Przedstawiamy naszych przewodników – śp. Stefan Tyburski

 

Stefan Tyburski (1938-2023), przewodnik, znakarz szlaków turystycznych, wieloletni działacz PTTK,  fot. z kolekcji rodzinnej
Urodził się w 1938 r. Nie miał  łatwego dzieciństwa. Kiedy miał pięć lat, brat Krzyś miał zaledwie kilka miesięcy. Wśród rodzeństwa była jeszcze starsza siostra Julia i dwóch młodszych braci. Wtedy to w rodzinie nastąpiła tragedia. W Kolonii Staszic, gdzie mieszkała rodzina Tyburskich, hitlerowcy zaczęli wysiedlać miejscową ludność. W styczniu 1943 r. był ogromny mróz, w ciągu dwóch godzin wszyscy, dorośli i dzieci, mieli stawić się na szkolnym placu, biorąc ze sobą tylko niezbędne rzeczy. Matka trzymała jedno dziecko za rękę – Stefana, a na drugim ramieniu tuliła niemowlę. Starsze dzieci musiały nieść „to co najpotrzebniejsze”. Rodzina opuściła swój bezpieczny dom i udała się w nieznane. Mieli propozycję od sąsiadów aby przyjąć obywatelstwo ukraińskie, jednak po naradzie z żoną ojciec Stefana odmówił, podkreślając z naciskiem, że chce być tak jak dotychczas – Polakiem – niezależnie od tego co się dalej stanie. Ojca oddzielono od rodziny, pozostałych wywieziono na saniach w stronę Jarosławca. Tam wtłoczono ich do ciężarowych samochodów i wywieziono do Zamościa, do niemieckiego obozu przejściowego przy ul. Okrzei. Tam, na początku dokonano selekcji, na zdolnych do pracy, których wysyłano na roboty do Niemiec, i na chorych, kalekich, psychicznie chorych, których uśmiercano. Dzieci oddzielano od matek.
Rodzina Tyburskich znalazła się w baraku nr 16. Tam słychać było tylko krzyki i płacz. Piętrowe prycze były wypełnione dziećmi i staruszkami, które pilnowały tych dzieci. Kiedy matka Stefana zaczęła dzielić chleb, który przywieźli ze sobą dla swoich dzieci, inni więźniowie prosili o pożywienie. Matka rozdzieliła ten chleb, i za to jedna z więźniarek znalazła dla nich na swojej pryczy trochę miejsca, ale musieli się mocno ścieśnić. Dookoła było słychać gwar, jęki, płacz dzieci. Dzieci miały świerzb i wszawicę. Pożywienie więźniów składało się z porcji gliniastego chleba i zupy z brukwi w południe. Kiedy więzień nie miał miski na jedzenie, wlewano mu zupę do czapki. Ponieważ było to nieodpowiednie jedzenie dla niemowlęcia matka straciła pokarm, najmłodszy braciszek Stefana zaczął umierać. Z czasem masowo umierały nie tylko dzieci, ale i dorośli. Zwłoki składano w wielkie sterty, wrzucano na furmanki i wywożono do wspólnych grobów. Rodzina Stefana, tak jak inni, przeszła choroby obozowe, wszawicę, świerzb. Bali się o ojca. Nie wiedzieli czy żyje. Którejś nocy przyszedł z innego baraku do matki Stefana i powiedział, że wywożą go do Rzeszy. Uciekł w trakcie drogi z transportu i ukrywał się w swojej rodzinnej wsi, a potem znalazł pracę w Jarosławcu.
Rodzina z utęsknieniem oczekiwała wyzwolenia. Zostali wywiezieni na wielkich furmankach zaprzężonych w konie na stację kolejową i załadowani do wagonów, które były mocno przepełnione ludźmi. Najmłodszy braciszek Stefana zmarł. Został pochowany we wspólnym grobie z innymi dziećmi i dorosłymi, którzy umarli w czasie podróży. Dojechali do miejscowości Łosice. Miejscowa ludność pomagała więźniom, karmiła ich. W Łosicach, w miejscowej szkole zakwaterowano rodziny w szkolnych salach. Mogli odpocząć na podłodze wyściełanej słomą. Mieszkańcy zabierali do siebie głównie dzieci, pomimo, że mieli po kilkoro swoich.
