Z Płoskiego do Chin i z powrotem.

 
„Polak chociaż stąd między narodami słynny
że bardziej niźli życie kocha kraj rodzinny
Gotów zawżdy rzucić go, puścić się w kraj świata,
w nędzy i poniewierce przeżyć długie lata,
Walcząc z ludźmi i z losem, póki mu śród burzy
Przyświeca ta nadzieja, że Ojczyźnie służy.”
Adam Mickiewicz – Pan Tadeusz.

___________________________________________________________________________________________________________________

To historia młodego mężczyzny, wyrwanego siłą z rodzinnej wioski i wcielonego do obcego, rosyjskiego wojska przypuszczalnie jeszcze w 1914 r. Jednocześnie to historia mojego, matecznego dziadka, którego nigdy nie poznałam. Wrócił do ojczyzny, ale nadwątlone ciężką tułaczką zdrowie, nie pozwoliło mu cieszyć się zbyt długo odzyskaną wolnością Ojczyzny. Zdążył jednak jeszcze założyć rodzinę, zbudować dom na Karolówce i zasadzić niejedno drzewo w sadzie. Zmarł w wieku 52 lat, 15.06.1944 r. Zostawił żonę i ośmioro dzieci. Odszedł zbyt wcześnie, ale w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku wobec ojczyzny i rodziny. Spoczywa na zamojskim cmentarzu wśród swoich bliskich.

Historia Jakuba Kapuścińskiego (1892-1944), syna rolnika z Płoskiego koło Zamościa, wplata się w budowę Kolei Transsyberyjskiej. Budowa magistrali ruszyła pełną parą jeszcze w 1891 r., czyli rok przed urodzeniem się dziadka. Carska Rosja, zaborcza i bezkompromisowa, odepchnięta od granic zachodnich Europy, zwróciła swe podboje na zawojowanie północnych prowincji Chin (Mongolii i Mandżurii). Plan rosyjskiego ministra Siergieja Wittego, późniejszego premiera rządu cara Mikołaja II, czyli budowa Kolei Wschodnio-Chinskiej, był jednym z etapów tego „pokojowego” podboju. Były dwa warianty przebiegu linii kolejowej, ale wybrano tzw. północny, prowadzący przez Hajlar – dolinę rzeki Jalu – Cicikar – Chulanczen – Aszyche – twierdzę Echo – Grodekowo – Nikolsk-Ussuryjsk (k. Władywostoku).  