodzili, jak po swoje. Tacy smarkacze z czerwonymi kokardami, z karabinami i oni strzelali i zabijali krowy mówiąc, że to dla Czerwonej Armii. Naturalnie handlowali tym mięsem, bo przyprowadzali ze sobą rzezaka i robili ubój koszerny.
    Najbardziej żal nam było, jak zabierali powóz i karetę, wiedeńskie, lekkie. Naładowali siano i tak wyjechali. Ponadto zabrali 26 koni fornalskich dla Rusinów ze wsi Siedliska, razem z wozami, bo oni wyjeżdżali za Bug bojąc się represji, gdyż przez te kilkanaście dni dali się we znaki miejscowej polskiej ludności, rabując na potęgę co tylko się dało. Bardzo dużo zniszczyli też lasów, wycinając drzewa bez opamiętania.
    Tak samo z miasta uciekło dużo Żydów i działaczy komunistycznych, bo też zachowywali się prowokująco i pomagali w tępieniu przyzwoitych ludzi. Niektórzy kupcy żydowscy, którzy zdecydowali się na wyjazd z armią sowiecką, załadowali cały towar do podstawionych wagonów i razem ruszyli. Okazało się potem, że nawet nie wiedzieli co się stało z ich towarami, bo wszystko przepadło. Niektórzy nawet wrócili, bez niczego, zupełnie zresztą niepotrzebnie, bo tam przynajmniej ocaliliby życie. Znajomi nasi z Zamościa, lekarze, adwokaci, kupcy opowiadali nam potem, że ostatniego dnia, jak sowieci opuszczali miasto to zrobili defiladę na ulicy Akademickiej. Grała orkiestra, za nią maszerowały oddziały i jak dochodzili do kolegiaty to boczną uliczką leciała cała orkiestra, jakby na jakiś wyścig i koło targu skręcała ponownie na Akademicką i znowu poprzedzała oddziały, co robiło wrażenie, że mają tyle orkiestr, a nasza ludność zarykiwała się ze śmiechu. Doskonały też był taki kacap, który widząc młodą Polkę jadącą wózeczkiem dziecinnym (przeważnie były firmy Konkon), podobnym do małego samochodzika, powiedział do koleżki: Smatri Iwan, kakoj eto awtomobilszczyk. No, a wszyscy zegarmistrze posprzedawali im najgorsze zegarki, nawet nie na chodzie, bo czasy to był szczyt marzeń. Tak samo nasze torby polowe, pasy wojskowe, pistolety i kabury, buty, bryczesy, cokolwiek z naszego rynsztunku i uzbrojenia, to było największe trofeum. U dawnego naszego rządcy, p. Gombczyńskiego, który miał nad Bugiem mały folwarczek, około 150 ha, jak weszli do jego małego gospodarczego budynku, gdzie stała centryfuga,[25] ręczna na korbę, to zaczęli kręcić tą korbą i pytali się: hadziaj, po czemu ona nie grajet ?
    Muszę przyznać, że wszyscy odetchnęliśmy z ulgą po wyjściu bolszewików i z pewnego rodzaju ulgą przyjęliśmy powrót Niemców. Jeszcze wtedy nie urzędowało Gestapo i nie wiedzieliśmy co nas od nich czeka.
Konrad Janusz Lipczyński
Zdjęcia:
Ostatnie Prezydium Jagiellonii przed wojną 1939 roku. Senior – Tadeusz Czaplicki, consenior – Tadeusz Reklewski (z lewej), scriptor – Konrad Janusz Lipczyński (po prawej)
Wrzesień 1939 – jeńcy wojenni, polscy żołnierze na Rynku Wielkim w Zamościu (Zamość drewniany i zamojskie archiwalia)
***
[1]Tomasz Suchodolski był synem Edwarda Suchodolskiego właściciela majątków w Mościskach (391 ha) i Romanówek (191 ha), Spis ziemian …, op.cit., s. 21
[2]Dworek Zygmunta i Amelii Łączyńskich w Zaborzu zniszczony w 1914, odbudowany od podstaw,  zniszczony w czasie walk polsko – ukraińskich w 1918 i ponownie odbudowany wraz całym gospodarstwem. Amelia Łączyńska z d. Paygert była znaną literatką i filantropką. Zygmunt, absolwent słynnej Szkoły Rolniczej w Dublanach, służył w wojsku, był adiutantem Pawła Sapiechy. Po powrocie z wojny w 1920 zajął się gospodarowaniem, wyhodował cenną odmianę pszenicy tzw. Zaborzankę. Oboje stworzyli dom otwarty dla młodych artystów. W r. 1939 przyszły kolejne nieszczęścia: wojna, niespodziewana śmierć Zygmunta, 5 września 1939, a kilkanaście dni później wypędzenie z dworu przez Sowietów. Amelia i jej cztery córki (Teresa (Rena), Maria, Emilia i Jagienka) zamieszkały we Lwowie, a następnie u przyjaciół w majątku Szychowice k. Hrubieszowa, za: Historia Regionu Tomaszów Lubelski, Bełz, Rawa Ruska
[3]Leszczków k. Sokala, była tam słynna wytwórnia samodziałów wełnianych, której właścicielem był krewny Amelii Łączyńskiej, Roman Żurowski. Op.cit.