Rozdzielono rodzeństwo. Matka ze Stefanem została przyjęta do dworu dziedzica w Rudniku. Pozostałe rodzeństwo, bracia i siostra trafili do innych rodzin. Było to bolesne rozstanie z całą rodziną, tym bardziej, że nie każde z dzieci dobrze trafiło. Jeden z braci był wykorzystywany do prac fizycznych ponad swoje siły.
W 1945 r. rodzina wróciła do swojego domu w Kolonii Staszic k. Hrubieszowa. Dom był zdewastowany, ograbiony z całego majątku przez Ukraińców, którzy tam mieszkali. Powoli układało się nowe życie. Już po wyzwoleniu urodziła się córka państwa Tyburskich, Barbara. Swoje wspomnienia o wojnie spisała Julia Rodzik (z. d. Tyburska), siostra Stefana. Przedstawiła w nich swoje i rodziny losy w czasie wojny, losy Dzieci Zamojszczyzny. Stefan nigdy nie opowiadał szczegółowo o swoich losach wojennych, mówił, że był mały i niewiele pamięta. Zapamiętał podróż pociągiem. Zdarzyło się jednak, że porozmawiał dłużej ze Zdzichem Wróblem z Chełmka, który był w Kole Przewodników Chełmek. Okazało się, że obaj byli w tym samym czasie w baraku nr 16 niemieckiego Obozu Przejściowego w Zamościu. Zdzisław Wróbel przyjeżdżał co roku na grób swojej przybranej matki i spotykał się przy tej okazji z paroma osobami z Zamościa, przewodnikami z naszego Koła Przewodników: Danutą Książkiewicz, Andrzejem Boberem, Bożeną Kamaszyn. Stefan i Zdzicho często rozmawiali także telefonicznie, z troską pytając się o swoje zdrowie. Spotkania z przewodnikami z Chełmka stały się wręcz tradycją. Była to przyjaźń dwóch bratnich dusz. Wszyscy się cieszyli kiedy spotykali się na jubileuszach, rajdach górskich i corocznie na pielgrzymce na Jasną Górę.
Stefan pieszczotliwie był nazywany przez naszych przewodników „Czupurkiem”, ze względu na ładną, bujną czuprynę. Kurs przewodnicki Stefan ukończył w 1978 r., zdając egzaminy. Oprowadzał dużo wycieczek, turyści byli bardzo zadowoleni z jego usług przewodnickich. Miał dużą wiedzę o mieście i regionie. Był bardzo lubiany przez koleżanki i kolegów w Kole Przewodników Terenowych PTTK O/Zamość oraz przez przewodników z innych miejscowości, kiedy przyjeżdżali na nasze zaproszenia, jubileusze, wycieczki. Niezwykle kulturalny, bezkonfliktowy, opanowany, koleżeński. Nie odmawiał, jak ktoś go o coś z nas poprosił. Kochał Zamość i Roztocze, lubił przebywać w lesie, często jeździł do naszego kolegi w Hucie Szumy, Andrzeja. Odpoczywał na łonie natury. Był dżentelmenem w stosunku do kobiet.
Miał syna i dwie córki. Pracował w ZFM w Zamościu, i tam przeszedł na emeryturę. Jeździł często na Ogólnopolską Pielgrzymkę Przewodników Turystycznych w Częstochowie, z dumą nosił tablicę z napisem „Zamość”, przy której gromadzili się przewodnicy z naszego miasta. Brał czynny udział w szkoleniach, spotkaniach Koła Przewodników. Był wielokrotnie wyróżniony za swoją pracę nagrodami rzeczowymi i odznaczeniami oraz dyplomami za czynną działalność turystyczną i propagowanie naszej małej, lokalnej ojczyzny wśród turystów. Przez jedną kadencję był prezesem Koła Przewodników, działał także w Zarządzie Oddziału PTTK w Zamościu. Jego śmierć w 2023 r. była dużą strata dla środowiska turystycznego.
Opisując historię wojenną naszego Kolegi Stefana, korzystałam z książki „Wojenne losy Dzieci Zamojszczyzny” – Julii Rodzik, Zamość 2007.
Bożena Kamaszyn- Gonciarz.