Ponieważ niezbędne było centrum administracyjne dla całej kolei, wysłano ekipę Adama Szydłowskiego, aby przygotował i zbudował zaplecze dla przyszłej administracji. Ekspedycja z 1898 r. przygotowała na dalekiej północy, w zakupionych pomieszczeniach starego browaru, zalążek biur dla zarządu budowy kolei. Wraz z przybyciem inżynierów i urzędników budowy w maju 1898 r. datuje się początek miasta Harbina, prawie rówieśnika mojego dziadka. Już w pierwszym roku  robót, wśród inżynierów, techników i inteligencji spotyka się dużą liczbę Polaków, która powiększała się z roku na rok. Harbin to dawna, mandżurska osada Halabin, oznaczająca „przeprawę przez rzekę”. Rosjanie przechrzcili nazwę na Charbin (w języku rosyjskim nie ma litery H). Tędy przebiegał stary szlak handlowy, użytkowany od tysiącleci. Carska Rosja penetrowała te obszary ziem chińskich od dawna, w celach oczywiście zaborczych. Wysłannik Korsakowa udał się tam już w roku 1864 r., na statku Ussuri w górę rzeki Sungari (dopływ Amuru), nad którą leży Harbin. Na pokładzie statku znajdowali się przebrani po cywilnemu oficerowie z korpusu wojennych topografów, którzy w trakcie podróży zdejmowali plany miejscowości po obu stronach Sanguri. Ich eskortę stanowiła załoga 25 żołnierzy, również przebranych po cywilnemu.
Rosjanie nie respektowali układów z Chinami. Traktowali Mandżurię co najmniej jak „priwislanskij kraj”. Jak traktowali naszą ojczyznę nie wymaga komentarza. „Listy Harbińskie”, pismo Stowarzyszenia „Gospoda Polska” w Harbinie, tak oto komentowały poczynania Rosjan w odczuciu Chińczyków: „Dla każdego wędrowca zawsze znajdzie się dach gościnny i miseczka ryżu; każdy cudzoziemiec mógłby na to samo liczyć, gdyby nie dziwne wieści, jakie o tych przybyszach docierają do najgłębszych Chin. Nie szanują oni prawa gościnności i poczynają sobie zuchwale, jak we własnym domu (…). Krzywdzą i oszukują Chińczyków, starają się narzucić swoją władzę (…) nazywają ich „zamorskimi diabłami”(Jangui-dzy). „Cudzoziemskie diabły” wypuściły na ziemię żelaznego smoka, który zieje (…) wiodą ze sobą żołnierzy, nie szanujących cudzych obyczajów, a zmuszających szanować swoje” (…).”  W takie oto turbiny dziejów wplątała mojego dziadka zaborcza Rosja, wymuszając na polskim rolniku (moim pradziadku) oddanie haraczu w postaci przymusowego poboru do wojska jednego ze swoich synów. Chciał, nie chciał Dziadka Jakuba powołano do wojska rosyjskiego, werbunek odbywał się w Zamościu.

