Partyzancka dola…….

Jak trzech braci w partyzantce było… [1]

Katarzyna Książek

***

Było trzech braci Książków, którzy należeli do Armii Krajowej, co to znaczy wiadomo. Ciągłe rewizje… Ja z teściami mieszkałam w starym domu, to był obszerny dom. Najgorzej było podczas wysiedlenia – Niemcy szli od domu do domu i po kolei zabierali wszystkich, kto się nie ukrył. U nas wszyscy mężczyźni się ukrywali – wiadomo młodzi – albo w lesie, albo gdzie który był; zresztą kryjówki były różne.
Mówiąc o wysiedleniu opowiem – to jest fakt autentyczny – pewne zdarzenie: mój mąż (Marian Książek był marynarzem w wojsku w 1932, albo 1935, tego dokładnie nie pamiętam), jadąc do Zwierzyńca z jedną panią (ona już nie żyje, mieszkała tutaj po sąsiedzku) przewozili różne rzeczy furmanką i spotkali ich Niemcy. Halt! Staje kolumna Niemców. Oni struchleli. Więc na to „halt!” stanęli. Wiedzą, że już koniec. Zeskakuje żandarm z samochodu – gestapowiec oczywiście, podchodzi do furmanki i przygląda się, patrzy…. Mąż też się na niego patrzy. On wtedy po polsku „Marian?”. Co?, co? …
Fot. 1 – Marian Książek (data nieznana), zbiory Katarzyny Książek
Gestapowiec okazał się być Poznaniakiem, z którym mąż służył razem w wojsku – ten po tylu latach go poznał. A było tak: jak kolumna Niemców jechała, mąż zjechał furmanką na pobocze. Ale oni musieli jechać bardzo powoli skoro ten z Poznańskiego go rozpoznał. Zatrzymał kolumnę. To był starszy rangą oficer. Kwaterował później w Szczebrzeszynie, spotykał się z mężem. Zaczął z nami współpracować. Bardzo nam pomógł jak była łapanka (mąż wówczas się ukrył, bracia też), mojego teścia zabrali Niemcy, miał wtedy 75, czy 80 lat, wszystkich trzymali w cerkwi.
Ja nie znałam tego gestapowca, tylko z opowieści o nim wiedziałam – nazywał się Juliusz Stöckinger. Przyszedł do naszego domu – „dzień dobry”. Byłyśmy tylko obie z teściową. Zapytał czy jest Marian – a ja struchlałam, bo przecież łapanka była. On się schował. Pewnie mnie zabiorą, bo przecież nie zabrali męża. Po co przyszli? Zaniemówiłyśmy obie z teściową. A on się tak patrzy i pyta: „ukrył się, czy jest na wolności?”. Ja też na niego patrzę i nie wiem co powiedzieć. Mówię więc, że go niema, ukrył się. Tylko mówię, że ojciec jest zabrany.
Wyciąga notes zapisuje – jak się nazywa – Maciej Książek. Dobrze. Wyszedł. I poszedł. Po upływie pewnego czasu przyszedł Maciej Książek – zwolniony. On go zwolnił w momencie jak zabierali ich z cerkwi, bardzo dużo osób zabrali wtedy do obozu przejściowego w Zwierzyńcu.
Zaraz  po tym, jak zwolnili mojego teścia Organizacja dała wykaz zabranych, aby odszukać Stöckingera i dać mu znać. Spotykałam się z nim – udało się zwolnić kilka osób m. in. ks. Kapalskiego, Leona Kowalczyka, ale nie znaliśmy nazwisk wszystkich zatrzymanych. Więc na drugi dzień (po zatrzymaniu) znów piechotą do Zwierzyńca – tam każda żona czy matka stała. Z daleka patrzyłyśmy na druty, nie wolno było blisko podejść. Ja tak patrzyłam na tę bramę, że go (Stöckingera) zobaczę, ale nie mogłam poznać. Wszyscy byli jednakowi.
Fot. 2 – Zwierzyniec, teren byłego obozu przejściowego. Zdjęcie oryginalnej tablicy z  bramy obozowej z 1941 r. , fot. Regina Smoter – Grzeszkiewicz (2018 r.)
Już go więcej nie spotkałam. Powiedziano mi, że on kwateruje w banku w Zamościu. To ja do banku do Zamościa – naprzeciw Urzędu Miejskiego. Wiedziałam gdzie w Zamościu znajdują się banki, bo pracowałam w Szczebrzeszynie jako księgowa, a do Zamościa jeździłam z dokumentami.
Jednego dnia stoję i patrzę – Niemcy wychodzą i wchodzą. Wtedy powiedzieli mi wartownicy, że Juliusza Stöckingera wczoraj zabrali na front.
***
Oczywiście, że byliśmy prześladowani. Bracia męża ukrywali się – były kryjówki w Kawęczynie, na Błoniu u Ludwika Flisa. Jeden z jego braci ( Stanisław) nosił pseudonim „Wyrwa”.
Fot. 3 – Stanisław Książek „Wyrwa” (data nieznana), zbiory Katarzyny Książek 