[4]Władysław Makowski, rtm., dowódca 4 szwadronu, za: Obsada personalna na 1.IV.1929 r., 19pulkulanow.opole.pl
[5]Andrzej Kiełczewski, inż. rolnik, gospodarował w Kryszynie, pow. Tomaszów Lub.; dzieci: Andrzej, Grzegorz. Genealogia rodziny Kiełczewskich [npbl.]
[6]Jerzy Ligęziewicz, por. rez., lekarz weterynarii w pułku oraz d-ca I plutonu w 2 szwadronie 19 Pułku Ułanów Wołyńskich, zamordowany w Katyniu, za: Hanna Irena Różycka, 1. Katyń pamiętamy, 2. Oficerowie 19 Pułku Ułanów Wołyńskich im. gen. Edmunda Różyckiego z Ostroga nad Horyniem zamordowani w Katyniu, Ułan Wołyński marzec 2008  rok Nr 33, b.n.s.
[7]Włodzimierz Bernard, rtm.,  absolwent SGH w 1938 r., ukończył Szkołę Podchorążych Rezerwy Kawalerii w Grudziądzu, r. 1935/36, przydział do Ostroga na Wołyniu, prezes Stowarzyszenia Rodzina 19 P.U.Woł., właściciel prywatnego muzeum 19 P.U.Woł. w Radości, ul. Planetowa 16 w Warszawie, za: Ułan Wołyński nr 34/2008
[8]  Eugeniusz Wiszniowski (1896 – 1940), mjr. We wrześniu 1939 r. był dowódcą szwadronu zapasowego w 19 Pułku Ułanów, który stacjonował we Włodzimierzu Wołyńskim. Szwadron liczył 600 umundurowanych i uzbrojonych ułanów oraz 200 koni.  W pierwszych dniach wojny w ramach przegrupowania pułku mjr Wiszniowski przyprowadził  szwadron w rejon Hrubieszowa. Ułan Wołyński sierpień 2017 rok Nr 61, b.n.s.
[9]Władysław Wichert (1900 – 1940), oficer zawodowy kawalerii WP. Związany z 19 Pułkiem Ułanów w Ostrogu Wołyńskim, później instruktor CWK w Grudziądzu (rtm.). W 1939 służył w Ośrodku Zapasowym Wołyńskiej BK – d-ca 3 szwadronu ckm-ów. Jeniec w Starobielsku. Żr.: (ppstatic.pl;https//d-pt.ppstatic.p >… PDF)
[10]Mieczysław Krechowski, ppor. rez., d-ca pocztu sztandarowego 19 Pułku Ułanów Wołyńskich im. Generała Edmunda Różyckiego z Ostroga. 31 sierpnia na rozkaz d-cy Wołyńskiej B.K., płk dypl. Juliana Filipowicza ewakuował sztandar pułkowy spod Wielunia, przez Częstochowę, Kielce, Lublin, Rejowiec, Kowel do Ostroga. Relacja Konrada Lipczyńskiego z 25.04.1986 r., w: Kazimierz Satora, Opowieści wrześniowych sztandarów, Warszawa 1990, s. 233
[11]Jan Dobraczyński, ppor., d-ca pocztu sztandarowego 2 Pułku Strzelców Konnych ewakuował sztandar z miejsca postoju pułku na granicy niemieckiej, w Strzelcach Wielkich. W Częstochowie miało miejsce spotkanie z pocztem 19 P.Uł. Oba poczty podróżując razem pokonały tę samą trasę. Rozstanie nastąpiło w Rejowcu, skąd ppor. Dobraczyński dotarł do garnizonu w Hrubieszowie. Jan Dobraczyński, Tylko w jednym życiu. Warszawa 1970, s. 133 – 136
[12]Żelisław Zawadzki (1895 – ), był z-cą oficera mobilizacyjnego w randze rotmistrza administracji (kaw.). Obsada personalna i struktura organizacyjna w marcu 1939 r. 2 PSK, dyslokacja Hrubieszów. Zwerbowany do LWP w 1945 r. awansował do stopnia ppłka, a następnie płka, pełnił służbę w 1 Warszawskiej Brygadzie Kawalerii od 17.06.1946 – 1947, dyslokacja Garwolin, za: Wikipedia
[13]Zygmunt Zawadzki (1867 – ), s. Ignacego (1835 – 1910) i Marii z Lipczyńskich (1848 – 1926), właścicieli majątku Udrycze. Prawnik – rejent w Hrubieszowie, żona Eleonora Bronisława z d. Waśniewska, Genealogia rodziny Lipczyńskich [npbl.]
