Anna Golliuszówna

Anna była córką zamojskiego złotnika Andrzeja Golliusza i Katarzyny Bergmanówny. Urodziła się jako ich najmłodsza córka około 1640 roku. Miała pięcioro rodzeństwa. Troje starszych: Joachim, Zofia i Dorota pochodziło z pierwszego małżeństwa ojca. Oprócz nich Anna miała również dwóch braci rodzonych, autora pamiętnika Jana i złotnika Samuela. Rodzina Golliuszów była mieszana wyznaniowo. Pierwotnie byli kalwinami, ale stopniowo następowała katolicyzacja rodziny i matka Anny umierała jako katoliczka, natomiast brat pozostał przy wyznaniu kalwińskim. Sama Anna prawdopodobnie była katoliczką. Rodzice osierocili ją dość wcześnie – ojciec, gdy miała około 8 lat, matka w 1653 roku, gdy dziewczyna wchodziła w wiek nastoletni. Po ich śmierci Anna trafiła pod opiekę ciotki Gutrowej, żony Kacpra Bergmana, która powtórnie wyszła  za mąż za Aleksandra Gutri’ego. Nie wiadomo, jak długo tam pozostawała, ale 12 maja 1657 roku Bazyli Rudomicz notuje w swoim pamiętniku, że przyjął ją na mieszkanie z wyżywieniem ze względu na fakt, że Golliuszowie wyświadczyli mu wiele dobrodziejstw. Jednak już we wrześniu tego roku rektor skarży się na jej niewdzięczność, niestety nie podaje szczegółów, dowiedzieć się jednak można, że Anna jest już dojrzałą panną.
            W międzyczasie wynikł spór pomiędzy bratem Anny, Janem, a Stanisławem Abramowiczem, wyznaczonym przez Katarzynę Golliuszową do opieki nad córką. Abramowicz pobrał na ten cel 796 zł i najwyraźniej niezbyt dobrze wywiązywał się ze swoich obowiązków, bo w mediacje pomiędzy stronami zaangażowany został Benedykt Żelechowski, który z kolei poprosił o pomoc Bazylego Rudomicza. Ostatecznie ustalono, że Abramowicz zwróci Golliuszom 500 złotych, z czego 300 w gotówce, a 200 w ubiorach. Za pośrednictwo w negocjacjach rektor otrzymał pierścień wartości 3 złotych.
            W maju 1658 roku pojawił się pierwszy poważny kandydat do ręki Anny. Był to syn kupca sokalskiego, Aleksander Gruszewicz. Pośrednikiem znów został Rudomicz i otrzymał za to od starającego się grzebień z kości ryby. Jednak starania te nie przyniosły spodziewanego efektu. Tymczasem Anna wzbudziła zainteresowanie innego mężczyzny, mieszczanina zamojskiego Wojciecha Szybowskiego. Jednak, jak notuje rektor Rudomicz, już 15 września 1658 roku związek rozpadł się przez lekkomyślność pretendenta, który mocno nadużył alkoholu. Panna musiała być atrakcyjna, bo na koniec grudnia tego samego roku rozżalony rektor zanotował: „Nie od dziś bardzo mądrze mówi przysłowie: ani jutro, ani wczoraj nie wierz nigdy kobiecie[1]. To samo sprawdza się na przykładzie panny Golliuszówny, która teraz zerwała zaręczyny z panem Wawrzyńcem Gruszewiczem”. Pan Wawrzyniec jednak nie rezygnował tak łatwo i powrócił w roku następnym, aby pertraktować tym razem już z bratem Anny, Janem, w obecności Rudomicza, i niejakiego Gilberta. Negocjacje przeciągnęły się z powodu pogrzebu Piotra Gutriego. Stanęło na tym, że Wawrzyniec Gruszewicz ma udowodnić urzędowo wartość posiadanego majątku na co najmniej 3000 złotych w gotówce lub w towarach, aby łatwo uregulować sprawę posagu. Chyba jednak nie był w stanie sprostać zobowiązaniom finansowym, bo związek nie doszedł do skutku. Przez następne dwa lata Rudomicz nie wspomina ani słowem o zamążpójściu swojej podopiecznej. Dopiero 7 października 1661 roku notuje, że po rękę Anny zgłosił się znów Aleksander Gruszewicz. Miał się on starać o jej przychylność i najwyraźniej dobrze mu poszło, bo już 11 października zawarta została umowa małżeńska, a związek zawarto 6 listopada. Uroczystości były huczne i trwały aż dwa dni. Po niej Anna wraz z mężem przeniosła się do Sokala.