Drugi brat męża – Antoni Książek został zastrzelony (już po wyzwoleniu) przez ubeków. Jechał z Narola z żoną i policjant przed budynkiem posterunku chciał go wylegitymować. Zabiera go na posterunek – Antoni myślał, że po wylegitymowaniu wypuszczą go. Ale jak go zatrzymali zdał sobie sprawę z tego, że nie zostanie wypuszczony. Antoni chciał uciec i to go zgubiło. Policjant zaczął strzelać – ostatnia kula trafiła Antoniego w serce. Zginął na miejscu. Był jeszcze studentem – miał dwadzieścia kilka lat.
Fot. 4 – Antoni Książek (data nieznana),  zbiory Katarzyny Książek
***
Łapanka. Wieczorem ktoś z naszych przychodzi, żeby z domu uciekać. No to wyszłam szukać gdzieś schronienia. W pobliżu mieszkał Volksdeutsch, nasz Volksdeutsch – oczywiście pracował dla nas, Bender Stanisław – brat tego, co miał kaszarnię. Nocowałam u nich,  nocowałam też u Haśców. Różnie to było – wojna dała nam się we znaki.
Raz spotkaliśmy się u moich rodziców na Błoniu, bo stamtąd pochodzę – z mężem umówiliśmy się, że on tam przyjdzie. I tam nocowałam. Partyzantem na Błoniu, u którego często nocowali partyzanci był Ludwik Flis, ps. „Jabłko”. Partyzanci jednego razu poszli spać do niego na strych, ja też tam nocowałam razem z mężem.  Rano trzeba było wstać, żeby nikt nie widział i wrócić do domu – to jest kilometr od tego Błonia. Idę, ale tak pusto na ulicach. Rano zwykle gdzieś tam ktoś idzie, coś załatwia – nikogo nie widać. Przychodzę do domu – teściowa przestraszona, że mój mąż zabrany. Patrzę – pościel do góry nogami odwrócona – mówi, że była gruntowna rewizja nocą.
Pytali teściową skąd ja jestem, bo może tam poszłam, pytali też sąsiadów, ci jednak nie wydali. Teściowie nie wydadzą – przecież swojego dziecka nie wydadzą. Syn dorosły nie ma go i koniec, jego żony też.  Wtedy mówię do teściowej, że Marian żyje, że zostawiłam go jeszcze w pościeli jak wychodziłam. I natychmiast, nie mówiąc nic więcej, z powrotem poszłam na Błonie – tędy ulicami i przez cmentarz, ile tchu miałam, biegiem. Przychodzę a on jeszcze śpi. Mówię – uciekaj. Do lasu, z miejsca gdzie spali było bardzo blisko. Tam poszliśmy ogrodami.
Partyzanci więcej na tym terenie nie działali, przenieśli się w tomaszowskie. Tutaj nie mogli być – byli już „spaleni”. Ale zdążyłam ich ostrzec! Idąc rano z Błonia myślałam sobie, dlaczego takie puste ulice, a to były w Szczebrzeszynie aresztowania i ze strachu nikt nie wychodził z domu.
***
Tadeusza Kuncewicza („Podkowę”)[2] znałam osobiście, był i jest uważany dotychczas za najważniejszego na tym terenie. W Zwierzyńcu każdego roku w ostatnią niedzielę maja zjeżdżają się z całej Polski ci, co walczyli w jego oddziale –  tutaj na cmentarzu pochowani są jego partyzanci.
„Podkowa” jako człowiek był bardzo dobry – przede wszystkim nie pił, był bardzo lubiany – miał takie szczęście od Boga chyba dane, że w jego oddziałach nie ginęli ludzie. Był bardzo operatywny, śpiewali o nim hymny, piosenki.[3]
„Podkowiacy”
W każdym oknie dziewcząt młodych widać głowy,
Kiedy przez wieś idzie kompania Podkowy.
Oj da, oj dana!
Kompanio kochana,
Nie masz jak „Podkowa”, nie!
Każe dziewczę kocha żołnierza Polaka
Lecz z wszystkich najbardziej pragnie „Podkowiaka”
Oj da, oj dana… i.t.d
I sam pan porucznik także z tego słynie,
Że każdej spotkanej serce wziął dziewczynie.
Oj da, oj dana… i.t.d
Gdy się nasz porucznik przed frontem pokaże,
Serce raźniej bije, promienieją twarze
Oj da, oj dana… i.t.d
Nic nam grad kartaczy szwabskich nie poradzi,
Gdy nas sam „Podkowa” do boju prowadzi.
Oj da, oj dana… i.t.d
Prowadź nas prowadź, drogi poruczniku,
W piekło z tobą pójdziem w niezachwianym szyku!
Oj da, oj dana …i.t.d
Baczność! Równaj w prawo! Już wiara gotowa,
Leci w niebo okrzyk: Niech żyje „Podkowa”!
Oj da, oj dana…i.t.d[4]
Fot. 5 – Okładka „Pieśni oddziałów Zamojszczyzny”, kserokopia, zbiory Reginy Smoter – Grzeszkiewicz