[14] Juliusz Poniatowski (1886 – 1975), minister rolnictwa i reform rolnych II RP
[15] Grzegorz Kowerski (1901 – ), ur. w Dubie, s. Stanisława Kowerskiego i Marianny Popiel, przyrodni brat Andrzeja Kowerskiego (1912 – 1988), słynnego agenta Wywiadu Brytyjskiego o ps. Andrew Kennedy. Przed wojną był właścicielem majątku Michałówka o pow. 229 ha w pow. tomaszowskim, Spis ziemian RP w roku 1930, op. cit., 10
[16] Sławny polski pistolet samopowtarzalny, wz. 35 Vis – opracowany w 1930 przez  konstruktorów broni Piotra Wilniewczyca i Jana Skrzypińskiego. W 1936 na uzbrojeniu Wojska Polskiego, jako etatowa broń boczna kadry zawodowej.  Piotr Wilniewczyc, Pamiętniki i medytacje z wojny 1939 – 1945. Redakcja Stanisław Gołub, Chełm 2023, s. 10, Paweł Janicki Jędrzej Korbal, Wielki Leksykon Uzbrojenia. Wrzesień 1939, t. 289. Broń krótka cz.2 – 3, Warszawa 2024, ss. 4 – 64
[17] Kazimierz Halicki (1894 – 1973), ppłk kawalerii WP, działacz niepodległościowy, kawaler orderu Virtuti Militari. W kampanii wrześniowej był dowódcą Ośrodka Zapasowego Wołyńskiej Brygady Kawalerii w Hrubieszowie oraz improwizowanego Zgrupowania Kawalerii ppłk. Halickiego w ramach Grupy Dubno gen. Stefana Strzemieńskiego. 25 września 1939 r. pod Rawą Ruską dostał się do niewoli niemieckiej. Był więziony w Oflagu VII A Murnau. Po wyzwoleniu przebywał na emigracji w Anglii. Zmarł w Londynie. Ludwik Głowacki, Działania wojenne na Lubelszczyźnie w roku 1939, WL 1976, ss. 177, 179 -182, 308, 354
[18] Pistolet Parabellum – niemiecki pistolet samopowtarzalny opracowany przez Georga Lugera na przełomie XIX/XX w. Nazwa pochodzi od łacińskiego przysłowia si vis pacem para bellum (jeśli chcesz pokoju, przygotuj się do wojny). Był produkowany dla armii niemieckiej (1900 – 1942) i szwajcarskiej (1906 – 1946).
[19] Obecnie Ukraina, obwód lwowski. Ostatnim właścicielem był małoletni Kazimierz Stanisław Badeni. W jego imieniu majątkiem wraz z klasycystycznym pałacem zarządzali matka Alicja Elżbieta Ankakrona wraz z drugim mężem – arcyksięciem Karolem Olbrachtem Habsburgiem. Mieszkali w Żywcu, a pałac do 1939 był ich letnią rezydencją, Wikipedia
[20] Wacław Jakub Kiełczewski (27.09.1905 – 12.06.1944), inż. rolnik, por. rez. 5 PSK, zginął, jako komandos pod Monte Cassino, żona Stefania Szadkowska, filolog, dzieci: Ewa, Halina. Genealogia rodziny Kiełczewskich,(npbl.). Melchior Wańkowicz, Monte Cassino. Wykaz żołnierzy polskich poległych pod Monte Cassino, IW Pax 1978, s. 644
[21] Książkę Bolszewicy w polskim dworze napisała Izabela Lutosławska (1889 – 1972), c. Zofii Lutosławskiej, hiszpańskiej poetki (Sofia Perez Casanova) i Wincentego Lutosławskiego, profesora filozofii. Data wydania: 1921. Kolejne wydania powojenne były sygnowane nazwiskiem Izabeli Wolikowskiej z Lutosławskich. Ostatnie z 2020, jako wydanie poprawione.
[22] Za Łabuniami w kierunku Zamościa był duży majątek Łabuńki należący do Jana Kołaczkowskiego liczący 949 ha. Spis ziemian … op.cit., s. 10
[23] Obecnie Chyża. Wieś położona na północny-zachód od miasta Zamościa. Od 1882 r. posiadaczem dworu i folwarku w tej miejscowości był Ludwik Sajkiewicz (1837 – 1912). Po jego śmierci majątek o pow. 290 ha przejął jego syn Adam Sajkiewicz (1874 – 1941). Ostatnim właścicielem Hyży, do parcelacji w 1944 r., był Ludwik Sajkiewicz (1908 – 1965). s. Adama i Ireny z Chrzanowskich (1882 – 1942). Spis ziemian., op. cit. s.19, Dzieje miejscowości Gminy Zamość, Hyża (Chyża), s. 45 – 47, Wielka Genealogia Minakowskiej, op.cit.
[24] Żołnierz przeznaczony do usług oficerom wojskowym, ordynans (ros.)
[25] Centryfuga, inaczej wirówka lub separator. Służyła do oddzielania śmietany od mleka, miodu od wosku itp.