Tymczasem Harbin, z niewielkiej mandżurskiej wioski rybackiej, urósł już do rozmiarów dużego miasta, będącego pod silnymi wpływami rosyjskimi. W przeciągu 10 lat liczba mieszkańców rozrosła się do 10 tysięcy. Miasto stało się najważniejszym węzłem kolejowym i punktem przeładunkowym mandżurskiej trasy kolejowej. Było siedzibą Administracji Głównej Kolei Wschodnio-Chińskiej. W tworzeniu tego miasta uczestniczyło wielu Polaków, w tym mój dziadek, Jakub Kapuściński z Zamościa. Po zawarciu przez Rosję umowy z Chinami mogli tutaj pracować wyłącznie obywatele tych dwóch krajów, niezależnie od tego jakiej byli narodowości. Byli wśród tych ludzi mieszkańcy rodzimi, czyli mandżurzy, chińczycy, mongołowie, inni rdzenni mieszkańcy tajgi, chłopi, polscy zesłańcy, skazańcy, więźniowie, żołnierze, uchodźcy itp. Tygiel ludzki, wielonarodowościowy, w który Transsib dmuchnęła także moim dziadkiem. Z relacji rodzinnych wynika, że dziadek Kuba zarabiał tam niemałe pieniądze. Musiał pracować w Harbinie jeszcze w latach 20-tych XX wieku. W szczytowym momencie, w latach 1917-1920 w Harbinie mieszkało 10 tysięcy Polaków, a wśród nich, co najmniej przez 10 lat jak nie więcej, mój dziadek Jakub. Na jego powrót nalegała moja prababcia, matka Jakuba – Magdalena Kapuścińska z.d. Herc (zm. 1934 r.). Paszport, dzięki któremu mój dziadek mógł w końcu wrócić do Polski na stałe, wydany został przez Naczelnego Przedstawiciela Polski na Chiny w Harbinie. Dokument ten, podpisany przez Konsula Polski, długo stanowił w rodzinie pamiątkę dziadkowych peregrynacji do Chin, ale niestety zapodział się w zawierusze II wojny światowej.
Republika Chińska uznała niepodległość Polski 27.III.1920 r. Jednak w Harbinie już od 1919 r. istniał polski konsulat. 11.XI. 1920 r. władze chińskie zamknęły konsulat  Jeneralny Polski, z uwagi na brak umowy z tym krajem. Od 1922 r. działała w mieście Delegatura RP, a od 1931 r. ponownie konsulat. W latach 1919-1921 Józef Targowski był pierwszym oficjalnym przedstawicielem Polski w Japonii, z jednoczesną akredytacją w Chinach. W którym z tych etapów normowania się stosunków polsko-chińskich mój dziadek uzyskał paszport powrotu do Polski, pozostanie zagadką. Z rodzinnych przekazów wiemy tylko tyle, że wracał przez Szepietówkę (Szepetówka – obecnie na Ukrainie). Ta miejscowość nie jest bez znaczenia, bowiem to tutaj właśnie Ruscy obłuskali dziadka z uciułanej dla rodziny gotówki, zostawiając na otarcie łez życie i mierną „resztkę” dobytku. Syn Jakuba twierdził, że dziadkowa garderoba „stamtąd”  była przedniej marki i donaszał ją po ojcu jeszcze długo.
„Polska kolonia” w chińskim Harbinie, pozostającym najpierw pod wpływem carskiej, a w późniejszym okresie sowieckiej Rosji (spadkobierczyni tej pierwszej), przyjmowała w 1915 r. kolejną falę polskich uchodźców. Kiedy dokładnie osiadł tam mój dziadek, nie mamy informacji, ale jest to data bliska jego powołaniu do wojska i skierowaniu do pracy przy budowie Kolei Wschodniochińskiej*. Z przekazów rodzinnych wiemy, że przynajmniej na początku dziadek pracował przy ochronie budowy kolei transsyberyjskiej jako wojskowy (żołnierz). Z czasem musiał otrzymać jakieś bardziej intratne stanowisko, gdyż określano go mianem puryc (człowiek wpływowy, bogaty). Sporo notatek o kolejarzach odszukałam na łamach „Przeglądu- dwutygodnika narodowego literacko-społeczno-ekonomicznego z uwzględnieniem działu dla dziatwy”, pisma o tym długim tytule, ukazującego się w Harbinie w latach 20-tych XX w. „Przegląd” był organem polskiego Związku Wojennego w Harbinie. Przykładowo: notatka z 1 marca 1921 r. informuje, że „W końcu marca z Charbina wyjeżdża do Polski partia ok 70 osób, po większej części urzędników kolejowych z rodzinami. W tej sprawie konsulat polski prowadzi korespondencję z konsulatem w Tokio w celu załatwienia podróży i ulg dla wyjeżdżających”. Wcześniej ta sama gazeta z 1920 r. uspokajała nastroje rodaków, chcących się za wszelką cenę przedostać do kraju (notatki poniżej). Trudno jest odszukać zatarte ślady przeszłości, tym bardziej, że oboje dziadkowie od dawna nie żyją, odeszły także już ich dzieci, a wnuki zachowały w pamięci tylko strzępy niespójnych informacji. Mam jednak nadzieję, że dobry los sprzyja takim poszukiwaniom i uda się kiedyś dopisać do tej historii jeszcze kilka zdań.

