Potworna zbrodnia dokonana w grudniu 1680 roku na Helenie Browarównie przez jej męża Eliasza Kistesterowicza została dokładnie przeanalizowana przez Marcina Łukasza Majewskiego w jego artykule pt. Karta ze stosunków rodzinnych Ormian zamojskich morderstwo Heleny Kistesterowiczowej (1680)[1]. Kobieta ta była katowana przez swojego męża, nie zwracającego uwagi na jej odmienny stan, ani później na małe dziecko. Konflikt eskalował i nie pomagały żadne próby mediacji. W końcu doszło do tragedii i Kistesterowicz pociął żonę szablą, a próbujących się dostać do wnętrza domu hajduków zamkowych ostrzelał.
Majewski dokonał dokładnej analizy przebiegu zbrodni, jednak zastrzeżenia budzi jej umiejscowienie. Wiadomo, że wskutek nieporozumień z teściem, Zachariaszem Browarem, Eliasz Kistesterowicz wyprowadził się wraz z żoną od teściów i zamieszkał w domu Polaka, rajcy zamojskiego, Jana Miroczyńskiego. Opierając się zapewne na lustracji z 1696 roku Majewski podaje, że była to kamienica w południowej pierzei Rynku Wielkiego. Jego hipotezę zdaje się potwierdzać zeznanie świadka, że Rozalia Browarowa szła właśnie do kościoła. Taka ogólna lokalizacja jest jednak mało satysfakcjonująca nie wiadomo bowiem w którym budynku miałoby dojść do tak strasznego zdarzenia. Tymczasem przegląd ksiąg miejskich wykazał, że Jan Miroczyński, ożeniwszy się z córką Pawła i Katarzyny Mengantów, stał się mieszkańcem kamienicy „Angielczykowskiej” (Staszica 19), co sugerowałoby, że tam należy umiejscowić zbrodnię. Jednak skrupulatna analiza wypadków na miejscu zdarzenia przeczy tej hipotezie. Co uderza w opisie sytuacji przedstawionym przez Majewskiego, to fakt, że nie ma żadnej reakcji ze strony Miroczyńskich na całe zajście. Dlaczego mieszkając pod jednym dachem z awanturnikiem i pijakiem, regularnie katującym swoją ciężarną żonę oraz zakłócającym ich spokój domowy, w żaden sposób nie reagują na to, że Kistesterowicz zabarykadował się w izbie i strzelał do ludzi na zewnątrz. Kolejna rzecz, która nie daje spokoju uważnemu czytelnikowi, to sąsiedztwo. Z jednej strony kamienicy Miroczyńskich mieszkał Jerzy Pauli, z drugiej Piotr Leisk. W zeznaniach brakuje opisu również ich reakcji. Pojawiają się za to inni sąsiedzi i świadkowie: pani Oasiowa[2], pani Ałtunowiczowa, Ewa Pietruszewiczowa, Regina Dytrychowa, Żyd Łachman czy anonimowy przedmieszczanin. Wszystko to skłania do wysnucia wniosku, że to nie kamienica na obecnej ulicy Staszica 19 była miejscem tych potwornych wydarzeń. Jeśli zatem nie tam, to gdzie?
Żeby to ustalić, należy przyjrzeć się narodowości głównych świadków tej historii. Na pierwszy rzut oka pojawiają się same polskie nazwiska, nie licząc „pani Ałtunowiczowej”. Właścicielem domu, w którym doszło do zabójstwa, również był Polak. Tu rodzą się pytania: a może Jan Miroczyński posiadał inny dom? A właściwie to może kilka domów? Wykaz transakcji w księgach miejskich wskazuje, że, jak na zamożnego człowieka przystało, miał kilka posesji, między innymi na ulicy Bełskiej i na Rynku Solnym. Większość posiadał jednocześnie z kamienicą przy Staszica 19. Uwagę zwraca jedna, również kamienica, położona przy ówczesnej ulicy Brukowanej, będącej reprezentacyjną arterią miasta, podzieloną na część wschodnią i zachodnią przez Rynek Wielki. Nie jest znana data jej nabycia przez Miroczyńskiego, ale księgi odnotowały transakcję jej sprzedaży w czerwcu 1687 za 1400 złotych Józefowi i Agnieszce Sadownikom[3]. Sąsiedztwo sukcesorów Jana Sajowicza, Ormianina, wskazuje, że chodziło o wschodnią część miasta. Dom ponadto znajdował się na rogu ulicy. Ulica Brukowana to oczywiście dzisiejsza ulica Grodzka, jednak po wschodniej stronie jest tam co najmniej osiem domów, które można określić jako znajdujące się na rogu. Który zatem z nich? Odpowiedzi dostarczają znów transakcje kupna-sprzedaży nieruchomości i lustracje miasta. Po rozwikłaniu sąsiedztwa wyłania się ciąg czterech domów, z których jeden ostatecznie trafia do zgromadzenia bonifratrów, co daje nam współczesny adres – ulica Grodzka 1, po północnej stronie dawnego klasztoru, na skrzyżowaniu z obecną ulicą Grecką. Lokalizację tę potwierdzają wnioski z lustracji miasta z 1657 i 1696 roku oraz świadkowie obecni na miejscu zbrodni, a raczej ich nazwiska i kierunki przemieszczania się.