Fot. 6 – Tablica poświęcona Tadeuszowi Kuncewiczowi „Podkowie”, kościół pw. św. Izydora Oracza w Topólczy, fot. Regina Smoter – Grzeszkiewicz (2014 r.)
Ze znanych „Podkowiaków” przyjeżdżają [lub przyjeżdżali, wspomnienia Katarzyny Książek zostały spisane w 2003 roku]  na Zjazdy:  Ferdynand Orzechowski – pochodzi z Zamościa, na stałe mieszka w Warszawie, jak jest w Zwierzyńcu to zawsze mnie odwiedza, Adam Pulikowski, Jerzy Janowski – obecnie pułkownik. Stopnia pułkownika dosłużył się pozostając jako pilot w służbie czynnej, Marian Bronikowski, Kapuśniak, Melchior Batorski „Zemsta” – jego staraniem został ustanowiony Medal upamiętniający „Podkowę”, którym z tego co mi wiadomo zostali m. in.  uhonorowani Stanisław Zybała z Radecznicy, Regina Smoter – Grzeszkiewicz  [dopisek mój – Regina Smoter – Grzeszkiewicz].
Fot. 7 – Melchior Batorski „Zemsta”, Zwierzyniec 30 maja 2010 roku, Zjazd Żołnierzy 9 pp. AK Ziemi Zamojskiej. Fot. Regina Smoter – Grzeszkiewicz
 Fot. 8 – Dyplom do Medalu upamiętniającego Tadeusza Kuncewicza „Podkowę”, własność  Reginy Smoter – Grzeszkiewicz
Fot 9 – 10 –  Medal upamiętniający Tadeusza Kuncewicza „Podkowę”, własność Reginy – Smoter – Grzeszkiewicz
W roku 2004 staraniem kombatantów odsłonięta zostanie w Topólczy tablica pamiątkowa poświęcona „Podkowie”.
***
Marian Książek , ps. „Nieuchwytny” zmarł w 1955 roku. Aresztowany w 1948 przez pracowników Urzędu Bezpieczeństwa  przebywał w więzieniu we Wrocławiu, został zwolniony. Jego aresztowanie zbiegło się z zatrzymaniem „Urszuli” – Romana Szczura. Stanisław Książek – brat Mariana, ps. ”Wyrwa”, podporucznik rezerwy pełnił obowiązki komendanta placówki w Szczebrzeszynie.
Opracowała Regina Smoter – Grzeszkiewicz
[1]    Katarzyna Książek była żołnierzem grupy terenowej, łączniczką Armii Krajowej – dom jej teściów – pp. Książków przy ul. Zamojskiej w Szczebrzeszynie, w obrębie  którego znajdował się bunkier służący za kryjówkę był punktem kontaktowym na terenie Szczebrzeszyna.
[2]    Tadeusz Kuncewicz „Podkowa” (1916 – 1991), żołnierz Armii Krajowej, dowódca oddziału partyzanckiego o charakterze dywersyjnym, który zajmował się organizacją akcji zapobiegających wysiedleniu ludności Zamojszczyzny. 30 lipca 1944 roku oddział „Podkowy” został rozbrojony w Szczebrzeszynie przez żołnierzy Armii Czerwonej, „Podkowa” pozostał w konspiracji.
[3]    O czynach dzielnych „Podkowiaków” istniało wiele pieśni, autorami których byli „ludzie z lasu” – do druku zebrał je i opracował Jan Kryk „Topola”. Wydane zostały staraniem dr Zygmunta Klukowskiego pod pseudonimem „Podwiński” (rodowe nazwisko jego matki) jako „Pieśni oddziałów partyzanckich Zamojszczyzny” (1944); unikalny dziś egzemplarz  dostępny jest w zbiorach Wojewódzkiej Biblioteki im. H Łopacińskiego w Lublinie.
[4]    Słowa napisał podchorąży Marian Mijalski „Maf”, piosenka znajduje się w zbiorze  „Pieśni oddziałów partyzanckich Zamojszczyzny” (1944).