  

Dziadkowie pobrali się w 1925 r. w Polsce. Wujek Ryszard, syn Jakuba wspominał, że ten paszport zawierał adnotację dotyczącą ślubu Babci Janiny i Dziadka Jakuba, co w późniejszym czasie pozwoliło udowodnić po jego śmierci, że była wdową po nim. Trudne to były czasy, jeszcze wojenne. Zachowało się w rodzinie także wspomnienie, jak polscy kolejarze uratowali dziadka Jakuba przed zsyłką do Niemiec na roboty. Dziadek miał w Płoskim część ojcowizny: pole z zasiewami tytoniu, oborę itp. Doglądał tego wszystkiego prawdziwym okiem gospodarza, tym bardziej kiedy zaczęły się wysiedlenia na roboty do Niemiec. Jego rodzina mieszkała już wtedy na Karolówce. Któregoś dnia dziadek był ze swoim synem Aleksandrem na Płoskim, pracując na gospodarstwie. Niemcy zgarnęli go stamtąd i odtransportowali do obozu przejściowego przy obecnych koszarach wojskowych w Zamościu. Wujkowi Olkowi udało się jakoś odłączyć od kolumny więzionych i powrócić bezpiecznie do domu.  Obozu pilnowali Ukraińcy. Powiadomiona rodzina podjęła działania natychmiast. Najstarszemu synowi, Ryśkowi udało się dzięki pomocy znajomego, podejść do drutów obozowych i przerzucić kartkę z nazwiskiem dziadka zawiniętą w chusteczkę i obciążoną kamieniem. Odnaleziono dziadka wśród więźniów, odpisał: Jadę do Berlina na roboty. Udało się Ryszardowi raz jeszcze spotkać z ojcem. Podał mu na drogę zawiniątko naszykowane przez babcie Janinę, najprawdopodobniej z jedzeniem. Dziadek przekazał rodzinie informację, że będzie próbował za semaforem ucieczki, skacząc z pociągu. Był to odcinek torów niedaleko za stacją, ale dojść wówczas do niego było niepodobna. Najstarsze dzieci, wujek Rysiek i ciocia Iza przedzierali się przez łąki za „rolniczakiem” w kierunku wskazanym przez dziadka. Od godziny 20-tej trwała godzina policyjna, a pociąg wyjeżdżał o 21-szej ze stacji w Zamościu. Dzieci Jakuba całe podrapane przez zarośla nie doczekały się ojca. Pociąg przejechał. Nikt nie wyskoczył. Można sobie tylko wyobrazić z jak ciężkim sercem wracali do domu.
Tymczasem zastali ojca w domu. Kolejarze rozpoznali dziadka wśród transportowanych. Był ich kolegą, pracowali razem na kolei w Zamościu. Okryli dziadka płaszczem kolejarskim, dali mu w rękę kolejarską latarkę, by upozorować, że dziadek jest na służbie. Powoli wyprowadzili go z dworca i bezpiecznie skierowali ku domowi. Dziadek musiał się jednak ukrywać. Wielu wtedy było takich, co chętnie donosiło jeden na drugiego. Najgorsze, że w papierach dziadkowi zapisano „sztraflagier”. Pomógł pracodawca wujka Ryśka, pan Cisło. Załatwił kenkartę dla dziadka. Trzeba było tylko dostarczyć metrykę i zdjęcia.  Dziadek pracował jako fizyczny w budynku Akademii Zamojskiej, w którym podczas wojny mieściła się żandarmeria. W 1944 r. dziadek ciężko zachorował i znalazł się w szpitalu, gdzie zmarł. Babcia Janina opowiadała, że cała ulica Matejki zbierała składkę pieniężną, żeby wyratować dziadka od choroby. Zaledwie miesiąc później miasto: Himmlerstadt – Zamość zostało wyzwolone przez wojska radzieckie. Babcia Janina została sama z ośmiorgiem dzieci na wychowaniu.

 

  • Kolej Wschodnio-Chińska została w 1935 r. sprzedana marionetkowemu państwu Mandżukuo, zależnemu od Japonii. Kontrolę nad nią odzyskano w 1945 r.  W 1950 r. rząd sowiecki bezpłatnie zrzekł się wszelkich praw do Kolei Wschodnio-Chińskiej na rzecz Chińskiej Republiki Ludowej. Nazwę zmieniono na Kolej Changczun
opracowanie i zdjęcia: Ewa Lisiecka
źródło:
  1. Stosunki polsko-chińskie – Wikipedia, wolna encyklopedia
  2. Budowa Kolei Transsyberyjskiej na archiwalnych zdjęciach – Sputnik Polska (sputniknews.com)
  3. Kazimierz Grochowski. Polacy na Dalekim Wschodzie. Harbin 1928. Biblioteka Narodowa w Warszawie. Polona.
  4. Nie zapominajmy o Polakach z Mandżurii – Rzecz o historii – rp.pl
  5. Naukowcy poszukują śladów po polskich współzałożycielach chińskiego miasta | Dziennik Naukowy