Marina Piwowarczanka i Anna Piotrowa nie dostarczają żadnych danych o swojej narodowości. Co innego Ewa Piertruszewiczowa. Jej nazwisko brzmi polsko, jednak była ona Ormianką. Jej pierwszym mężem był Feliks Torosowicz, jeden ze znaczniejszych Ormian w mieście. Stąd też Anna Piotrowa w swoich zeznaniach nazywa ją panią Szczęsną. Zgodnie z aktami miejskimi mieszkała ona z kolejnymi mężami obok domu Zachariasza Browara i przyjaźniła się z ofiarą. W zeznaniach pojawia się również Anna Ałtunowiczowa, żona Stefana Ałtunowicza i siostra Jana Bartoszowicza, a zatem jedynego człowieka, którego Kistesterowicz w ogóle poważał. Dlatego prawdopodobnie pozwolił kobietom zabrać ciało żony. Ałtunowiczowa przyszła prawdopodobnie z wizytą do Barbary Sajowiczowej, której panieńskie nazwisko zgodnie z zapisami ksiąg miejskich brzmiało Ałtunowiczówna. Była ona prawdopodobnie siostrą Stefana Ałtunowicza. Z jakichś powodów nazywano ją panią Oasiową[4]. Na miejscu zbrodni znalazły się zatem trzy liczące się w społeczności miasta Ormianki.
Regina Dytrychowa zaś mieszkała na Rynku Świętokrzyskim. Zeznawała, że wracała do siebie obok Rozalii Browarowej, co by się zgadzało z kierunkiem przemieszczania się w stronę Bramy Lwowskiej. Według jej zeznania Browarowa tylko ją poinformowała, że u córki źle się dzieje. Natomiast nie podjęła jakichkolwiek działań, żeby coś z tym zrobić. Dytrychowa za to podążała za hajdukami zmierzającymi do drzwi Kistesterowiczów i, widząc zamieszanie, przez sień sąsiadki dostała się do wnętrza domu. Była świadkiem starć z żołnierzami, a słysząc wołanie o pomoc, popędziła z powrotem do Browarów i powiedziała Zachariaszowi, że zięć już zabił Helenę(!). Potwierdził to Żyd Łachman (również mieszkający po wschodniej stronie miasta), który przyszedł po Dytrychową. W zeznaniach jest adnotacja, że Rozalia Browarowa szła do kościoła, jednak nie wiadomo, do jakiego, a błędnym jest założenie w tej sytuacji, że szła do fary. Najprawdopodobniej był to kościół ormiański albo, ewentualnie, franciszkanie czy bonifratrzy– wtedy zięć mógłby z łatwością ją dostrzec. Bez trudu też mógł widzieć Zachariasza Browara zdążającego na zamek po pomoc.
Jak widać zatem, wszyscy świadkowie zdarzenia mieszkali po wschodniej stronie miasta, a tragedia ta, jak wynika z analizy ksiąg miejskich, rozegrała się w kamienicy Jana Miroczyńskiego na ulicy Brukowanej, pod dzisiejszym adresem Grodzka 1 w północno-zachodnim narożniku dawnego klasztoru bonifratrów. Jakiekolwiek konotacje z kamienicą „Angielczykowską” nie znajdują pokrycia w materiale źródłowym.
Justyna Bartkowska
[1] Opublikowany w: „Lehahayer. Czasopismo poświęcone dziejom Ormian polskich” 8 (2021), s. 5-41.
[2] Majewski odczytuje to nazwisko jako „Oasowa”.
[3] Akta miasta Zamościa za lata 1685-89, s. 314-315.
[4] Możliwy jest też odczyt „Sajiową”, ale jednak w większości wypadków „O” wygląda bardzo wyraźnie.