W tym czasie odbywały się również uroczyste przenosiny Krystyny z Lubomirskich Potockiej i świeżo upieczona pani Gruszewiczowa podarowała jej tacę z kości słoniowej i 5 imperiałów. Nie wiadomo, czy Potocka odwdzięczyła się jakimś podobnym podarkiem. Odtąd na pewien czas Anna Golliuszówna znika z pamiętnika Rudomicza i pojawia się tylko przy okazji okazjonalnych odwiedzin w Zamościu. Niestety jej starannie dobierany mąż okazał się być wielkim rozczarowaniem. Nie wiadomo, co się dokładnie działo w małżeństwie Anny, ale w czerwcu 1665 roku rektor zanotował z niepokojem: „Wyjechałem do Zamościa po śniadaniu spożytym u pana Gruszewicza, którego gorąco upominałem, aby żył zgodnie ze swą małżonką, co też mi obiecał”. Obietnicy jednak nie dotrzymał. Przemoc w rodzinie eskalowała i w styczniu w 1669 roku rektor notuje, że Anna udała się do Rudomicza w czasie jego pobytu w Sokalu na skargę w związku z faktem, że mąż ją okrutnie pobił. Razem z dawnym opiekunem złożyła skargę na męża w urzędzie, a rektor zażądał ukarania go separacją, jeśli nie zmieni swojego postępowania. Napisał również w tej sprawie list do Mikołaja Świrskiego. Jednak przez dwa lata nic się nie dzieje. Nie wiadomo, czy Gruszewicz poprawił swoje postępowanie, czy po prostu nikt się sprawą nie zajmował, a Anna żyła ze swoim katem pod jednym dachem.
Następna informacja o niej pojawia się dopiero w czerwcu  1671 roku, kiedy to chora przyjeżdża z Rudomiczami do Zamościa. Rektor ponawia wysiłki, aby uwolnić kobietę z patologicznej relacji i pisze list do kolejnego biskupa w związku z pozwoleniem na separację. Reakcje władz kościelnych są co najmniej opieszałe, a bardzo nieciekawie przedstawia je kolejna notatka: „Wróciła także i Anna Gruszewiczowa jako oszukana listem j. ośw. biskupa bakońskiego z racji odejścia jej podłego męża do obozu.” Niestety nie wiadomo, czego dotyczył list. Czy był to nakaz trwania przy mężu, którego Anna nie zastała już w domu, bo wyruszył do obozu? Nie wiadomo. Rudomicz nie ustaje w korespondencji na rzecz dawnej podopiecznej, a sama Anna już oficjalnie stara się o separację. W końcu we wrześniu 1671 roku sąd biskupi wydał dekret przeciw Aleksandrowi Gruszewiczowi i Anna wraz z dziećmi wróciła do Sokala.
Nie wiadomo, jak ostatecznie skończyła się ta sprawa, bo Bazyli Rudomicz umiera kilka miesięcy później. Na przykładzie Anny Golliuszówny widać jednak, jak ciężki był los kobiety katowanej przez swojego męża. Bez męskich protektorów nie było dla niej żadnego ratunku, a instytucje miejskie w żaden sposób jej nie wspierały. Trzeba było długich lat i wiele cierpliwości, aby uzyskać dekret o separacji sprawcy przemocy od rodziny, a i tak nie było gwarancji, że całe przedsięwzięcie się powiedzie. Dodać należy, że była to kobieta dobrze sytuowana, i aż strach pomyśleć, co działo się w rodzinach, gdzie nie było tak dużych zasobów majątkowych.

Justyna Bartkowska

[1] W łacińskim oryginale brzmi to dużo lepiej: nec cras nec heri numquam credas mulieri.